O nauczycielach. Moich nauczycielach

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Mimo że inspiracją jest zapowiadany od dawna strajk, nie o nim będzie ten tekst. No dobrze, może nie tylko o nim, bo jeśli jednak się inspiruję, nie mogę nie wspomnieć, że w sumie to wspierałam, choć po poniedziałkowych rozmowach uczucia mam mieszane. Oczywiście, grożenie brakami kadrowymi na teście kompetencji uważam za niebywałe chamstwo, pamiętając że samym stresem było dla mnie, jako dziecka, zdawanie egzaminów. Nie wyobrażam sobie jeszcze bać się czy w ogóle test odbędzie się w terminie.

Niekoniecznie wszystkie postulaty mi się podobają, ten najważniejszy jednak jest ważny. Pensje są bowiem śmieszne i jeśli takie się utrzymają, nauczycieli za chwilę po prostu zabraknie. Ojej, już to pisałam. Nic, powtórzę. Za to Karta Nauczyciela… Dobrze, za długo o tym pisać, a ja ekspertem MEN nie jestem. Może i dobrze. Jestem za to rodzicem i byłam nauczycielem.

Zastanawiam się jednak czy każdemu nauczycielowi z marszu należą się te pieniądze. Czy przypadkiem problemem nie jest fakt, że ze stanowiska nauczycielskiego, szczególnie po awansach, wylecieć nie jest łatwo? Sama jako nauczyciel naprawdę mam nadzieję nie być zapamiętaną tak, jak sama zapamiętałam niektórych nauczycieli. Stąd niestety w pewnej mierze krzyki na strajkujących. Jeśli bowiem nie trafimy na dobrego nauczyciela, to jest troszkę jak z księżmi – wszyscy znakomici jakoś marnieją nam w oczach. A wielu z nas tych dobrych może na palcach jednej ręki policzyć.

Jacy byli moi nauczyciele?

Do rzeczy jednak. Postanowiłam „cofnąć się do tyłu” i przypomnieć sobie nauczycieli, z którymi miałam do czynienia. Tak od początku do samego końca. I tu zrobię długą dygresję – kojarzysz z mediów społecznościowych ten płacz, że hejtów na pedagogów w sieci nie byłoby, gdyby ci nie nauczyli nas czytać i pisać? Przykro mi, drodzy twórcy memów – nie oni mnie nauczyli. Czytałam w wieku czterech lat. Matka mnie nauczyła. Pisać również, choć oczywiście w szkole umiejętność doskonaliłam.

Cudowne dziecko? Hehe, może gdyby nie charakter. Bowiem jako dziecko uważałam, że normy są po to, żeby dorośli mieli czego przestrzegać. Ja nie miałam zamiaru. Po kilku miesiącach więc matka ze wstydem doklejała kartki w dzienniczku, żeby można było dalej opisywać moje naganne zachowanie. Jak sprawdziła się moja pierwsza wychowawczyni? Pierwsza, bo do przedszkola nie chodziłam.

Rany, jak Boga kocham, że to złota kobieta. Niby wymagająca, niby jej krzyki na nas słychać było w całej szkole. A jednak była przy tym cierpliwa i naprawdę starała się traktować nas sprawiedliwie. Nie pamiętam faworyzowania czy żeby ktoś był pominięty. W dodatku osiągnęła mistrzostwo w traktowaniu dziecka jako organizm indywidualny, ze swoimi własnymi przyzwyczajeniami i charakterem. Za to pamiętam dzień, gdy na zastępstwo przyszła do nas wychowawczyni mojego brata. Kobieta, która mówiła tak cicho, że po prostu jej nie słyszałam. I tak, miałam problemy z słuchem, ale nie jakieś tragiczne. Skończyło się komentarzem do mojego brata, że jestem jakaś dziwna. Ja?

