Na początku przyznam, że czułam się trochę, jakbym podglądała ludzi przez lustro weneckie. I to mimo iż patrzyłam przez zwykłą szybę, przez którą można było zobaczyć mnie tak samo wyraźnie, jak ja widziałam ich. Byłam jednak praktycznie pewna, że nikt na mnie nie spojrzy. Uwagę tych ludzi przykuwały 50-60 centymetrowe czerwone stworki.

Patrzyłam więc, z czystej ciekawości, mimo że to było bardzo niegrzeczne. Skoro jednak nawet moja rodzina uważa, że mistrzem taktownego zachowania się to ja nie jestem, co się będę zmieniać na starość? Poza tym niewiele innych rzeczy mogłam robić, czekając przed pokojem odwiedzin. Poza rozmyślaniem, jak bardzo się cieszę że u mnie odwiedziny odbywały się w pokoju, w którym leżałam, dzięki czemu przy wiecznie płaczącym maluchu mogłam zjeść obiad i wziąć prysznic (KLIK! Co nie przydało się u mnie w wyprawce?).

Tu jednak było inaczej. Nie wiem, może i dobrze, biorąc pod uwagę, że zdecydowana większość noworodków jednak nie popełnia faux pais, jakim jest przejmujące wycie przy próbie odstawienia na pięć minut, by szybko zjeść szpitalny obiad albo migiem skorzystać z toalety. Mogłam w każdym razie poprzyglądać się ludziom i w pewnym momencie szczególną uwagę przykuli ojcowie. Jak się okazało, mężczyzna na oddziale położniczym to wdzięczny temat obserwacji.

Powaga moi drodzy, bez żartów

Kojarzysz obrazek z osłupiałą kotką, do której dotarło, że właśnie urodziła pięcioro kociąt i musi jakoś o nie zadbać? Tak zawsze wyobrażałam sobie mężczyznę, który pierwszy raz widzi swoje dziecko nie tylko na zdjęciu lub ultrasonografie. Czy miałam rację?

Być może po prostu to osłupienie przegapiłam, bo przecież ojcowie coraz częściej widzą dziecko już na sali porodowej, czasem szybciej niż zobaczy je matka. Tak więc wytrzeszczu oczu nie było. Wręcz miałam wrażenie, że oczy ojców były za mgłą. Wiesz, że noworodek widzi w miarę dokładnie obiekty znajdujące się w odległości 20-30 cm od jego twarzy? Tu wyglądało to tak, jakby podobnie ojcowie zawężali nagle swoje pole widzenia, patrząc się w jeden punkt.

Jaki? Ameryki nie odkryję, przyglądali się twarzy. Szczególnie że głównie ona wystawała z rożków. Najlepsza była jednak ich mina. Delikatny, lekko wręcz maślany uśmiech, no i te zamglone, strasznie niepewne sytuacji oczy. Kojarzysz minę człowieka, któremu w pracy do windy nagle władował się ważny prezes? No właśnie.

Mężczyzna na oddziale położniczym się kurczy?

W pokoju odwiedzin  nie brakowało dużych mężczyzn. Bo umówmy się, mężczyzna nie zaczyna się od 1,90 m., rozpiętość centymetrowa jest spora, ale pewnego dnia trafiłam na „zlot tych większych”. I miałam wrażenie, jakby im ta wielkość przeszkadzała. Nie tylko dlatego, że pokój w gruncie rzeczy duży nie był, ludzi akurat przybyło i każdy kto wstawiał z krzesła, tak lawirował, by nie potrącić szklanej kuwetki z czerwonym stworkiem w pstrokatym rożku.

Ba, rozumiem chęć skurczenia się, gdy trzyma się w szerokich ramionach nowonarodzone dziecko, które jest tak przerażająco małe, że człowiek na co dzień nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo mały potrafi być człowiek. A przecież nie tak dawno sama leżałam na oddziale położniczym z małym wrzaskunem, który postanowił sobie wyjrzeć na świat. Nie zmieniło to w żaden sposób faktu, że czułam się teraz, jak na odwiedzinach w sali wcześniaków. Tę kruchą maleńkość zapomina się szybko.

Wracając jednak do tematu. Mężczyzna na oddziale położniczym naprawdę wygląda, jakby miał ochotę zmniejszyć nieco rozstaw swoich ramion, wzrost, jakby nagle zaczęła przeszkadzać mu broda, wąsy – cała męskość. I głos – kiedy odzywali się do swoich partnerek, drżał. Jakby ten codzienny w sytuacji „sam na sam” z kobietą i jej dzieckiem był za gruby, zbyt donośny.

Uwaga! Jest jednak wyjątek. To ojcowie, którzy przyszli z innymi dziećmi. Nie żeby i oni nie mieli ochoty usiąść i zatopić się w chwili z kobietą i noworodkiem, przybierając postawę pięknie skomentowaną przez jedną z Was w grupie „Rozkminiacze” jako: „wzruszenie i oczy słonia w składzie porcelany”. Starsze pociechy jednak sprawiały, że ojciec z całej siły starał się nałożyć maskę codziennej lekkiej szorstkości.

Mężczyzna na oddziale położniczym to śmieszny widok?

W żadnym wypadku! Bo wiem, że i tak możesz ten tekst odebrać – mięczaki, rozbrojone przez kilkudziesięciocentrymentrowe dziecko. No błagam. Przed chwilą wrócił z siłki, polował na mamuty w kolejce w Biedronce, wygrywał w Fifę, brał się z kimś za łby po stłuczce samochodu, z satysfakcją wygryzł kolegę z pracy z projektu.

I za chwilę zrobi to znowu. Być może zaraz po wyjściu z oddziału weźmie telefon i zaprosi kolegów na pępkowe, gdzie będą lecieć dowcipy, o których żadna z kobiet wiedzieć by nie chciała. Być może do samochodu podejdzie z typową chmurną miną, dzięki której każdy z nas zastanowi się dwa razy, zanim zapyta choćby o godzinę.

Dlatego piękny ten mikroświat w sali odwiedzin. Nawet jeśli maska spada tylko na chwilę.


Wiedziałeś, że istnieję również na Twitterze? 😉