Hygge – czy szczęście można kupić?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

W jednej ze znanych sieciowych księgarni natrafiłam na reklamowaną ostatnio książkę, o Hygge. Interesują mnie dziwne i nagle modne zjawiska społeczne, więc przekartkowałam pospiesznie. Książka okazała się dziwnym nieco katalogiem wnętrz, połączonym z książką kucharską. Z pewnością jednak znajdą się tacy, którzy kupią, zachęceni modą.

Ponoć Eskimosi mają kilkadziesiąt określeń na śnieg (przerwa na suchar! Ja znam więcej, kiedy odśnieżam podjazd), w innych językach znajdziemy mnóstwo idiomów, które na język polski nie mają przełożenia. Moim ulubionym jest „couch potato„. W każdym razie, w duńskim języku funkcjonuje „hygge” i jak się zdążyłam zorientować, oznacza ono szczęście, ale nie takie zwykłe szczęście, że oto masz cudowne życie, męża i dzieci albo dobrą pracę, która daje Ci spełnienie, podróżujesz czy też ułożyłeś/aś sobie życie w inny piękny sposób.

Hygge to nie euforia z powodu ukończenia długiego projektu w pracy. Nie, to jest ten rodzaj szczęścia, kiedy siedzisz w cieplutkich skarpetach przed kominkiem i czytasz dobrą książkę, spotykasz się z przyjaciółmi, pijecie wino i dobrze Wam się gada albo leżysz w hamaku i kontemplujesz chwilę spokoju, ciepło i słońce. Chyba najbliżej tego będzie słowo „relaks„.

Kto z nas nie lubi takich momentów? Zwłaszcza że często zdarzają się niespodziewanie – najlepszy „hygge” to taki, gdy po ciężkiej pracy nagle wpadają przyjaciele, morda sama się uśmiecha, temat sam się narzuca i w ogóle, jest pięknie. Albo też nagle mąż/żona/ktoś z rodziny bierze dzieci na spacer, a Ty możesz w końcu poczytać książkę i wypić spokojnie herbatę. Nastrój łapie się sam. Im bardziej za nim gonisz, tym bardziej ulatuje.

Kupić hygge?

Bawi mnie więc niezmiernie „sprzedaż” i odkrycie hygge przez marketingowców. Nagle okazało się, że odpoczynek to zabawa dla bogatych. Już nie wystarczą przyjaciele, kanapa i stara książka. Potrzebujesz kominka, wosków znanej firmy, rozwieszonego w pokoju hamaka z Ikei we wzorek pasujący do tapety, łóżka z palet budowlanych, poduszek z Zaraza Hołm, skarpetek specjalnie do wypoczynu z haemu, dresu we wzorek pasujący do hamaka i kanapy… I wielu wielu innych.

Mało tego, z jeszcze większym rozbawieniem przeczytałam rozkminy na pewnej feministycznej stronie – czy można mówić o hyggelizmie, jeśli wokół istnieje niesprawiedliwość społeczna, giną łosie, polujemy na olej palmowy, itp? Czy etyczne jest w takim momencie robić potrawę z książki i gadać ze znajomymi? Czy wolno nam takie szczęście odczuwać?

Zastanawia mnie też, na ile hygge będzie odczuwalny, jeśli będziemy za nim gonić z internetem i katalogiem w ręku? Na pewno przybędzie nam nowych obserwatorów w mediach społecznościowych, kiedy po raz kolejny wbijemy hasztag „hygge” – tylko czy rzeczywiście będziemy go odczuwać? Kiedy w końcu po długich staraniach urządzimy pokój dumania tak, by wyglądał na skandynawski pokój wypoczynkowy, kupimy dresik za tysiąc pińćset i najmodniejszą ostatnio książkę, będziemy się cieszyć? To będzie nasze szczęście czy kolejna ciekawa katalogowa iluzja?

Hygge jedynie w mediach społecznościowych?

Na szczęście hygge jest dla wszystkich – warto tylko pamiętać, że życie to nie samo hygge, o czym zapewne za chwilę zapomną instagramowe gwiazdy w pogoni za kolejnym hasztagiem z nową książką i skarpetkami. Relaks jest jak najbardziej pożądany, jak najbardziej każdy z nas ma do niego prawo. Warto tylko pamiętać, że poza nim przydaje się troszkę popracować, żeby było w ogóle po co odpoczywać.

Mało tego, nie potrzebujemy do niego pieniędzy, a jeśli już, to niewiele. Ulubiona, acz niemodna gazeta na starej kanapie, którą powinieneś już wywalić, czytana w znoszonym i wygodnym dresie lub spotkanie z pryszczatą i grubą przyjaciółką przy piwie z Tesco może nie wygląda dobrze na instagramie, za to dużo prędzej stanie się źródłem dobrego relaksu i radości, niż instagramowa weranda za dwadzieścia tysięcy czy hamak pasujący do ścian.

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować