Już słyszę parsknięcia i śmiechy zewsząd. „No Tina, kto jak kto, ale Ty nierobienie masz w genach chyba zapisane. Przecież to Ty przekonywałaś, że lenistwo to po prostu kolejna dysfunkcja, która powinna być usprawiedliwiona, podobnie jak dyskalkulia czy dysortografia”.

Tak właśnie było. I jest. Nie mam zamiaru na potrzeby wpisu tworzyć alternatywnej rzeczywistości, gdzie wstaję sama, zanim zadzwoni budzik, robię sobie i reszcie rodziny jajecznicę z trzech jajek, w międzyczasie ubierając siebie i dziecko, a przez resztę dnia pracuję, jednocześnie sprzątając, robiąc zakupy i opiekując się dzieckiem. Plan sypie się kilkukrotnie, a będzie jeszcze lepiej.

Jest jednak taki moment, kiedy trzeba. Trzeba konkretnie zająć się rzeczywistością i pozbierać do kupy to, co przez inne obowiązki zostało zaniedbane. I ponieważ nie mam już dwudziestu lat, nie mogę robić tego w sposób, w jaki robiłam to wtedy: chowając się na końcu korytarza z papierosem i piwem oraz udając że jestem pożółkłą farbą olejną na ścianie.

Jak nic nie robić, gdy zaległości się piętrzą?

A może tak usiądziesz na chwilę? Przestaniesz biegać i odetchniesz?” – usłyszałam nagle z drugiego pokoju, gdy leciałam z proszkiem do prania. O co mu chodzi? Przecież ledwo wstałam. Ledwo włączyłam pierwsze pranie, ogarnęłam nieco dziecko, zmyłam naczynia… Zaraz. Właśnie do mnie dotarło. Kiedy ja ostatnio usiadłam? Rzeczywiście, biegam po domu przez pół dnia?

Zwaliłabym to na syndrom wicia gniazda, gdyby nie fakt, że i przedtem mi się zdarzało. Wtedy jednak mogłam. Oczywiście, mogę nadal – jestem zdrowa, ciąża to nie choroba, nie mam prawa narzekać, wręcz nie powinnam leżeć do góry brzuchem unieruchomiona. Z drugiej strony jednak przesada w postaci biegania po domu bez chwili odpoczynku równiez jest niewskazana.

Spojrzałam więc na siebie, na proszek do prania („tylko Białas idealnie wybieli paski na Twej koszuli!” – tekst sponsorowany), potem na dziecko, które radośnie tego dnia biegało za mną, „pomagając”, a następnie spojrzałam na mój zegarek z krokomierzem (Tu recenzja xiaomi mi band2) i średnio mogłam się dalej oszukiwać, że przecież poranek na kanapie był długi.

Nauka nierobienia

Przesada w każdą stronę jest szkodliwa. Z drugiej strony, nauka nierobienia nie jest trudna, o ile akurat wszystko jest posprzątane, praca jest zrobiona, dziecko zajmuje się same sobą… I tak dalej, bo ta litania może trwać i trwać. Jak nic nie robić? Normalnie, przecież już nic do roboty nie ma. Chociaż wielu z nas i tak coś znajdzie.

Co jednak, jeśli obowiązki się piętrzą? Nie zostawisz przecież pracy. To, co musi być zrobione, to zrobione być musi. Choćby strzały z nieba prały i skurcze się, tfu! Zaczynały. Oczywiście, są sprawy do załatwienia na natychmiast. Czy wszystkie? Czy naczynia leżące dwa dni pod kranem powinny być zmyte teraz, już, zanim zjedzą nas pluskwy? Powinny.

Czy pranie trzeba zrobić koniecznie dziś, teraz? Zaglądam do łazienki, a tam nie ma jeszcze piramidki, z której mogłabym za kilka miesięcy stworzyć bożonarodzeniową choinkę. Czyli niekoniecznie trzeba. Mogę je zrobić jutro. Razem z innymi obowiązkami drugiego sortu.

Lęk przed nierobieniem?

Oczywiście, może zdarzyć się tak, że jutro będę leżeć i modlić się o deszcz, bo upały znów mi zaszkodzą. I tego chyba człowiek w stanie nierobienia najbardziej się boi. Jeśli raz odpuszczę, machina walnie i znów minie tydzień, zanim odkurzę i umyję podłogi. Znów nie pójdę z dzieckiem na spacer. A że od słowa „systematyczność” wolę zdanie „wyindywidualizował się z rozentuzjazmowanego tłumu” mówione z językiem na podniebieniu, taki scenariusz wcale nie jest fikcją.

Warto więc nie robić? Czy nie warto?

Odpowiem jak odpocznę. Jeśli odpocznę.