Gdy myślę o studiach… To za czym tęsknię?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Studia skończyłam taki szmat czasu temu, że nawet najmłodsze roczniki, które zaczynały, gdy ja kończyłam, dziś podejmują kolejną pracę albo rodzą dzieci. Ponieważ jednak miło jest powspominać przed kolejnymi urodzinami (kto mi zabroni?), chętnie powspominam.

Pamiętam ten dzień, gdy nie wróciłam już do studenckiego miasta, mimo że wcześniej co roku wracałam. Praca napisana, dyplom odebrany. 1 października, na Facebooku pojawiły się zdjęcia znajomych z młodszych roczników, chwalących się pierwszymi imprezami w akademiku. A ja? Właśnie zaczynałam pracę w zawodzie i odczuwałam ból pierwszego miesięcznego biletu bez zniżki studenckiej. Jak bardzo chciałam wtedy cofnąć czas! I to mimo że ostatni rok w Toruniu już mnie męczył i marzyłam, by to życie na niepotrzebnych w połowie wykładach skończyć.

To był dziwny czas. Tęskniłam za tym, co było, chcąc zachować okruchy tamtego stanu. Z drugiej strony, nie mogłam się doczekać nowego. Stałam w rozkroku. A życie nieubłaganie wciskało w nową sytuację.

Czy jeszcze myślę o studiach?

Po latach mogę ten syndrom postudyjny wspominać z rozbawieniem, ale chętnie jeszcze do niego wrócę, by szerzej opisać! Tymczasem, po flegmatycznym starcie życie nagle stało się tak intensywne, że na rozmyślanie o studiach brakowało po prostu czasu. Zajmująca praca, małżeństwo, następnie dzieci, przeprowadzki, zmiany, zmiany i znów zmiany.

Wszystko to sprawiło, że o studiach myślę już głównie na przełomie września i października, gdy liście żółkną, temperatura spada… A ja zamykam oczy i widzę jak w jesiennej kurtce z ciuchlandu biegnę na wydział skserować notatki, a następnie kupuję w Tesco najtańszy makaron i sos do niego na obiad.

Nie tęsknię za zdobywaniem w pocie czoła notatek i wiecznym kserowaniem. Za makaronem Tesco tym bardziej. Więc za czym tęsknię, gdy myślę o studiach?

Bar Adaś

Toruń, jako miasto studenckie, szczycił się raczej tanią gastronomią. Bary studenckie były jeszcze tańsze. Żaden jednak nie dorównywał „Adasiowi” w bibliotece! Nawet nie chodziło o te przystępne ceny, chociaż i one się liczyły. Bywało się tam dla atmosfery. I co prawda jako oszczędna studentka częściej jednak jadłam wspomniany wcześniej makaron Tesco, ale czasem, przy okazji posiadówy ze znajomymi albo wizyty w bibliotece, zjadło się obiad w „Adasiu”.

Spaghetti ze srem!” – krzyczał specyficzny pan za ladą, wydając „dwa zeta dżons” reszty innej osobie w wiecznie długiej kolejce. „Bułka z szyną do wora” – specyficzny język to coś, za co Adasia po prostu się kochało. Mniej kochało się te wspomniane kolejki i polowanie na wolne miejsca. Nic jednak dziwnego, że to miejsce było oblegane.

Z jednej strony aż by się chciało Adasia „sklonować” i zrobić z niego sieciówkę. Z drugiej strony, pana za ladą przecież nie sklonujemy. Niech już więc zostanie tam, gdzie jest.

Dostęp do biblioteki

Że niby teraz się nie da? Pewnie i się da – a jednak uniwersytecka biblioteka była wyposażona jak mało która! Co prawda na moim kierunku czasu na czytanie czegoś innego, niż pozycje zawodowe było niewiele, ale dla chcącego nic trudnego. Walczyło się więc z wiecznie walącym babole systemem bibliotecznym, zamawiało książki, leciało po nie…

A następnie płaciło kary za przetrzymanie. System był nieubłagany. Choć od czasu do czasu ogłaszano amnestię. A wtedy kolejki widać było z akademickich okien.

