Jeśli jakimś cudem zabłądziłeś kiedyś na mój instagram, być może zauważyłeś, że zdjęć białych ścian, białej kanapy na białym tle i pasującego obrazka z czerwoną kropką sugerującego przemijanie tam nie uświadczysz. Za to jeśli robię zdjęcie w mieszkaniu, nieraz gdzieś w rogu czai się, o zgrozo! Bałagan!

I nawet jeśli nie są to akurat rozsypane klocki czy inne dziecięce zabawki, po prostu gdzieś obok stoi coś, co nie zmieściło się w szafie. Czyżbym padła ofiarą minimalistycznego wystroju do tego stopnia, że w mieszkaniu zainstalowałam sobie jedną, jedyną szafę, w dodatku ukrytą w ścianie? Niestety, prawda jest jeszcze bardziej okrutna – ile bym nie miała szaf, i tak nie pomieszczę wszystkiego, co mam.

Fajnie! – powiedzą minimaliści – to super, że stać Cię było na to wszystko, ale nie widzisz, że teraz Cię to przytłacza? Zrób porządny rachunek sumienia i wywal, co nie jest Ci potrzebne, a zobaczysz że i szafy będziesz mogła wyrzucić.

To takie proste?

Dla wielu tak. Zresztą, nie będę kłamać, z wiekiem sama zatęskniłam nieco za pewnym uporządkowaniem przestrzeni. Kiedy zrobiłam się stara, zmienił mi się nieco gust, również odnośnie wnętrz. A jednak, za zmianą gustu nie poszły inne zmiany. Przede wszystkim, wciąż nie mieszkam na swoim. A nawet w najpiękniejszym wynajmowanym mieszkaniu trudno jest wprowadzać zmiany „pod siebie”, wiedząc że to nie na stałe, nawet jeśli na długo.

Kiedy wracam do rodzinnego domu, uwielbiam odwiedzać pokój, który zajmowałam. Stoi nietknięty, taki jak go zostawiłam – serio, dałeś się wkręcić? W rodzinie wielodzietnej gdy się wyprowadzasz, pod drzwiami stoją już kartony innego „dziecka”. Dziś zajmuje go moja siostra. I nie będę kłamać, że nic się nie zmieniło, ale pewne szczegóły są takie same! Półki z książkami, a właściwie z całym mnóstwem książek. Obok stoidełka i kosmetyki, które „z pewnością jeszcze kiedyś się przydadzą”. No i wyłażące z szafy ubrania, bo właściwie krzesło i kawałek podłogi to równie dobra szafa, jak szafa.

Burdel na kółkach! No właśnie nie. Za to panuje tam świetny klimat, podkreślony drobiazgami, jak kartony z hasłami czy tematyczne plakaty. Sama swojej głównej ściennej ozdoby już bym nie zawiesiła, mimo że tak jak hasła siostry, wisiała wtedy bardzo „ironicznie”, ale wnosiła coś do całości.

Pewnie domyślasz się, dlaczego tak uwielbiam ten pokój. Mimo że gust mam dziś nieco inny, mnóstwo rzeczy się nie zmieniło. Minimalizm architektoniczny mogę mieć w głowie, w wyobrażeniach. Co z tego, jeśli za chwilę w realu będę mieć india shop?

Nie zawsze trawię minimalizm

Nie zmieniło mi się uwielbienie do posiadania mnóstwa książek. I choć straciłam nieco nadzieję na posiadanie mieszkania, w którym całą większą ścianę mogłabym przeznaczyć na półki na książki, i tak je mamy, szczególnie że mąż jest jeszcze większym miłośnikiem książkowego zbieractwa, niż ja. Po prostu leżą wszędzie, wliczając w to podłogę.

Książkowy minimalizm nie jest dla mnie. Pamiętam, jak czytałam gdzieś zalecenie minimalistów, by przeczytane książki oddawać dalej. Jeśli tylko bardzo mi się nie podobają, jasne, nie ma sprawy. W przeciwnym razie chętnie pożyczę, ale chcę mieć możliwość do nich wrócić!

 

Kwestią do uporządkowania jest z pewnością kwestia odzieżowo-obuwnicza. I tu jednak nie ma co się łudzić, że wzorem minimalistów, zostawię sobie mieszczącą się w malutkiej szafce garderobę kapsułową. Niby co miałabym zostawić? I co wyrzucić? Szczególnie w okresie ciążowo-karmieniowo-normalnym, gdzie wszystko może się zdarzyć?

To zresztą tylko usprawiedliwienie, bo ja uwielbiam mieć dużo kolorowych ubrań! Nie po to złaziłam tyle kilometrów w ciuchlandach, wyszukując perełki z dna morza, żeby teraz zrobić spektakularne „papa”, bo sweterek w ciapki nie pasuje do garderoby kapsułowej. Wyrzucam/oddaję więc głównie leżące nietrafione prezenty i ubrania, które wstyd już trochę nawet po domu nosić. Podobnie z butami. Szykuje mi się zresztą podjęcie męskiej decyzji związanej z bardzo starymi glanami, których już chyba nie założę. To będzie smutny moment.

Minimalizm nie jest dla mnie, bo mam dzieci?

Właściwie widoczne jest jedno dziecko, ale drugie zajmuje już powoli swoje szafki i resztę przestrzeni. Tak, wiem. I minimalistki mają swoje minimalistyczne dzieciątka, które ubierają w minimalistyczne ubrania z minimalistycznej kolekcji, najczęściej polskich projektantów. Zastanawiam się zawsze czy minimalistyczne dzieci się brudzą i czy plamy z minimalistycznych ubranek są bardziej minimalistyczne i schodzą łatwiej – bo ja mam czasem problem i stąd sterta ubrań, która powoli kruszeje po zabawie na placu zabaw, jedzeniu, malowaniu, skakaniu w deszczu i czynnościach, których nie jesteś w stanie sobie wyobrazić bez dwulatka obok (KLIK! Nie masz dzieci? To się nie wypowiadaj).

A dziecko rośnie szybko. Zostają po nich ubrania, niektóre nadają się jeszcze dla drugiego dziecka. Gdzieś je składować trzeba. To jednak pikuś, bo przecież dziecko się bawi. Serio! Minimalistki pewnie mają na tę okoliczność dwa pudła zabawek Montessori, na co dzień chowane w ścianie, my zaś mamy graciarnię Tiny i jej pociech. Póki co, Młoda jest zadowolona, być może za 20-30 lat przyśle mi rachunek za terapię.

Nie da się być minimalistą, mając dzieci? Pewnie się da, podobnie jak da się być matką zero waste, weganką, freeganką i co tam jeszcze człowiek wymyśli. Dla chcącego nic trudnego, tylko po co się dodatkowo męczyć, skoro takie normalne, ordynarne macierzyństwo samo w sobie nie jest kaszką w proszku do zalania? Bo tak, minimalizm miał być uproszczeniem życia – a jednak sam w sobie męczy. Przynajmniej mnie.

Kiedy doceniam minimalizm?

Pierwszy raz chyba zatęskniłam za nim podczas przeprowadzki, gdzieś w okolicach siódmego kartonu z książkami. To zresztą ciekawe, bo nie jest tajemnicą, że w swoim życiu przeprowadzałam się już z kilkanaście razy, jeśli liczyć coroczne studenckie przeprowadzki do domu i z powrotem. Jedyny efekt takiego stanu rzeczy to brak przedmiotów wartościowych. Przez lata najdroższym co posiadałam, był rozwalający się laptop i telefon z dolnej półki.

Minimalizm nie jest dla mnie. Mimo że czasem widzę jego plusy, wiem jak pomaga ogarnąć siebie, przestrzeń wokół, o ile łatwiej posprzątać. A jednak, mimo że z jednej strony uspokaja, z drugiej mnie niepokoi. Niepokoi mnie przymus posiadania małej ilości rzeczy, ciągła chęć uwalniania się od rzeczy materialnych na rzecz internetowej nietrwałej chmury, mimo że zdaję sobie sprawę również z nietrwałości produktu realnego.

Chętnie zaadaptuję go na swoje potrzeby, szczególnie podczas większych porządków, gdzie obowiązuje zasada „zero tolerancji”. Minimalistką jednak nie jestem. I chyba już nie będę.

A Ty? 🙂