Żyjemy w XXI wieku. Powoli zapominamy straszne lata 90′, gdy nikt nie wiedział co to gluten, dzieci biegały na bosaka, a gdy któreś nadepnęło na gwóźdź, nogę się odrąbywało, bo przecież była jeszcze druga. Czasy vibovitu oraz czarujących powiedzeń typu “co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”.

Wiek XXI przyniósł nam nowinki: dziecko też jest człowiekiem. Oczywiście, gdy już się urodziło i jest zdrowe, bo inaczej to tylko zlepek komórek – (nie)logiczne. W każdym razie ma prawo do tego, by zwracano się do niego z szacunkiem, dbając o jego podmiotowość.

A teraz bądźmy chwilę poważni. Szacunek do dziecka (każdego) jest jedną z bardziej fenomenalnych rzeczy, które przyniosło nowe tysiąclecie. Problem w tym, że niektóre środowiska przegięły, umieszczając dzieci w ścisłym centrum. Niczym złotego cielca.

Jak do tego ma się słowo “zaraz”? Otóż, okazuje się, że mówienie “zaraz” do dziecka jest czymś nieakceptowalnym. Już tłumaczę.

Mówienie “zaraz” do dziecka sprawia, że jesteś złym rodzicem

Natknęłam się jakiś czas temu na film mający w teorii uzmysłowić rodzicowi, jak ważne jest przeżywanie czasu z dzieckiem. Film można obejrzeć tutaj, ale chętnie go streszczę.

Pierwsza plansza: matka siedzi z córką na placu zabaw. Córka chce zejść z huśtawki. Matka zapatrzona w telefon mówi “zaraz”, bujając dziewczynkę. Druga plansza: syn namalował dla ojca obrazek na Dzień Ojca. Ojciec siedzi zapracowany przed monitorem, nie patrzy nawet na dziecko, tylko podaje pilota i proponuje bajkę. Obrazek zostaje rzucony na podłogę. Trzecia plansza: nastolatek, klejący modele, zniecierpliwionym głosem krzyczy do ojca, by ten mu pomógł. Ponieważ ojciec krzyczy “zaraz”, syn rzuca częściami i zanurza się w świat gier, skąd, gdy matka woła go na obiad, rzuca to okropne “zaraz”.

Mam nadzieję, że czujecie już, że to nic innego, jak żenujący szantaż emocjonalny?

Nie? To po kolei.

No dalej! Przybiegaj na każde wezwanie

Wiadomo, że rodzic musi być idealny, prawda? Noworodek i niemowlak po prostu MUSI dostać maksimum czułości, więc gdy zapłacze, cokolwiek robisz, masz go TERAZ wziąć na ręce. Musisz szybko dokończyć obiad? Jak chcesz, ale uprzedzam – terapia wyjdzie Ci drożej, niż zmarnowanie zupy.

Później nie jest lepiej. Dziecko chce się bawić? Czytać? Pokazać Ci pięćdziesiąty obrazek? Tu i teraz masz być gotowy! Zapomnij o chwili dla siebie, zapomnij o sikaniu. Zwłaszcza o sikaniu! Kiedy łatwiej o słowo “zaraz”, jak wtedy, gdy nie możesz powstrzymać strumienia, a dziecko właśnie wtedy czegoś chce? Przed urodzeniem dziecka ćwicz powstrzymywanie strumienia. Koniecznie!

Zapomnij o pracy. No chyba że dziecko łaskawie zajmie się sobą, ale nie zajmie się, bo jak niby ma się tego nauczyć? Zapomnij o hobby. O chwili odpłynięcia w rozmowę telefoniczną czy social media. Jesteś rodzicem. Maszyną do zwracania uwagi na dziecko w każdej chwili. Mówienie “zaraz” do dziecka? A fuj!

No dobrze, ale co dokładnie jest nie tak?

Zacznę od końca: nastolatek gra w grę i mówi “zaraz”. Ma do tego prawo? Oczywiście! Jeśli nauczył się przedtem, że czasem on musi poczekać, aż ktoś coś skończy, tym bardziej on ma przecież prawo skończyć rozgrywkę albo myśl pisaną na komunikatorze. Rzecz jasna w granicach rozsądku i ten rozsądek podkreślam w każdym z wymienionych przypadków.

Teraz wrócę na początek – do matki, bo naturalnie z nią najmocniej się utożsamiam. Też zdarzało się, że resztkami sił brałam bombelki na plac zabaw, wybierając ten najbezpieczniejszy, żebym nie musiała za nimi biegać i ściągać z dachu. A więc matka wzięła dziecko, nawet je buja. Dziecko chce zejść. Teraz. Już. Matka akurat ogląda coś w sieci. Czy dziecku stała się krzywda, bo zeszło później? Nie sądzę. A oglądający film już mają w głowie obraz złej matki, bo “w telefonie na placu zabaw siedzi”. Zbrodnia, moi drodzy.

Pracujący ojciec teoretycznie wypada tu najgorzej. Mógł spojrzeć na rysunek, pochwalić i wrócić do pracy. Mógł… Ja przy piętnastym rysunku i trzydziestej poprawce prezentowanej w ciągu pół godziny, gdy akurat musiałam się na czymś skupić, też tłumaczyłam, że chwilowo niespecjalnie mam czas. Dziecko uczyło się, że musi się pobawić bez pomocy dorosłych. To ważna umiejętność i warto ją kształcić – oczywiście, w granicach rozsądku.

Potem mamy nastolatka. Tu dopiero zaczyna się zabawa! Naburmuszonym tonem prosi ojca, by przyszedł i gdy ten po trzech sekundach nie stoi u boku księcia Gburiusza, tylko rzuca “zaraz” do dziecka swego najdroższego, ten z kolei rzuca modelem i obrażony zaczyna grać. Spokojnie, to tylko nastolatek, ma prawo do trudnych emocji. Z drugiej strony, rodzice nie są tu za nie odpowiedzialni. Hormony i tyle.

Tak, czas spędzony z dzieckiem jest ważny

Czy problem braku czasu dla dziecka nie jest ważnym problemem? Jest. Domyślam się, że są rodzice, którzy powinni sobie uzmysłowić, że tego czasu dla dziecka mają za mało. Gdyby tylko ten film wyglądał inaczej i nie oceniał rodziców, którym zwyczajnie odbiera się tu prawo do “wyłączenia się”, nawet na chwilę…

Zdaję sobie sprawę, że zwolennikom tej kampanii społecznej łatwo będzie przypiąć mi łatkę osoby, która dzieci chowa “zimno”. Tak nie jest. Wspólne momenty z dziećmi są niezwykle ważne i nawet podczas bardziej zapracowanych dni warto wycisnąć trochę czasu, który spędzimy razem. Im dzieci młodsze, tym więcej, ale i ze starszymi dziećmi trzeba po prostu te chwile spędzać. Brak czasu dla dziecka to prosty przepis na katastrofę. I tu z twórcami kampanii się zgadzam.

Tylko że doba ma 24 godziny. w dodatku jakieś 7 z nich przesypiamy (wersja dla rodziców niemowlaków – jakieś 4). Potem praca, obiad, chwila dla siebie i tego czasu nie jest już tyle, by czasem nie krzyknąć “zaraz” do swojego dziecka.

Na przykład wtedy, gdy kończysz projekt i boisz się, że wytrącenie Cię z rytmu spowoduje, że przegapisz poważny błąd.

Albo gdy kończysz obiad i odejście od niego może skończyć się przywarciem wszystkiego do patelni.

Czy też gdy zmęczona pracą, sprzątaniem i zabawą chcesz odpłynąć w świat social mediów lub small talka z koleżanką.

Masz do tego prawo.

“Zaraz” nie gryzie.

Podziel się tym wpisem!

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

O mnie

Karolina Jurkowska

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Archiwum

 

Instagram

Zapraszam do dyskusji