„A to Ty jesteś taka nieskazitelna i bez wad, że tak opisujesz te najgorsze wady innych? Kto dał Ci prawo do oceniania innych? Jak poczułabyś się, gdybyś to Ty została tak brzydko opisana? Gdyby to Twoją wadę tak obsmarowano?”

Szybko więc odpowiadam: nie, nie jestem bez wad, korekta nosa jak najbardziej by mi się przydała. Nie jest też tak, że nie lubię człowieka. Nie lubię jego wad, choć oczywiste i chyba dość ludzkie jest, że jeśli jakaś wada bardziej mi u kogoś przeszkadzała i była widoczna, trudniej było mi czasem tę osobę lubić. Powtarzam, czasem. Bo patrzę na człowieka jako na całość, z którą lubię rozmawiać, jakoś tam pasujemy do siebie… Albo i nie.

Jak bym się czuła, gdyby ktoś napisał, że nie lubi osób roztrzepanych, bałaganiarzy, melancholików czy po prostu blogerów? Nijak. Mam świadomość, że istnieją na tym świecie osoby, które niekoniecznie mnie pokochają i z którymi mogę wymieniać grzeczne, acz chłodne przywitania. Natomiast nawet jeśli jesteś wypadkową wszystkich pięciu wad, nie oburzaj się. Po prostu popraw się, na litość boską!

Spóźnialstwo

To jest ten moment, kiedy pora się przyznać, że to ja jestem tym człowiekiem, który wydeptuje ścieżkę, będąc przynajmniej 15 minut przed każdym spotkaniem. Taka przesada w drugą stronę, bo w końcu bycie „na styk” to chyba nic takiego. Szczęśliwie z tym byciem wszędzie 15 minut przed czasem ratuje mnie ostatnio macierzyństwo.

I właśnie – ja wiem, że są osoby, które spóźniają się, bo mają konkretny powód: pracę, dziecko, zajęcia na uczelni, trudny dojazd czy inne najróżniejsze. Rozumiem to i nie mam z tym problemu. Poczekam. Podobnie jak nie mam problemu z tym, że ktoś od czasu do czasu przyjdzie za późno i przeprosi. Przecież różne są sytuacje, a komunikacja miejska zawodzi częściej, niż Windows XP w 2018 roku.

Chodzi mi o osoby, które spóźniają się notorycznie, „bo tak„. Bo zawsze zaczynają się za późno szykować, bo do ostatniej chwili siedzą przy komputerze, bo nie potrafią nastawić sobie budzika. Zawsze, ale to zawsze coś ich zatrzyma, mimo że nie są to istotne sprawy. Bo po co szanować czas drugiej osoby? Jeszcze pomyśli, że jest jakaś ważna czy coś.

Pedantyzm

Zaznaczę od razu: to nie jest tak, że Cię nie lubię, bo masz porządek w mieszkaniu i w sumie Ci go zazdroszczę (choć nie będę kłamać, że nie zazdroszczę). Mieszkałam ja sobie kiedyś w akademiku (KLIK! Akademik, stancja czy mieszkanie?). I tu taka mała podpowiedź: jeśli w pokoju są trzy osoby, prawdopodobieństwo, że jedna z nich będzie chciała mieć porządek pod igiełkę, jest ogromne. To, że inna będzie nieco bałaganić, również. Tak to już jest, że każdy z nas pojęcie porządku ma inne i nie będę Cię również oszukiwać, że moja przestrzeń to idealna tafla jeziora, zamiast górek oraz pagórków nieuporządkowanych papierzysk.

Oczywiście, sytuacja zmienia się diametralnie, gdy kilka książek na parapecie, nierówno ułożony koc i nieumyty talerz z kubkiem po śniadaniu zmienia się w leżące wokół łóżka butelki, blaty lepiące się od wylanej herbaty, zgniłe jedzenie w szafce i torebki po chipsach leżące w nogach. Bo i takie sytuacje przerabiałam, tu naprawdę nie trzeba być pedantem, by mieć ochotę delikwenta za kiecę wywalić przez drzwi.

Inaczej jednak trzeba się jednak troszkę akceptować. A spotkałam się (na szczęście nie w moim pokoju) z pedantami, którzy próbowali wyprosić jedzącego współlokatora z pokoju, bo jedzenie im śmierdziało, przypominali o zmyciu kubka z kawą wypitą dwie minuty temu i robili awanturę o stertę notatek na biurku. W wersji postudenckiej byli przerażeni mieszkaniem koleżanki, u której znaleźli pajęczynę w rogu. Pajęczynę!!! Mój Boże…

Bycie chorągiewką

Ustalmy jedno – poglądy to coś, co ewoluuje, zmienia się w ciągu naszego życia i nie mam zamiaru tego podważać. Sama jestem nieco przerażona faktem, że miałabym mieć poglądy takie, jak miałam 10 lat temu. Pozostałoby mi chyba strzelić sobie solidnego liścia na otrzeźwienie.

Są jednak ludzie, którzy porzekadło „Tylko krowa nie zmienia zdania” stosują prawie codziennie, na przemian z przysłowiem „Jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać, jak i one„. Taka osoba będzie Ci przytakiwać, że oczywiście, nie można dać się wyzyskiwać. Jeśli źle się czujesz w pracy już na samym początku, to znaczy że chemii nie będzie i czas szybko szukać czegoś nowego. Po czym następnego dnia usłyszysz, jak z koleżanką oburzone perorują, że to masakra, że ludzie nie potrafią zagrzać miejsca w pracy, bo ledwo coś się nie spodoba, już szukają czegoś innego, zamiast może dać coś od siebie.

