Są decyzje, które mogą bardzo zaważyć na przyszłości. Decyzje, które jeśli okażą się błędne, poskutkują rozwaleniem życia sobie i innym. Rozumiesz – przykładowo, inwestujesz oszczędności swojego życia, chcąc je pomnożyć, sprawić że pieniędzy będzie więcej. Inwestycja się nie udała, od tej pory czekasz tylko, aż wszystko się zawali i Twoim głównym celem będzie gospodarowanie pieniędzmi tak, by nie wylądować w ośrodku dla bezdomnych (KLIK! A może na klatce schodowej?).

Mam tego świadomość, dlatego sama podejmowania decyzji troszkę się boję. Ot, jak i całej dorosłości, bo w końcu dopiero mi się ta durna trójka zapisała w liczbie lat, dopiero dwójka dzieci na głowie, to przecież mam prawo.

Sytuacji nie poprawia fakt, iż łatwo jest każdą prawie decyzję umiejscowić w grupie tych opisanych wyżej. W ocenie ryzyka różnimy się bowiem i to bardzo. Jeden w tym położeniu umieści dopiero te warunki, gdzie zainwestuje dosłownie wszystko, razem z pieniędzmi na jutrzejsze bułki i mleko do kawy. Drugi przestraszy się, że weźmie abonament na telefon nie w porę i wszystko się posypie, mimo że ten abonament na dzień dzisiejszy spokojnie w budżecie się mieści.

Porażka społeczna

Finanse to tylko drobna część obaw. Oczywiście, w przypadku sporych inwestycji i stawiania wszystkiego na jedną kartę jest to obawa uzasadniona. Od odwagi do brawury teoretycznie niedaleko i czasem tylko rozmowy z ekspertami oraz osobami bliskimi mogą nam uświadomić, w jakim punkcie jesteśmy.

Odnoszę jednak wrażenie, że gorzej jest z tym, „co ludzie powiedzą”. No bo jak to tak, rzucę dobrą pracę, którą tu mam, mieszkanie i pojadę za nim na drugi koniec Polski, tam z trudem będę zdobywać to, co wywalczyłam sobie już tutaj? A co jeśli jednak nam nie wyjdzie? Jeśli wrócę z podkulonym ogonem? Mało, że będę leczyć złamane serce, to jeszcze będę wyjaśniać, dlaczego nam nie wyszło i znosić litościwe spojrzenia albo nawet teksty „Wiesz, ja w sumie tak myślałam, że to się w ten sposób skończy”.

I tak ze wszystkim. Spróbuję rozkręcić biznes, a jeśli się nie uda, będę się tłumaczyć, że mi nie wyszło, że towar zalega, a ja już się nie reklamuję. Spróbuję zmienić pracę na bardziej rozwojową, a kiedy okaże się, że jest jeszcze gorzej, wyjdę na osobę niestałą, nieudacznika któremu znowu coś nie wyszło.

Głupio tak samemu przed sobą

– No dobrze, ale jak to nie wyszło Ci staranie się o dziecko?
– Mamy kwiecień, a tu nic. Trudno się mówi.
– Nie no, jasne, Twoja sprawa… Ale chyba w lutym zaczęłaś? Nie za szybko troszkę odpuszczasz?

Dialog zmyślony, sytuacja nie. Czasem efektów chcemy natychmiast. Niby zdajemy sobie sprawę, że nie od razu klientów się znajduje, nie od razu zawsze kobieta w ciążę zachodzi, nie od razu dzieje się to, co chcemy.

Co z tego, jeśli my chcemy teraz? Otoczenie również nie ułatwia nam sprawy, dopytując się, „jak idzie realizacja planów?” Że jeszcze nic nie miało prawa się wydarzyć? „No ja nie wiem, znajoma po miesiącu zaszła w ciążę, może jednak coś jest nie tak?” – a nam czekać również się nie chce. Bo co jeśli po tak długim czasie nic się nie ruszy? Wokół przecież tyle osób wygrało od razu.

A jeśli się nie uda?

Jeśli nie dostanę się na studia? Jeśli sobie na nich nie poradzę? Jeśli skompromituję się na tej rozmowie? Co jeśli się nie uda?

Powoli nadchodzi czas wyborów samorządowych. Patrząc na nazwiska osób, które odważyły się wystartować, mam wrażenie że wejdę za jakiś czas tam na salę i poczuję się, jakbym czekała aż pani woźna na dzwonek zadzwoni. To dla mnie zadziwiające, ile znanych mi z „piaskownicy” nazwisk kandyduje. Wiesz, że to nie jest tak, że oni wszyscy dostaną po kilka tysięcy głosów? I że niektórzy z nich zadowolą się głosem mamy, taty i dosłownie kilku znajomych? W rozważania o słuszność wyborów i demokracji teraz nie wnikam. Ot, jak wszędzie – są wygrani i przegrani.

Dlaczego jednak nie mieliby spróbować? Każda porażka w końcu czegoś uczy. Nawet ta, w której teoretycznie tracisz wiele. Że się nie uda? Ktoś się pośmieje, ktoś będzie się litował, a Ty stracisz dobre zdanie o sobie? Nawet jeśli ktoś pozwoli sobie na niewybredny żart, jutro przecież nikt nie będzie tego pamiętał.

Sama w sumie się boję

Jestem osobą, której planowanie nie wychodzi. Siła wyższa bardzo często pokazuje nieco brzydszą twarz. Nie, nie uważam się za nieudacznika, a wręcz przeciwnie, bo w życiu wyszło mi tak dużo i w tak wielu sferach, że resztę biorę na karb „sorry, idealnie przecież mieć nie możesz”. Co nie zmienia faktu, że gdy zacznę planować i wyznaczać sobie cele, strzały będą z nieba prały, żeby tylko nie wyszło. W fatum nie wierzę, widać, tak ma z jakiegoś powodu być. Kiedyś nazywałam to ćwiczeniem pokory, teraz już nawet nie nazywam.

Stąd też jednak boję się, że coś się nie uda. Bardzo często. Tylko co, jeśli się nie uda? Komu będę się tłumaczyć? Czy czyjeś „a nie mówiłam” sprawi, że coś się w tej sprawie zmieni?

Jak się nie uda? To się nie uda. I tyle.