Nie jesteśmy najbogatszym krajem w Europie. To znaczy, Polska nie jest, bo z pewnością przeczytają to nie tylko przebywający w Polsce. I może akurat ktoś z Luksemburga czyta, to poprawiam – Wy jesteście. Polska siedzi daleko w tyle i tęsknie patrzy na podium.

Oczywiście, najgorzej nie mamy. Sytuacja ekonomiczna powoli się poprawia, stać nas na coraz więcej – choć nie będziemy się tu oszukiwać, wciąż zbyt wiele z nas żyje poniżej godnego minimum, walcząc o przetrwanie. Pamiętam jednak, jak żyło się jeszcze jakieś dziesięć lat temu i naprawdę idziemy do przodu. Czy tak będzie dalej – zobaczymy.

Apetyt jednak rośnie w miarę jedzenia. I tak, jeśli powodzi się nam lepiej, to chcemy coraz więcej albo chociaż coraz lepiej jakościowo. Nic w tym złego, o ile potrafimy temu naszemu materializmowi powiedzieć wyraźne „stop!”. Potrafisz? Nie będę kłamać, że nie mam z tym problemu. Nie z ilością, a z jakością – no chyba że chodzi o ubranka dla dzieci. Smutna prawda o mnie.

Jestem za biedna

Zmienia się jeszcze jedno: jeszcze kiedy byłam młoda, głupio nam było mówić, że na coś nas nie stać. Pewnie dlatego, że rzeczywiście na wiele rzeczy stać nas nie było. Teraz widzę, że łatwo przychodzi nam zdanie „Fajne, ale nie stać mnie na to”. Bo co za problem? Nie głodujemy, rachunki jakoś tam opłacamy (nieterminowo też się liczy), tyłek mamy ubrany, a wszystkiego mieć nie można.

Potrafimy przyjąć do wiadomości, że na coś lepszego teraz, aktualnie nas nie stać. Zero dramatu, może kiedyś, a jeśli nawet nie, przecież świat się nie zawali. Podoba nam się sukienka za 700 zł? Super, ale nawet jeśli nie stać mnie na nią i „muszę” zadowolić się taką za 150 zł albo i sporo mniej, czy nawet pożyczoną, tragedii nie ma. Jest jedynie inna sukienka i czasem marzenie, że kiedyś kupimy droższą. Bo przecież lubimy sięgać po więcej.

I właśnie: czasem ta chęć nas gubi. Albo też po prostu chcemy mieć wszystko – nie wiem, sama zastanawiam się, z czego to wynika. Bo jest całkiem spora grupa ludzi, która najchętniej ugryzłaby z wściekłości, bo ją na coś nie stać.

Zwariowałaś z tymi kostiumami?!

No więc, przecierałam oczy ze zdumienia – nie nad kostiumami kąpielowymi Ewy Chodakowskiej, która właśnie wypuściła na rynek własną kolekcję, bo prawdę mówiąc, kostium mi teraz niepotrzebny, a i przed ciążą używałam go na tyle rzadko, że wystarczyło coś z niedrogiej, niesportowej sieciówki.

Fakt, te stroje nie kosztowały kilkadziesiąt złotych, a sporo więcej. Z drugiej strony, o ile 400-600 złotych to jednak za dużo dla większości Polek, jest u nas całkiem spora mniejszość, która kupuje jeszcze droższe. Nie stać mnie? Kupuję tańsze. Myślałam że zasady gry są proste. Tymczasem komentarze typu: „Wybiłaś się na nas, biednych Polkach, a teraz szyjesz tylko dla bogatych? Wstyd!” były tymi najłagodniejszymi. „Serio? 6 stów z dwa kawałki trójkąta i gacie ze sznurkiem? Powariowałaś?” Rzeczywiście, wstyd. Weź kobieto kup sama dwa kawałki trójkąta ze sznurkiem i pokaż, że zrobisz to lepiej i taniej. A potem uszyj jeszcze dla innych narzekaczy.

Nie mam pojęcia czy te stroje są tyle warte. Nawet mało mnie to interesuje, bo zwyczajnie częściej ostatnio mam ochotę wzywać Greenpeace, żeby przełożyło mnie, niczym wieloryba, na drugi bok w nocy, niż marzyć o kostiumie kąpielowym na biust o rozmiarze B. Te piękne czasy za mną i przede mną. Wiem tylko, że jeśli mnie na nie nie stać, zwyczajnie mogę napisać, że fajne, ale dla mnie za drogie. Mogę też nic nie pisać i kupić tańsze. Oczywiście, mogę się też wygłupić, krzycząc że taka cena jest skandalem, a stroje zwykłą szmatą. Po co? Nie mam zielonego pojęcia.

Co mnie obchodzi prywatna porodówka? Nie stać mnie na to!

To jednak nie koniec. Jedna z blogerek puściła na swoim fanpage’u informację o ponownym otwarciu jednej z prywatnej porodówek, którą gorąco polecała. Pochwaliła się również, że urodziła tam swego czasu trójkę swoich dzieci.

Rozumiesz? Poród jednego dziecka to ponad 7 tysięcy, jeśli nie więcej przy komplikacjach, a ta trójkę tam urodziła! Nie no, super. Woź się, że kasę masz. Ciesz się, a inne niech mają swoją państwową służbę zdrowia, gdzie są zdane na łaskę i niełaskę położnych (KLIK! Tu o koszmarze polskich porodówek) – znów nie żartuję, taki był wydźwięk niektórych komentarzy.

Sama nie zapłacę ponad 7 tysięcy za poród, bo jak większość Polek, nie mam tyle drobnych. Wiem, że mnóstwo kobiet ściubi te pieniądze na długo przed porodem, a nawet przed zajściem w ciążę – choćby z powodu tokofobii, którą łatwiej oswoić w przyjaznym środowisku oraz innych lęków. Dobrze je rozumiem, mimo że na szczęście miałam do tej pory miłe doświadczenia. Rozumiem również te zamożniejsze, które mają pieniądze, więc urodzą w prywatnej klinice. Dlaczego miałyby tego nie robić? Dlaczego miałyby nie pisać na fanpage’u o takiej możliwości?

Nie stać Cię? Widać, ten wpis nie był dla Ciebie. Przyjmij to do wiadomości, zamiast rzucać durne komentarze w stronę kobiety, która skądś te pieniądze miała i co dla niektórych pewnie przykre, niekoniecznie musiała je ukraść.

Lubię Ferrari, ale jeżdżę Citroenem

Życie to nie mokry sen marksisty, w którym nagle wszyscy mamy po równo: własną chatę z guana, ocet, starą kawę i papier toaletowy co miesiąc. Zawsze jedni będą mieć więcej, drudzy mniej. Oczywiście, warto wspierać nawzajem jedni drugich, zezwala się również zazdrościć, jeśli ta zazdrość idzie w konstruktywną pracę nad swoją sytuacją, nie w zawiść.

Z pewnością jednak nie ma co krzyczeć, że Ferrari to straszny szajs, a ten kto je wymyślił, upadł na głowę, bo stać nas jedynie na używanego Citroena. Po prostu przyjmij do wiadomości, że Ferrari jest poza Twoim zasięgiem. I nie kompromituj się wyzywaniem kogoś tylko dlatego, że miał szczęście/sporo pracował i stać go na coś więcej. Nie kompromituj się wyzywaniem kogoś tylko dlatego, że jego produkty nie są na Twoją kieszeń. Jeśli są tego warte, kupią je bogatsi. Jeśli nie, szybko znikną z rynku.

I tak sobie myślę – jakiś czas temu wrzuciłam na fanpage zdjęcia polskich sukienek – również za cenę nieco większą, niż w popularnych sieciówkach. W sukienkach jestem zakochana, więc podzieliłam się tym zakochaniem z resztą. Opinie były różne. Dotyczyły krojów, rozmiarów, ale i ceny – nikt jednak nie odsądzał producenta od czci i wiary, bo ośmielił się szyć w Polsce i dać cenę wyższą, niż w popularnej sieciówce. Po prostu, ktoś powiedział, że dla niego za drogo, że go nie stać i tyle.

Czyli można spokojnie. Można bez capslocka, krzyków, bez kultury. Można powiedzieć: „nie stać mnie na to”, zamiast: „kilka stów za ten szmelc? Widzę że dla normalnie zarabiających to już nic nie ma?”

No można. Polecam.