Moi nauczyciele w klasach 4-6

A właściwie w klasach 4-1 gimnazjum. Bo byli ci sami. Pierwsza wychowawczyni? Uszła, szczególnie że była z nami przez rok. Druga? Do dziś pamiętam, jak nachylała się nade mną, a ja już wiedziałam, że dziś również nie umyła zębów. Sprawiedliwość? Dopisała swojej pupilce punkty z zachowania dosłownie za nic, żeby ta dostała nagrodę za największą ich ilość. Muszę coś dodawać? Bo chyba zrozumiałe, że takich zachowań było więcej.

Nie ma co jednak ukrywać – było zadziwiająco dobrze. Do dziś szczególnie miło wspominam panią od geografii, z którą zwiedziłam nawet kilka uroczych zakątków w kraju (przepraszam za moje zachowanie w Zakopanem 😀 ), od polskiego – nikt nie śmiał nawet pisnąć na zajęciach, a jednak czekałam na nie z niecierpliwością, od matematyki – choć szybko okazało się, że jednak Pitagoras to ja nie jestem.

Żeby nie było tak pięknie, pamiętam moją fizyczkę, która groziła nam przemocą, sugerując że jeśli nas trzepnie, to tak żeby nie było widać i do tego łamała prawa ucznia, robiąc kartkówki na zastępstwie. Uroczo, prawda? Na szczęście została szybciutko w kolejnym roku zastąpiona drugą. A że to właściwie jedyne zarzuty, jakie mogę sobie przypomnieć, ten okres jest na ogromnym plusie.

Gimnazjum

W drugiej klasie gimnazjum przeniosłam się do innej szkoły. Moi nauczyciele również się zmienili. Niestety, na gorsze. Wychowawczyni, która uczyła mnie polskiego i angielskiego strasznie denerwowała się, że patrzę w okno, czym podzieliła się jednak dopiero na zebraniu z rodzicami. „Ale że jak? Córka nie robi zadania, tylko patrzy w okno?” – spytała zdziwiona matka na wywiadówce. „Nie no, zadanie zrobi, a potem patrzy„. „A… To o co chodzi? Gdzie ma się patrzeć?” Odpowiedzi nie otrzymała. Do dziś zastanawiamy się, o co jej chodziło.

Nie to było jednak najbardziej przykre, a ten sam grzech, który popełniała wychowawczyni z poprzedniej szkoły. I żeby było jasne – ja wiem, niektórych uczniów lubi się bardziej, mi to nie przeszkadza. Przesadziła w momencie, kiedy pod koniec ostatniej klasy uniemożliwiła nam poprawienie ocen z przedmiotów, z których były przecież punkty do liceum. Zaczynała powoli urlop macierzyński i zamiast wziąć pod uwagę wszystkie oceny, po prostu poprawiła je na koniec wybranym osobom, całkowicie ignorując innych. Całe szczęście, nadrobiłam to punktami z testu gimnazjalnego, dzięki czemu dostałam się tam, gdzie chciałam. Napisałam najlepiej z całej klasy. Nie, nie pogratulowała mi, właściwie nawet tego nie skomentowała. Po co?

Inne kwiatki z tego okresu? Plastyczka: „Ja Was zniszczę„. Pan od techniki: „Chcesz, żebym Cię pogrążył?” – nie wiem czy to były kompleksy spowodowane nauczaniem przedmiotów mniej „prestiżowych”, czy inne problemy. Lećmy dalej! Pani od geografii, która zajęcia prowadziła metodą: „Przeczytajcie se temata w książce i róbcie notatki” – na szczęście po skardze troszkę się ogarnęła. Pani od fizyki, mówiąca „wyłanczać”, „w zwierciedle”. Na koniec kwiatek – pani od matematyki, która po pół roku nauczania gimnazjalistów nabawiła się problemów z psychiką. Dziwne, że nie byłam i nie jestem za gimnazjami?

