Pamiętasz, jak żaliłam Ci się na facebooku, że siedzę w przychodni i próbuję ustalić, po kim wchodzę do lekarza? Było to tak, że weszłam, zapytałam, kto ostatni wchodzi. Odpowiedziała mi oburzona cisza. Tak, ona serio była oburzona. Po czym ktoś wyniośle powiedział, że lekarz z gabinetu wyczytuje po nazwisku, a następnie ktoś inny, jakby do muru przyciśnięty, wybąkał że jest solidne opóźnienie.

Chwilę po mnie wszedł pan. Zadał tradycyjne „kolejkowe” pytanie i zanim ktoś zdążył posłać panu zniechęcone spojrzenie, odparłam z uśmiechem, że oto ja jestem tą ostatnią, a w ogóle to niestety jest godzinne opóźnienie. Dacie wiarę, że ten jeden głupi nieco bardziej miły komunikat sprawił, że ludzie zaczęli miło ze sobą rozmawiać, ustalać przyczyny spóźnienia, a potem stwierdzili, że w sumie dobrze że jest to opóźnienie, bo lekarz przynajmniej solidnie bada? Było to prawdą. Odwiedziłam trochę tych lekarzy, ale ten w ciągu kilku lat wzbudził największe zaufanie i chociaż próbował pomóc.

Dlaczego pomocny lekarz w państwowej służbie zdrowia to wciąż okaz rzadki i cenny niczym birkinka w osiedlowym ciuchlandzie? Na to pytanie w dużym stopniu odpowiada książka „Mali bogowie – o znieczulicy polskich lekarzy”.

O czym?

Paweł Reszka, autor książki, by zrozumieć nieco szpitalną rzeczywistość, zatrudnił się jako sanitariusz. Jak sam określa, był na dnie szpitalnej hierarchii, transportując ludzi na zabiegi i pomagając przy zachowaniu szpitalnej higieny. Nie miał problemów z zatrudnieniem, a wręcz przyjęli go z otwartymi rękami…, minimalną krajową i obowiązkami „od zaraz”.

Jeśli spodziewasz się scenariusza filmu Patryka Vegi, srodze się zawiedziesz. To nie jest dokument o rzucaniu „kurtyzanami” i chwaleniu się zabijaniem ludzi na swoim oddziale. To nie jest również książka, która da Ci odpowiedź, co jest głównym powodem faktu, że służba zdrowia dziś ledwo zipie, a wręcz ma poważne problemy z oddychaniem. Ba, po przeczytaniu tej książki nadal nie będziesz pewny czy ci protestujący stażyści to mieli rację czy nie mieli.

Ciekawostkę stanowi fakt, że gdy dyrektor szpitala zorientowała się, że pan Reszka jest dziennikarzem, szybko go zwolniła, mimo wyraźnych braków kadrowych? Czyżby było aż tak źle?

Niestety, dobrze nie jest

I zawiodą się zarówno krytykujący poprzednie, jak i aktualną partię rządzącą oraz ci, którzy myśleli że to kwestia jedynie pieniędzy oraz zarobków lekarzy. Oczywiście, ten temat przewija się w książce wiele razy. Jednak stwierdzenie że powinno się po prostu podwyższyć płace, a wszystkie problemy znikną, niczym starszej pani, która upiera się, że na nadchodzący zawał pomogło jej USG, również jest błędne.

Im bardziej człowiek się zagłębi, tym bardziej jest wściekły. Na system, w którym szpital, mimo że jest placówką publiczną, musi zarabiać, w którym lekarzowi zapisuje się zbyt dużo pacjentów i w rezultacie o diagnostyce możemy sobie jedynie pomarzyć, w którym lekarz dyżurujący musi modlić się o spokój na dyżurze, bo jest sam na kilka oddziałów. Na nierówne płace, gdzie jeden 40-letni lekarz mimo ciągłej aktywności zawodowej dostaje 2,5 tysiąca na rękę, drugi zaś zarabia kilkanaście tysięcy.

Czy tylko system jest zły?

Niestety, im dalej w las, tym więcej drzew. System jest do poważnej reformy i to jest prawda. Reformy jednak na nic się zdadzą, jeśli nie zmienią się lekarze. Bo książka ujawnia i ich poważne grzechy. Pokazuje stażystów, którzy robiąc ze stażu najdłuższe wakacje życia, przychodzą na chwilę do szpitala, po czym znikają, nie prosząc starszych kolegów o pokazanie czegokolwiek, co przyda im się w lekarskiej praktyce. Bez winy nie są również starsi lekarze, nieraz odmawiający stażystom jakiejkolwiek praktycznej nauki, mimo próśb tych pierwszych.

No i chciwość. O lekarskiej chciwości krążą legendy i jak się okazuje, nie zawsze są one przesadzone. Zdarzało się, że to właśnie przez nich brakowało miejsc na różnych specjalizacjach – po co tracić pacjentów z prywatnych gabinetów? Mimo że dyżurowanie po kilkadziesiąt godzin bez przerwy jest poważnym problemem, bywa że tworzą go lekarze, zarabiający naprawdę sporo i wciąż chcący więcej – kosztem własnych pacjentów.

Szczególnie zmroziła mnie opowieść o tym, jak chciano ulepszyć system panujący na onkologii. Niestety, reforma nie powiodła się i między innymi właśnie z winy chciwości lekarskiej dziś po jednej z gorszych diagnoz, jakie możemy usłyszeć, wciąż czekamy w gigantycznych kolejkach.

Kłamstwem byłoby jednak twierdzić, że system służby zdrowia wali się przez lekarzy. Najczęściej są oni bezsilni i niewiele mogą zrobić poza tym, co robią codziennie. To zresztą robią, często kosztem własnej rodziny i zdrowia.

Ta książka nie poda Ci rozwiązania!

Po przeczytaniu nie stwierdzisz, że oto trzeba podłożyć bombę pod główną siedzibą Narodowego Funduszu Zdrowia, a następnie zbudować nowy lepszy świat prywatnej opieki medycznej. Nie będziesz się również wymądrzać, że cały bałagan jest kwestią niedofinansowania i wystarczy walnąć jeszcze dwa WOŚP-y w ciągu roku i gitara, lekarze tańczą bollywoodzki taniec z rodzącymi oraz dziećmi z onkologii, a ze szpitali znikają kolejki.

Być może pomyślisz, że jakby tak ludzie na górze potrafili nieco mniej myśleć o sobie, a bardziej o innych, na świecie byłoby troszkę lepiej. I że czasem wystarczy po prostu słuchać innych. A potem dojdziesz do wniosku, że tu patologia zabrnęła już zbyt głęboko.

Wiesz, dlaczego przytoczyłam tę wizytę u lekarza na początku? Dlatego że z chorym uchem do lekarzy chodzę już kilka lat. 2-3 razy w roku mam stany zagrażające porażeniem nerwu twarzowego oraz innymi atrakcjami. Za każdym razem idę „na cito” do lekarza, a „na cito” oznacza u mnie za miesiąc, gdy o bólu zapominam. Żaden lekarz nie zrobił nic, żeby zdiagnozować, skąd tak częste bóle u mnie i zapobiec tego typu stanom. Teraz przynajmniej wiem, dlaczego.

Przytoczyłam ją jednak również z innego powodu. Nie jestem osobą ekstrawertyczną, uśmiechającą się na ulicy do obcych, jak głupi do sera. A jednak, okazało się że głupi uśmiech oraz konkretna informacja rozładowała atmosferę. Podobnie jest często w gabinecie lekarskim, gdzie często ten uśmiech powodował, że współpraca z lekarzem odbywała się na całkiem innym poziomie. Rzecz jasna, bywało różnie i zdarzało się, że trafiając na totalnego buca, przechodziłam w tryb roszczeniowy, jednak najczęściej działało.

Możemy więc coś zrobić? Możemy. Co prawda, nie zlikwidujemy tym kolejek na SORach, nie sprawimy że każdy lekarz po trzydziestu latach pracy zacznie widzieć w pacjencie człowieka, a nawet nie spowodujemy, że finansowanie zabiegów będzie lepiej urządzone. Za to człowiek po nas być może zostanie potraktowany inaczej. Następny również. Mimo nawału pracy lekarza.

Na początek dobre i to.