No właśnie! Akademickich. Nie zna życia, kto nie mieszkał w akademiku! Panie portierki (pozdrawiam panią Ewę z DS7!), długie korytarze, na które wychodziło się w piżamach, regulamin, będący po to, by go łamać. I małe pokoje. Do tej pory zastanawiam się, jakim cudem mieściliśmy się na tych metrach kwadratowych, do których musieliśmy przecież wrzucić jeszcze lodówkę, komputer i siebie. Cud kompresji.

Stypendium i zniżki!

Zbliżamy się do tematu, przy którym zapewne narażę się wszystkim antysocjalistom. Tak, byłam osobą pobierającą stypendium socjalne. A że okolice Torunia nie są tak bogate, jak te trójmiejskie (nie wiem jak dziś, ale wtedy różnice było widać), pobierało go mnóstwo osób wokół mnie. Nagle „bycie biednym” procentowało, zamiast dawać powód do wstydu. Zresztą, kryterium finasowe liczyło się też do miejsca w akademiku, więc mało kto tam udawał, że śpi na pieniądzach.

A zniżki? Studenckie miasto wręcz epatowało nimi na ulicach. Każdy szanujący się klub studencki miał zniżkę na piwo, czasem na jakieś jedzenie. No i zniżka na przejazdy!

A dziś? Ech, na wszystko trzeba uczciwie zarobić, Panie! Zniżki na piwo? Nie piję piwa. Co najwyżej ciuchy w oszukanej promocji upoluję. Bilet na tramwaj też drogi. Dobrze że chociaż pińćsetplus jest.

I ludzie. Ludzie. Ludzie!

To jednak, za czym tęsknię i o kim myślę, gdy myślę o studiach, to ludzie. Studia zaczęłam niedługo po wprowadzeniu systemu bolońskiego oraz związanych z nim reform. W międzyczasie mieliśmy również do czynienia z reformami szkolnictwa i to wszystko niestety bardzo obniżyło poziom nauczania. Z roku na rok było gorzej. Już na nas zaczęto narzekać, a nam narzekano na kolejne roczniki.

Zarówno w akademiku jednak, jak i na roku, poznałam ciekawych ludzi. Z większością z nich nie mam kontaktu, wielu nie poznałabym dziś na ulicy, a jednak pamiętam o nich i miło wspominam.

A jest co wspominać! Imprezy na akademickim korytarzu do rana, zwierzenia w pokojach, nocne powroty ze starówki, kolejki do robienia obiadu w kuchni, plotki – kto dziś z kim i dlaczego już nie z tamtym…

A więc nie tęsknię

Nie tęsknię, bo skończyło się powoli. Magisterka była, delikatnie mówiąc, mniej ukochanym kierunkiem, niż licencjat. Wybrałam ją w sumie dlatego, że na moim kierunku magisterka się nie otworzyła. Potem okazało się, że oszukano nas z nazwą specjalności. Straciłam motywację, pracę pisałam już trochę na siłę i udało mi się chyba tylko dlatego, że była związana z moim licencjatem.

Choć wciąż mi się czasem śni, że muszę tam jechać, oddać rozdział, umówić się z wiecznie niedostępnym promotorem, obronić się w końcu. I jadę tam z dziećmi… Apogeum takich snów miewałam w ciąży, gdy jeździłam tam co noc.

Z biegiem czasu zmienił się również Toruń. Poznikały „moje” miejsca, zyskały nowy charakter. To dynamiczne miasto, dostosowuje się pod wspomnienia kolejnych roczników. Pod ich zniżki, ich kierunek. My zaś powyjeżdżaliśmy, bardziej lub mniej uporządkowaliśmy swoje życie.

Na zdjęciach w mediach społecznościowych retuszujemy czasem kurze łapki. Za studiami chyba nikt z nas nie tęskni. Chyba. Za drobiazgami, które się na nie składają?

Już prędzej.

W bonusie – zdjęcie z „palenia” Marzanny pierwszego dnia wiosny, za akademikiem. Nie polecam 🙂
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować