Nie, korepetycje nie załatwią wszystkiego

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

W sieci krąży obrazek, gdzie w szkółce dla wszystkich zwierząt stawia się każdemu te same wymagania: czyli wiadomo – słoń, mrówka i małpa mają przeskoczyć przez tą samą skrzynię. Czy porównanie do szkoły ogólnokształcącej jest tu adekwatne?

Moja odpowiedź, którą dumnie udzielę, z miną znawcy, brzmi: kurczę blade, nie wiem! Nie powiem Wam czy każdy z nas powinien uczyć się tego samego i mieć te same wymagania. Skłaniam się raczej ku jednej ogólnej ścieżce, którą każdy rozszerza w swoją stronę. Co jednak jeśli zainteresowania się zmienią? Pewnie dobrym rozwiązaniem jest edukacja domowa, ale i ona nie jest dla każdego. Tak, niebawem napiszę, dlaczego nie jest.

Jednak nie o tym dziś piszę (ale zaskoczenie, co nie? W końcu tytuł nic nikomu nie powiedział). Bo kiedy już okaże się, że Twoja mrówka ma problem z przeskoczeniem skrzyni dla słonia, czyli coś jej te ułamki nie idą, być może pomyślisz o korepetycjach.

Oczywiście, możesz z dzieckiem posiedzieć sam! Ze mną rodzice siedzieli… Kilka razy, a potem po prostu stracili do mnie cierpliwość i odsyłali od Annasza do Kajfasza, czyli od matki do ojca. Polecam ten styl życia, dziecko co prawda pobeczy sobie kilka nocy z powodu braku wsparcia, ale za to potem zmuszone do szukania rozwiązań coś wykombinuje. Co najwyżej oceny będzie mieć niższe.

A jeśli już te korepetycje…

Załóżmy więc, że nie masz czasu, siły albo umiejętności, by siedzieć z dzieckiem. Za to masz te dodatkowe kilkadziesiąt złotych tygodniowo bądź też nie masz, ale wyczarujesz je spod ziemi, żeby pomóc dziecku.

I tak możesz czuć, że zrobiłeś już wszystko. Dziecko możesz zamknąć z panią w pokoju i czekać na piątki z angielskiego. Czy na pewno?

Na studiach dorabiałam sobie troszkę korepetycjami do ubogiego studenckiego budżetu. I wiem już, że rodzice czasem rzeczywiście w ten sposób stawiają sprawę. A przecież nawet jeśli pieniądze nie stanowią dla Ciebie problemu, warto po prostu nie marnować czasu dziecku. Co więc zrobić, żeby te korepetycje nie były czasem straconym?

Na ostatnią chwilę

Pierwszy raz widzę się z dziewczynką. Pytam się więc o zakres materiału, książki, próbuję zorientować się w jej umiejętnościach i brakach. Powoli wychodzi na jaw, że dziecko ma pewne luki – logiczne, gdyby ich nie miała, nie byłabym potrzebna. Chwilę później okazuje się jednak, że jutro ważny sprawdzian. I dlatego tu jestem.

Korepetytor może zdziałać wiele, ale choćby stanął na rękach, nie wtłoczy w godzinę materiału z całego roku. Bardzo mi przykro. Szczególnie jeśli podstawy również „leżą”. Co wtedy zrobiłam? Przerobiłam na szybko do sprawdzianu, co się dało, tłumacząc po drodze podstawy i mając nadzieję, że dziecku zostanie jak najwięcej, a sprawdzian nie będzie trudny. Na piątkę nie liczyłam, pewnie w przeciwieństwie do rodziców, bo kilka dni później zadzwonili, mówiąc, że z dalszych usług rezygnują. Wielokrotnie miałam pretensje do siebie z powodu prywatnych niedociągnięć. Tu nie miałam ich ani trochę.

Cuda się zdarzają, ale tutaj na to nie licz. Jeśli dziecko ma spore braki, nie czekaj do sprawdzianu, bo się przeliczysz. Weź pod uwagę, że trzeba będzie cofnąć się nieraz o klasę niżej, żeby przypomnieć sobie to, co nie zostało przyswojone wtedy. Działaj jak najszybciej.

Bo on taki hihi żywy jest

Również pierwsze spotkanie. Siadam z chłopcem i widzę, że raczej nie cieszy się na mój widok. Nie musi, pozytywnym nastawieniem zajmę się ja. Ważne żeby chciał nadrabiać materiał.

Jest pewien problem – siłą go do krzesła nie przykuję. W domu jest babcia, która również nie ma zamiaru tego robić. Dziecko bardzo dobrze wie, że nic nie musi. Totalnie nic. Co z tego, że jestem, skoro on teraz chce zadzwonić do taty? Co ciekawe, babcia zamiast powiedzieć, że porozmawia sobie za godzinę, natychmiast wykręca numer z zastrzeżeniem „ale potem pójdziesz już się uczyć, dobrze?” Niedobrze. Dziecko wraca dosłownie na chwilkę, a kiedy próbuję je zachęcić do zostania dłużej, oznajmia wyraźnie, z uśmiechem, że on nie będzie siedział, bo nie lubi. Po czym poszedł do babci po kanapkę. Babcia robi kanapkę, ze standardowym tekstem „ale potem pójdziesz się uczyć, dobrze?” Mama wraca pod koniec, przytakuje z uśmiechem, że on już tak ma i trudno go zachęcić. Cudem przerobiliśmy dwa ćwiczenia.

Moją rolą było to, by ćwiczenia były atrakcyjne. By dziecko się nie nudziło i chciało przyswajać materiał. Ba, nawet rozumiem szkraba, który musi co chwila wstać z krzesła, skoczyć sobie ze dwa razy, wrócić… Tak, są takie dzieci i z nimi również trzeba umieć współpracować – kinestetycy, dzieci z zaburzeniami uwagi. Możliwe że trafił Ci się taki maluch. Zrób wszystko, by zajął się nauką. Kiedy przyjdzie po kanapkę albo porozmawiać, weź za rękę, posadź, zachęć do pracy. Inaczej płacisz korepetytorowi za przyjazd i wypicie herbaty.

I najciekawsze na koniec…

Po odebraniu telefonu od załamanej matki pędzę dwa dni później na złamanie karku na drugi koniec miasta. Dzieje się źle, bo oto wzorowy uczeń właśnie dostał jedynkę. Co się stało dokładnie? Nie wiemy. Trzeba sprawdzić, czego w materiale uczeń nie może pojąć.

Karkołomne zadanie? Karkołomne. Prześlizgujemy się po wymaganiach, przerabiamy dokładnie ćwiczenia… Wszystko jest dobrze. Jeśli dziecko nie wie, zaraz próbuje wnioskować. Wszystkiemu aktywnie przysłuchuje się mama, której pytam się raz jeszcze, za co dokładnie ta jedynka i czy jest na nią jakiś namacalny ślad, żebym mogła zorientować się w trudnościach. Mama nie wie. Pyta w końcu dziecka.

Ślad był. Jedynkę postawiono za… brak pracy domowej 🙂

Rozstaliśmy się w miłej atmosferze, rozbawieni. Matka chyba wyciągnęła wnioski, ja zresztą również je wyciągnęłam.

Korepetycje nie załatwią wszystkiego, ale mogą pomóc

Zaznaczę raz jeszcze – cuda rezerwujmy na uzdrowienia z choroby, ocalenia z wypadków i takie tam. Nie spodziewajmy się ich przy okazji korepetycji. Oczywiście, dziecku dużo łatwiej będzie zrozumieć materiał, przyswoić go sobie, ale bez wkładu własnego nic nie zdziała. Bez Twojego wkładu również nie.

Z drugiej strony, nawet jeśli korepetycje nie załatwią wszystkiego, to dadzą siłę do dalszych powtórek i zmagań z materiałem. Pomogą wrócić z wiedzą na właściwe tory i być może sprawią, że dalsza pomoc może będzie niepotrzebna albo będzie potrzebna rzadziej.

Więc może warto? 🙂

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować