Odtwórcze dziecko pracuje na marzenia innych? Guzik prawda!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Mam wrażenie, że doszliśmy do ściany, pod którą liczą się jedynie ci, którzy w kwiatku widzą klucz dzikich gęsi albo z królewny Śnieżki na kolorowance zrobią upitą na Juwenaliach studentkę. O co mi chodzi? Już wyjaśniam. Spokojnie, postaram się, żeby dziś było krótko. Jak najkrócej.

Pół biedy jeśli widzisz w sobie potencjał, który ktoś lub coś hamuje. Tak, są i takie sytuacje – osób, którym dzisiejszy model edukacji publicznej wyraźnie nie posłużył, którzy mieli plany i marzenia, skreślone przez bliskich. „Nie dasz sobie rady”. „Studia? Zapomnij! W naszej rodzinie nie tracimy czasu na coś, co nie daje korzyści. Nawet pieniędzy na to nie dostaniesz”. „Architektura? Tu masz, proszę, nabór na ekonomię i się nie wygłupiaj. Utrzymywać Cię potem nie będziemy”. „Beze mnie byś zginęła, gdybym Cię nie utrzymywał„.

Jasne, bywają takie sytuacje, są złe, ale ja nie o nich. Bowiem świat dziś uznał, że odtwórczość jest zła. Że jedynie łamiąc schematy, jesteś kimś. Jedynie wymyślając nowy porządek świata, zasługujesz na pochwałę. Odtwórcze dziecko przegrywa życie.

Odtwórcze dziecko koloruje kolorowanki

Nie kolorowanki sprawiły, że zauważyłam problem, one jedynie utwierdziły mnie w tym, że coś jest na rzeczy. Przeczytałam bowiem poważną krytykę kolorowanek. I nawet jestem w stanie się z nią w dużym stopniu zgodzić, bowiem samo kolorowanie raczej do niczego nas nie prowadzi. Właściwie samo robienie szlaczków też nie. Podobnie z lepieniem z ciastoliny albo wycinaniem – dziecko potrzebuje różnorodności, bowiem różne czynności kształtują różne umiejętności. Brzmi mądrze, a jest proste, jak budowa cepa.

Że kolorowanki pomagają nauczyć się trzymać kredkę i nie wyjeżdżać za linię? Babo, na co dziecku te umiejętności?! Niech wyjeżdża, jeśli ma taką fantazję! Zaraz, co? Ach, że uczy odpowiedniego nacisku kredki albo doboru kolorów? Litości, żyjemy w XXI wieku i dziecko może sobie płeć zmienić, więc tym bardziej chyba ma prawo zdecydować, jak chce naciskać kredkę albo dobrać kolory?

Hiperbolizuję? Być może, ale mam wrażenie, że naprawdę idziemy w tę stronę i wychodzenie za linię w kolorowance przy niewprawionej ręce nazywamy przejawem kreatywności. Jestem matką i zdaję sobie sprawę, że takie tłumaczenie uchodzi rodzicowi, przekonanemu o geniuszu dziecka. Moje dzieci są geniuszami i gdyby to ode mnie zależało, już teraz wybieralibyśmy odpowiedni kierunek z uczelni bijących się o moje mysie-ptysie… A przecież na studia poczekają jeszcze kilkanaście lat. Pytanie czy takie tłumaczenie uchodzi dyplomowanemu pedagogowi albo psychologowi?

A może dziecko lubi kolorowanki?

Przecież każde dziecko jest inne! Jeden ledwo zobaczy kolorowankę z pszczółką, zrobi z niej na wpół pożartego przez trzmielojada szerszenia. Drugi machnie ręką i pójdzie budować makietę Sosnowca z klocków Lego. Trzeci z radością usiądzie i dokładnie pokoloruje kolorowankę. I co teraz? Uznajemy, że pierwsze dziecko ma zadatki na mistrza-kreatora, który już teraz wygrywa przyszłość, drugie ma autyzm, a trzecie jest głupie?

Znasz ten tekst „Albo będziesz realizować swoje marzenia, albo będziesz pracować na marzenia innych”? Co zabawne, najczęściej kryje się pod nim początek przygody z MLM-em albo tani fit-coaching. Wiesz, ludzie sukcesu wstają o piątej rano, piją napój z agawy, ćwiczą pół godziny, śpią osiem godzin dziennie i zawsze jedzą obiad. I dobrze wiedzą, że praca na etat, dla kogoś, to ujma na honorze, niczym kopanie szczeniaczka albo wyrzucanie śmieci do lasu. Tego się po prostu nie robi! Jest szef, właściciel firmy i są przegrani. O combo, jakim są kreatywni szeregowi pracownicy, nawet nie chcę myśleć.

Teraz rozumiesz? Są ludzie, którzy zamiast tworzyć, wolą odtwarzać. Zamiast myśleć kreatywnie, wolą poruszanie się w bezpiecznych schematach myślowych. Dobra wiadomość jest taka, że każdy z tych ludzi ma swoje miejsce i każdy z nich ma szansę złapać swoją niszę.

Musimy wiedzieć, po co łamać zasady

Wiesz, że to nie jest tak, że Picasso rysował połamane babki, bo gardził od dziecka „tradycyjnym malowaniem” i wymyślił coś swojego? Nie, już ojciec Picassa był malarzem, a synek od dziecięcia uczył się technik malarskich. I kiedy już poznał prawidła i nurty, kształtował swój styl.

Żeby wiedzieć, jakie zasady łamiemy i dlaczego, a nie łamać je po omacku, musimy je dobrze poznać, a potem przećwiczyć. Inaczej najczęściej nie ma to sensu. Oczywiście, nawet małpa posadzona przy komputerze co jakiś czas napisze istniejące słowo. Podobnie zdarza się jakościowa twórczość bez znajomości zasad. A jednak, żeby istniała twórczość, warto najpierw poodtwarzać. Odtwarzanie bywa dla osób twórczych paskudne, ale warto.

Podobnie powinniśmy u odtwórczych dzieci ćwiczyć kreatywność i to jest oczywiste. Nie chodzi przecież o to, by zamknąć dziecko w ramce o nazwie „odtwórcze dziecko”, dać mu mentalnie kolorowankę i „Spoko, chłopie! Akceptujemy Cię takim, jakim jesteś„. Nie, nie tędy droga.

Co jednak, jeśli dziecko wyraźnie nie grzeszy kreatywnością? Wbrew temu, co dziś krzyczą nawet niektórzy pedagodzy… jej brak sam w sobie również grzechem nie jest. Mamy dziś wiele zawodów, w którym odtwórcze, koncepcyjne albo systemowe myślenie premiowane jest sto razy bardziej, niż kreatywność. I mam wrażenie, że w dobie nacisku na kreatywność powoli zaczyna brakować tam specjalistów.

Może więc warto pójść tą drogą, zamiast na siłę nakazywać światu kreatywność?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować