Tekst o kursach przedmałżeńskich miał być ostatnim z serii: „Małżeństwo jest…”. Co za dużo to niezdrowo! Jeszcze okaże się, że mi się tematyka spodoba i zacznę na powrót ogarniać te wszystkie ślubne buty, kiecki oraz sale, żeby o tym napisać. Wracam do lżejszych tematów.

A tu wiadomość na priva. „Napiszesz coś jeszcze? O teściów mi chodzi” – w wielkim skrócie. Czy oni zawsze muszą się wtrącać? Czyje zdanie jest ważniejsze? Po której stronie powinien opowiedzieć się małżonek? „Mówi się: Bóg, matka, a na końcu żona albo mąż, ale czy to prawda?” padło pytanie.

Wiesz, dlaczego trochę zastanawiałam się nad tym, co tu napisać? Wyobraź sobie, że jesteś totalnym obżartuchem, a szczególnie uwielbiasz chipsy. Wiesz, że są niezdrowe, cera wygląda po nich jak po bombardowaniu Pułtuska, w brzuchu się przewraca, ale tak je lubisz! I nagle ktoś prosi Cię, żeby napisać tekst o zdrowym odżywianiu z naciskiem na chipsy.

No chyba bardziej obrazowo nie napiszę!

To kto ma rację?

Albo inaczej: kto jest ważniejszy? Kiedy już dojdzie do konfliktu, po której stronie się opowiedzieć, żeby nie wypaść na kompletnego buca, co to już nawet w rodzinny savoir vivre nie potrafi? Wiadomo, człowiek chce dobrze, a nagle okazuje się, że wszyscy są na niego obrażeni, niczym w wierszu „Pomidor” Brzechwy, gdzie głupie „bleble” z tyczki sprawiło, że pomidor popadł w totalną zniewagę.

I rzekł: Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela„. Dziękuję, temat zakończony, można się rozejść. Chwila! Gdzie opuści? A jeśli nie opuści? Człowiek czasem z teściami czy rodzicami przecież mieszka. No i gdzie tu mowa o rozdzielaniu? Poza tym – co z tymi, którzy katolikami się nie czują?

To samo. Psychologiem nie jestem, ale kiedy przedmałżeńsko czytałam różne głupotki w stylu „Co może zaskoczyć Cię w małżeństwie”, wszystkie źródła cytat potwierdzały. Jest mąż, jest żona, dalej są inni. Rodzice, ale i dzieci – bo nie wiem czy czytałeś dyskusję pod poprzednim tekstem. Okazało się, że stawianie dziecka ponad małżonka jest równie częstym problemem.

Tyle teorii! Teraz praktyka

Żyjemy w społeczności, gdzie więzy rodzinne wciąż są bardzo silne. Wielopokoleniowe duże domy, gdzie na parterze mieszkają dziadkowie, a na górze ich dzieci z małżonkami lub niewielkie klitki blokowe, w których gnieździmy się w trzy pokolenia, to codzienność. Czym wymuszona?

  •  sytuacją finansową – Niewiele par, które ślub biorą przed trzydziestką, stać na kupno własnego, choćby naprawdę małego, mieszkania. Wynajem? Ceny nieraz oszałamiające, no i ciężko wynajmując, uzbierać na mieszkanie. Ba, zdarza się że i na ten wynajem człowieka średnio stać. Czasem trzeba się więc gnieździć z rodzicami te kilka lat w nadziei na odmianę losu
  •  niedołężnością rodziców – tu sytuacja chyba nie ulega żadnej wątpliwości. Nie oddamy przecież ojca do domu spokojnej starości, bo „Mój Seba będzie zaraz miał pretensje”. Jeśli tylko mamy jakiekolwiek warunki, a rodzic zaczyna wymagać bardziej stałej opieki, zamieszkanie z nim jest wręcz koniecznością.
  •  umową – No i właśnie. „Moja mama ma duże mieszkanie. Jest tam miejsce dla nas, to po co miałbym się tułać gdzieś? Szczególnie że przecież mama jest ugodowa” – usłyszałam kiedyś od znajomego. Na wszelkie sposoby próbowałam mu sugerować, że takie wspólne mieszkanie z rodzicami, o ile nie ma się osobnych pomieszczeń gospodarczych i wejścia, to zły pomysł. Nie przekonałam go. Na szczęście ten znajomy okazał się być myślącym człowiekiem i gdy już się żony dorobił, a ta zaszła w ciążę i pojawiły się jednak konflikty między totalnie niekonfliktowymi ludźmi, osobne mieszkanie znalazło się w kilka dni.

Czyli co? Trzymać rodziców na dystans?

To w sumie częste pytanie tych, którzy jednak chcieliby jakoś połączyć życie małżeńskie z życiem z rodzicami. „Przecież rodzice są ważni! Nie można ich olać ot tak, bo nagle pojawił się małżonek”. A gdzie szacunek?

Do tego dodajmy kilka historii o zaborczych mężach, którzy po ślubie powoli, acz skutecznie przerywali kontakt między żoną a teściową, co kończyło się tym, że żona w sytuacji naprawdę kryzysowej nie miała gdzie pójść. I mamy usprawiedliwienie, by postępować inaczej.

Poza tym, dorastamy często w przeświadczeniu, że nie ma osób mądrzejszych życiowo, niż nasi rodzice. I jeśli nie zrozumiałeś jeszcze chipsowej alegorii z początku tekstu, to przyznam się tu bez bicia, że i mi zdarza się mówić do męża coś w stylu „moja mama mówiła, że to się robi inaczej”. W ogóle tekst „Moja mama mówi, że…” jest u mnie chyba troszkę zbyt częsty. Jakoś tak sugeruje mi to mina męża, choć może to tylko taka mina? Sprawdzać nie będę.

Więc wiem – łatwo nie jest

Zdarza się przecież, że ciężko przyznać małżonkowi rację, gdy wyraźnie mają ją rodzice. Ciężko jest po cichu porozmawiać, przedstawić swoje racje, gdy sprawa jest na ostrzu noża. Ciężko czasem odpuścić.

A tak się składa, że ostatnim hasłem akcji „Tydzień Małżeństwa w internecie” jest hasło „Małżeństwo jest NASZE„.

I tu przerwa na reklamy, bo zachęcam do odwiedzenia pozostałych tekstów pisanych dokładnie na tę okazję. TU pisze, że wkurza mnie mówienie, że małżeństwo nic nie zmienia. TUTAJ pytam się czy narzeczeństwo zawsze powinno kończyć się ślubem i kiedy jest ta ostatnia pora, by powiedzieć „nie”. POD TYM LINKIEM natomiast opowiadam, jak wybrać dobry kurs przedmałżeński.

małżeństwo nic nie zmienia

Małżeństwo jest nasze. Odpowiadamy za nie my i oczywiście, warto przyjmować rady bardziej doświadczonych od nas, ale te rady nie mogą przyćmić opinii małżonka. A skoro jest NASZE, trzeba czasem powiedzieć „stop„, gdy rady tatusia czy zupa mamusi okazują się ważniejsze. Szczególnie w sytuacjach kryzysowych – mieszkania razem czy podejmowania ważnych decyzji.

I może to jest myśl, którą warto sobie z tej okazji przypomnieć? 🙂