Pierwszą część, o ile dobrze kojarzę, oglądałam z chłopem, na studiach. Bardzo dawno temu. Jeśli to pamiętam, to znaczy że film był dobry, bo najczęściej filmy zapominam dwa dni po ich obejrzeniu. To, że je oglądałam, również. Moja pamięć nie lubi śmieci.

Inna sprawa, że fabuły nie kojarzę, za Chiny. Co pamiętam? Świetnie zaśpiewane piosenki zespołu ABBA, greckie klimaty i cudne okoliczności przyrody. Skomplikowane, prawda? Ano nie i właściwie nie miało być.

Gdy więc dostałam propozycję rozerwania się przy drugiej części „Mamma Mia”, nie zastanawiałam się długo! Przejrzałam kilka recenzji, zarezerwowałam bilety (nie bez przeszkód, bo zamiast zapisać się, jak człowiek, na seans, trafiłam na „Kino Kobiet”) i kilka dni później siedziałam z przyjaciółką, orzeszkami i piciem, niecierpliwie czekając na początek seansu.

Mamma Mia 2

Historia zaczyna się, gdy Sophie, po śmierci Donny, jej matki, ponownie wskrzesza hotel do życia, przygotowując go na wielkie otwarcie. Boryka się przy tym z drobnymi problemami z mężem, który właśnie dostał świetną propozycję pracy na innym kontynencie.

Podczas przygotowań Sophie wspomina zmarłą niedawno matkę i poznaje historie z jej przeszłości. Dowiadujemy się więc, w jaki sposób Donna trafiła na wyspę i dlaczego została na niej dłużej, mimo świetnych perspektyw po ukończeniu szkoły. Wszystko okraszono pasującymi do sytuacji piosenkami z repertuaru zespołu ABBA. A że trudno tych piosenek nie lubić, nawet się nie zdziwiłam, że w kinie pojawiło się sporo fanek, średnia wieku oscylowała pewnie koło pięćdziesiątki, a z sali co pewien czas dobiegało nucenie 🙂

Ujął mnie również dobór postaci. Mimo że zarówno przyjaciółki, jak i partnerów Donny z retrospekcji grają inni aktorzy, niż ci z czasów współczesnych, dobrano ich tak świetnie, że naprawdę można odnieść wrażenie, iż mogli tak wyglądać te kilkadziesiąt lat temu. Szczególnie zachwycał duet: Jessica Keenan Wynn – Christine Baranski, grający Tanyę oraz Colin Firth (zawsze najlepszy!) – Hugh Skinner, grający Harry’ego. Rozbawił mnie też sprzedawca wejściówek na prom, zarówno ten „młody”, jak i „stary”. Mniej ciekawie wyglądała Cher, która mimo dobrego makijażu i świetnego głosu, wciąż skutecznie przypomina, że uzależnienie od operacji plastycznych to zło.

Niby nic, a jednak…

Nie ma się co łudzić – jeśli ktoś oczekuje kina z emocjami, nagłymi i zapierającymi dech w piersiach zwrotami akcji albo mrożącą krew w żyłach historią, z pewnością się zawiedzie. Historia niespecjalnie trzyma w napięciu, mniej więcej wiemy, co się za chwilę wydarzy. Szczęśliwe zakończenie również łatwo przewidzieć.

I o to w sumie chodzi! „Mamma Mia 2” nie aspiruje do bycia dziełem, po zakończeniu którego wszyscy z trudem łapią oddech. To lekka, łatwa i przyjemna opowiastka, będąca właściwie tłem do utworów. Nie wszystkim to pasuje. Mi jak najbardziej, szczególnie teraz, gdy jak nigdy, mam ochotę na świat sielski, anielski i pluszowy. Są również zabawne momenty – oczywiście, nie kichamy ze śmiechu, jak przy „Nagiej Broni”, ale można się uśmiechnąć, a nawet troszkę pośmiać.

Komu polecam?

Przede wszystkim: jeśli siedząc w kinowej sali przypominasz sobie nagle, że w natłoku zajęć nie było kiedy przypomnieć sobie pierwszej części, nie ma powodu do zmartwienia! Druga bardzo szybko przypomina, o co chodziło i mimo że jest kontynuacją, równie dobrze mogłaby stanowić odrębny film.

A komu polecam? Jak to komu? Każdemu, komu czasem ABBA w duszy gra! No i wielbicielom, a właściwie wielbicielkom lekkiej, łatwej i przyjemnej fabuły. „Mamma Mia 2” jest bowiem wyjątkowo babskim filmem i widać to od pierwszych scen. Tak czy siak, warto 🙂

Zdjęcie: By Giannismits [CC BY-SA 4.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0)], from Wikimedia Commons