Brzmi śmiesznie? Niestety, takich „plastelinek” ugniatających się pod silniejszego już trochę poznałam. W pracy, gdzie chorągiewce nie przeszkadzało w każdym pokoju mieć zupełnie innego zdania, wśród znajomych, gdzie chorągiewka łopotała od skrajnie konserwatywnych do skrajnie liberalnych poglądów, na studiach, gdzie podczas sporów w domu studenckim chorągiewka gorąco popierała obie strony kłótni.

Muszę się ze wstydem przyznać, że gardziłam nieco chorągiewkami, ich próbami dostosowania się do osób siedzących obok nich . Do czasu gdy zauważyłam, że idą za tym najczęściej kompleksy i ogromny lęk przed odrzuceniem. Przed brakiem towarzystwa, przed tym, że chorągiewka do kogoś się nie dopasuje. Ten lęk nie bierze się znikąd i myślę, że napiszę o tym jeszcze. Dziś apeluję – nie bądź jak ja. Nie gardź, nawet jeśli tak bardzo tego nie cierpisz.

„Powinieneś robić coś innego”

Według niektórych ludzi zawsze powinieneś robić coś innego, niż robisz. Wspierasz aktywnie mopsy? Z pewnością masz w pogardzie ludzi. Bronisz życia nienarodzonych? Z pewnością masz gdzieś te, które się już urodziły. Pomagasz w miejscowym hospicjum? (KLIK! Tu więcej o wolontariacie w hospicjum) Oni i tak umrą, samobójcom byś pomógł! Poszedłeś do liceum? Będziesz idiotą, jeśli szybko nie zamienisz szkoły na technikum informatyczne.

I tak dalej i tak dalej. Znasz taki obrazek: kolejka żeby krytykować, kolejka żeby radzić, kolejka żeby robić? Pierwsza kolejka jest pełna. Wiadomo, że wszystko mógłbyś zrobić inaczej. O połowę mniejsza, lecz równie irytująca jest druga kolejka – oni Ci powiedzą, jak mógłbyś to zrobić. Na pierwszy rzut oka brzmi nawet miło, dobre rady są przecież w cenie. Tylko że to nie są rady pod tytułem: „ja to robię tak i mi się to sprawdziło”. Nie nie, byłoby zbyt pięknie. To rady teoretyków amatorów, komenderujących z fotela, ewentualnie z kanciapy w przerwie w pracy albo innego miejsca. O czym świadczy pusta ostatnia kolejka.

Nie przeszkadza im to jednak, by podburzać resztę przeciw tym, których działanie im się nie podoba. Mówić wszystkim wokół, że źle to robisz. Że te mopsy to przez Ciebie w końcu zdechną, bo prawdziwa pomoc wygląda inaczej. Oni wiedzą jak. Gdy w końcu wkurzony te mopsy zostawisz, rzeczywiście zdechną, bo teoretycy amatorzy nadal z kanapy się nie ruszą.

„Polaczkowatość”

Pisałam o tym troszkę w tekście „Dlaczego jesteśmy zakompleksieni?” (KLIK!). „I znowu wstyd na całą Europę!” to chyba ulubione zdanie „polaczka”. Kim jest polaczek? Nie ma płci, dziś ciężko go nawet przypasować do konkretnego miasta czy wsi. Chętnie wplątuje w rozmowę takie zwroty jak „ciemnogród”, „wstyd”, „powinniśmy przeprosić” i „my dalej w tyle”. Dlaczego  tak brzydko go tu określamy? Bo Polak to już przy tym wszystkim wstydliwie mu brzmi.

Żeby i tutaj było jasne – nikomu nie każę na siłę być patriotą, doceniać historię naszego kraju, odczuwać jakąś tam dumę czy coś. Każdy ma prawo do krytyki, ja zresztą również nieraz krytykuję i nie uważam tej krytyki za jakąś ujmę. Wiele spraw wywołuje przecież kontrowersje – zarówno w naszej zagmatwanej historii, jak i dziś. Ba, wcale nie każę nikomu twierdzić, że wszystko idzie w dobrym kierunku i trzeba się z tego cieszyć. Nie, nie o to tu chodzi, a o totalne, bezsensowne kompleksy wobec reszty świata. Nie wiem, skąd się biorące.

We wspomnianym tekście opisywałam Niemkę, która będąc w toalecie przede mną poskarżyła się, że nie ma papieru, dodając na końcu „A to Polszka własznie”. Panie za mną zaczęły ze smutkiem przytakiwać i prawie popłakałam się ze śmiechu, gdy one prawie płakały, że „tak nas widzą na Zachodzie!!! Ciemnogród i nawet papieru nie ma! Co myśmy zrobili!”… Po czym z toalety wyszedł rozbawiony jeszcze-wtedy-nie-mąż, pokazując że papier jest, trzeba tylko przycisnąć widoczny guzik, podpisany zresztą po polsku, angielsku, niemiecku i rosyjsku. Suahili i francuskiego nie było, za co jako Polka, przepraszam. Najciekawsze było to, że naprawdę podobne przenośne toalety „zwiedzałam” podczas krótkiego pobytu w Niemczech. Niestety, panie za mną założyły od razu, że winna jest nie Niemka, a Polska.

„To może teraz napiszesz, jakie są Twoje najgorsze wady, skoro taka jesteś mądra?” O, panie! Nie mam zamiaru zakładać kolejnego bloga! A uwierz, byłoby o czym pisać. Jeśli dobrze przeczytałeś, pewnie z łatwością wynotujesz kilka z nich.

I może pochwalisz się, co Tobie przeszkadza w ludziach 🙂