Oczywiście, nie twierdzę że zabrakło zupełnie dobrych nauczycieli! Do tej pory pamiętam matematyczkę, która przyszła po pani z problemami, drugą panią od geografii, sypiącą świetnymi żartami oraz cudowną anglistkę z krótkiego niestety zastępstwa. Bilans? Taki sobie.

Liceum

Im dalej, tym gorzej wyglądali ci moi nauczyciele? Na to wygląda, bo liceum było jednym z lepszych w okolicy, a jak to skomentował jeden z rodziców na zebraniu: „Ta szkoła jedzie tylko na renomie„. Były więc wśród nauczycieli jednostki wybitne i reszta. Reszta, czyli pani od w-fu, wyśmiewająca ewentualne braki w umiejętnościach i odzywająca się do nas z pogardą. Zmiana nauczyciela? „Yyy… No tak, bo to znajoma dyrektora. Ta pani jest niestety, nie do ruszenia” – oznajmiła zszokowanym rodzicom na zebraniu wychowawczyni. Łatwo więc wyobrazić sobie, że raczej często „zapominałyśmy stroju”.

Bywało również zabawnie! Do tej pory z czułością przypominam sobie pana od historii i wos-u, który każdy temat zajęć po kilku minutach sprowadzał do tego, dlaczego PiS jest zły. I niby było śmiesznie, niby przynajmniej dało się ściągać, ale nie nauczyłam się dosłownie niczego. Starał się za to polonista, który naprawdę z całych sił próbował zainteresować nas przedmiotem, z pozytywnym zresztą skutkiem. Mogłabym mu może mieć za złe kiepski system oceniania i sprawdziany z lektur typu: „Jakie gacie miał na sobie Wokulski…”, ale składam troszkę na karb niedoświadczenia, jako że był świeżo po studiach.

Co jeszcze? Fizyczka, która miała być tak świetna, że z tróją u niej można było startować na politechnikę. Z perspektywy czasu widzę, że po prostu nie potrafiła wytłumaczyć materiału – bo po co? Przecież uczeń pójdzie na korepetycje. I rzeczywiście, większość chodziła.

Dalej, geografka, co ją średnio obchodziły prawa ucznia. Wiesz, takie drobiazgi, jak zgłaszanie nieprzygotowania, którego „nie słyszała” czy robienie sprawdzianów z partii materiału, której nie mieliśmy, bo nie chciało jej się robić odrębnych sprawdzianów dla nas i klasy geograficznej. Nie, nie zabiła we mnie miłości do geografii, choć nie wiem, jak z innymi.

Zamknijmy te drzwi i otwórzmy kolejne. Proszę, tu siedzi pan od niemieckiego. Mimo że wychodziła mi czwórka, stwierdził, że mi jej nie da, mówiąc: „Ja Ci mogę w każdej chwili udowodnić, że na nią nie zasługujesz„. Ach, żeby było piękniej! Chyba połowa nauczycieli w liceum należała, razem z dyrektorem zresztą, do pewnej pomarańczowo-niebieskiej partii. Dodać do tego Kartę Nauczyciela, która utrudnia zwolnienie nawet takiego nauczyciela, jak pani od w-fu czy geografii i jeśli się nie zestarzały, uczą dalej. A z perspektywy czasu mogę potwierdzić, że nie powinny uczyć.

Moi nauczyciele byli tacy źli?

Skupiłam się na tych gorszych. Tak to wygląda, że ci najbardziej zapadają w pamięć, prawda? Zresztą nie tylko nauczyciele, mamy tak z większością grup zawodowych, społecznych czy powołaniowych. Prawda jest jednak taka, że szczególnie wśród przemiotowców nauczycieli kiepskich była nadreprezentacja. Widzisz zresztą, co działo się w liceum.

Wszystkim nauczycielom życzę jak najwyższych pensji – takich, z których można się utrzymać. Uczniom zaś, by te pensje dostawali nauczyciele, którzy na nie zasługują. Bo że ma co ukrywać, że tych drugich jest ciut za dużo.

Chyba że to moje przykre doświadczenia?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować