Po raz pierwszy chyba ubywa mi znajomych. Nie, nie poparłam publicznie żadnego kandydata na prezydenta stolicy, nie opowiedziałam się murem za żadną z partii. Właściwie jestem grzeczna, jak rzadko kiedy.

A jednak ubywa mi znajomych. Szczęśliwie nie w świecie realnym, gdzie odpływ zaliczyłam w sumie po urodzeniu dziecka, ale nie zamierzam płakać z tego powo… No i masz, chusteczki mi schowali! Wróć – piszę o mediach społecznościowych. A bohaterem jest właściwie jeden z nich.

Facebook umiera! – słychać coraz częściej. Na początku wyglądało to jak pobożne życzenia. Nie zrozum mnie źle, nie twierdzę że widzę już stan krytyczny, a za chwilę specjaliści od social mediów określą czas zgonu. Wiesz, że Nasza Klasa również jeszcze działa? Mimo że to mniejszy serwis, a gdy jakieś osiem lat temu oficjalnie usunęłam się stamtąd, praktycznie nic się tam już nie działo.

Tym bardziej więc portal z kciukiem u góry przetrwa jeszcze długie lata, nawet jeśli swoich błędów nie poprawi. Również długie lata będzie to serwis przynoszący spore dochody. Nawet jeśli coraz mniejsze. Co jest jednak przyczyną tego, że ten straszny Facebook umiera?

Starzejący się użytkownicy

Kiedy na studiach założyłam sobie konto, byli tu właściwie głównie moi rówieśnicy. Najstarszy znajomy był tuż po studiach i na zmianę chwalił mi się przez messengera perspektywami i spływającymi ofertami pracy oraz (gdy już wypił) płakał, że ma dość udawania człowieka sukcesu i chyba się załamie, jeśli będzie musiał pójść do Maca. Reszta wstawiała zdjęcia z Juwenaliów.

A już rok później mój chłop z diabelskim uśmiechem zakładał konto mojej mamie, wiedząc jaką to wywoła burzę. Nie wypadało odrzucić zaproszenia, ale przynajmniej kiedy założyłam bloga, ktoś mnie czytał. W każdym razie, gdybym miała babcię, pewnie dziś również miałaby konto.

Bo według badań przeprowadzonych w Holandii, na Facebooka loguje się około 70% osób między 65 a 79 rokiem życia. I tak, osoby starsze u nas i w Holandii to niestety dwie bajki, ale wystarczy zajrzeć na profile nieco dłużej istniejących u nas partii politycznych oraz portali informacyjnych, żeby zobaczyć skaczących sobie do gardeł dziadków. W niemałej ilości.

I dlatego też „dzieciaki” wkraczające w wiek nastoletni lub dorosły ochoty na założenie sobie konta na Facebooku nie mają. A właściwie mają coraz mniejszą. Ryzykować, że zaprosi się ziomków z osiedla do znajomych, a pod profilowym babcia Zosia napisze „ZAŁUŻ CZAPKE HIHI MIŁEJ NIEDZIELI PIOTRUSIU”? A pod zdjęciem z muzeum lotnictwa babcia zacznie krzyczeć „MACIAREWICZ *** MUSI ODEJŚĆ!!!” Na samą myśl człowiek budzi się zlany potem. Smarkacz wybiera więc inne social media.

Afery

Nikt się chyba nie łudził, że Facebook dane użytkowników przechowuje w specjalnym sejfie strzeżonym przez dwóch czarnoskórych osiłków, na 17 piętrze wieżowca, gdzie do kolejnych drzwi hasło zna jedynie Zuckerberg i jego potomek?

Raczej nie. Kto miał jakiekolwiek pojęcie o polityce portalu, ten wiedział, że zamiast uniesionego do góry kciuka bardziej pasuje tu środkowy palec. Dopiero jednak afera związana z Cambridge Analitica uświadomiła wielu z nas, jak bardzo nam ten środkowy palec podsuwano pod nos, a nawet łaskotano nim w półdupki.

Przy okazji co niektórzy posprawdzali sobie na różne sposoby, co wie o nas Facebook. I byli przerażeni. Bo te zgody, co mimochodem klikamy, ot tak, bo przecież co to kogo… USG w życiu płodowym nas tak nie prześwietliło, jak ten portal.

Za granicą pouciekali. W Polsce zrobiliśmy się jakby mniej aktywni. Winę za to ponoszą również…

Algorytmy

Jest jasne, że naszych statusów nie będzie widzieć każdy, kto lubi naszą stronę albo ma nas w znajomych. Choćbyśmy nie wiadomo jak bardzo tego chcieli. Zrozumiałe jest również, że algorytm nieco może ukrywać nasze treści, szczególnie jeśli akurat nie są jakoś specjalnie ciekawe.

Jednak zmieniające się co chwila zasady ostro wkurzyły niejednego. Bo jak tu coś robić, czymś się dzielić, jeśli: teraz widoczne są praktycznie tylko filmiki, potem jedynie treści którymi dzielą się znajomi, potem znowu fanpage’e, bo Zuckerberg zobaczył, że ludziom odechciewa się prowadzić, a na końcu nagle postawiono na grupy? Żeby to był koniec – a pewnie nie jest.

W tej perspektywie trochę bawili mnie blogerzy, którzy gdy tylko Facebook postawił na filmy, stwierdzili że pokażą swoją twarz i zaczęli gadać sobie do kamery, za chwilę szybko założyli grupę (KLIK! W sumie to i ja założyłam i zapraszam), a potem jeszcze bardziej wyginali i naginali się, żeby algorytm to zauważył.

A z drugiej strony, każdy może się wkurzyć, jeśli zainwestuje w coś czas i pieniądze, a potem – dziękuję. I tak nikt nie widzi. Pretensje? Niestety, póki nie jesteśmy „na swoim”, do pretensji praw nie mamy. I tak będzie na każdym portalu – choćby obiecywali, że będzie inaczej. Facebook po prostu dobitnie nam to uświadomił.

Cenzura

Niełatwy temat. Bo z jednej strony nie chcemy przecież portalu, na który każdy wrzuca co chce, obrażając kogo chce, promując treści niezgodne z prawem, pornografię czy co tam jeszcze kto wymyśli.

Z drugiej strony, cenzura służy nieraz do wyciszenia jednej ze stron. Mało tego, kiedy się przesadzi, zaczyna robić się śmiesznie. I tak śmiesznie się zrobiło, gdy niemałe grono homoseksualistów dostało bana za nazywanie siebie „pedałami”. Jeszcze zabawniej, gdy bany posypały się po tym jak katolicy żartobliwie nazywali się „katolami”. Wiadomo było jednak, za co. Standardy określono w miarę jasno. Kto nie przestrzegał, ten odpadał.

Do czasu. Nagle bany sypały się nie wiadomo za co. Strony też znikały, mimo że nie było na nich zakazanych słów, mowy nienawiści czy pornografii. Ot, tak po prostu. Ostatnie zmiany w regulaminie, gdzie pokazano nam, za jakie słownictwo możemy stracić możliwość publikowania, rozśmieszyły wielu i sprawiły też, że uświadomiliśmy sobie, że to zaszło za daleko i aktywnie zaczęliśmy szukać innego miejsca. Bo Polacy historycznie na punkcie durnowatej cenzury są przeczuleni.

Niektórych już więc spoza portalu dochodzą zabawne screeny, gdzie reklama telefonu nie została zatwierdzona, bo promowała rasizm. Przyczyną było użycie słowa „biały”. Z rozrzewnieniem wspominam mojego fioletowego Asusa i tak sobie myślę czy firmy zgodzą się „pokolorować” telefony dla politycznej poprawności? Nie takie kwiatki zresztą widziałam. W jednej z grup widziałam, jak kobieta żaliła się, że reklama misia została uznana za promującą treści erotyczne.

Alternatywy?

Niby są i niby coraz mocniej się przebijają, przez co Facebook umiera jeszcze bardziej i mocniej. Bo długi czas udawało mu się utrzymać monopol, wykupując i łącząc usługi w jedno. A tu proszę, pojawiły się alternatywy, takie jak:

Instagram – ok, żadna to alternatywa, bo Instagram został również wykupiony przez Facebooka. I choć funkcja instastory mocno go rozruszała, i tu, po niedługim czasie funkcjonowania, mamy do czynienia z podobnymi problemami: cenzurą, usuwaniem różnego rodzaju postów, shadowbanami za hashtagi, o których przeciętny użytkownik nawet nie pomyślałby, że mogą być zakazane oraz coraz gorszymi algorytmami.

Wiem, że prognoza upadku Instagrama jest śmiała, szczególnie że to źródło zarobku sporej ilości osób. A jednak odnoszę dziwne wrażenie, że po ogromnym boomie, który wciąż trwa, spadek będzie szybki, gdy tylko pojawi się coś podobnego. Zbyt dużo ograniczeń. Naprawdę durnych ograniczeń.

– Snapchat – nie będę o nim długo mówić, bo… Zwyczajnie jestem na niego za stara. I niech to wystarczy za rekomendację oraz powód, dlaczego chroni się na nim smarkateria. Zauważyły to marki młodzieżowe, które aktywnie się tam promują. A jeśli marki przechodzą z Facebooka na Snapchata, a przynajmniej ich część – wiele to mówi o powolnym upadku tak niedawno jeszcze monopolisty.

Minds – „ziemia obiecana” w postaci portalu wyglądającego praktycznie tak jak Facebook jakieś 10 lat temu. Jeszcze nie po polsku (choć podobno tłumaczenie już praktycznie gotowe i lada chwila ma wejść), osoby przyzwyczajone mogą mieć trudności z przyzwyczajeniem się do tej totalnej prostoty, bez ankiet oraz tysiąca innych funkcjonalności. Plus? Brak cenzury, z którą Facebook delikatnie mówiąc, przesadzał. Algorytmów, póki co, również brak.

To na nim jednak chroni się coraz większe grono moich znajomych. Tam również znajdziecie już profil mojego bloga (KLIK! O tutaj). Póki co, po polskiej stronie dużo jest polityki – da się jednak bez niej przeżyć, szczególnie że ludzi naprawdę lawinowo przybywa! Moim zdaniem, potencjał jest. Z tego co widzę, anglojęzyczne strony całkiem nieźle radzą sobie ze swoimi blogami oraz innymi portalami. Polecam zobaczyć.

Twitter – rozćwierkane medium społecznościowe, które jako kolejne ma szansę dzierżyć palmę pierwszeństwa! A to dlatego, że swoje latka już ma, zgromadziło rzeszę wiernych i rozwinęło się na wielu przestrzeniach. Tu również przebywam, jeśli chcesz mnie obserwować! KLIK 🙂

Minusy? Najpoważniejszym jest ograniczenie znaków. To znaczy, dla mnie. Świetnie odnajdą się osoby piszące lakonicznie, a więc TAK! To portal wybitnie dla mężczyzn. Stąd kolejny minus – od polityki uciec tu trudno. Nawet blogi częściej tu do niej nawiązują, żeby być zauważone. Tina, ale… Ty sama interesujesz się polityką! No interesuję się i uważam, że to ta część życia, którą wszyscy powinniśmy ogarniać, ale na Boga! Nie 24 godziny na dobę. Czasem trzeba od niej odpocząć.

YouTube – nie przez przypadek filmy z YT są przez algorytm Facebooka ukrywane. A odkąd już nawet nastolatki mają telefony, którymi da się nakręcić obraz lepszy, niż przez kalkulator, użytkowników wciąż przybywa! Potencjał wykorzystują celebryci, również ci nieco przebrzmiali, jak Cezary Pazura, który na YT przeżywa „drugą młodość”. Również niektórzy blogerzy porzucili pisanie na rzecz mówienia z kanapy. Czy słusznie? Czas pokaże.

Inne alternatywy?

Albo nie dostrzegam albo nie nazywam jeszcze alternatywą. Jest Vero, z cudownym marketingiem szeptanym, które jednak niewiele oferuje. Jest VKontakte, z kompletnym brakiem cenzury – bądźmy jednak szczerzy, hasło „ruski portal bez cenzury” przerazi nawet tych, którzy siedzą wściekli, bo dostali 30-dniową blokadę za użycie słowa „Hitler” w komentarzu. Komentarzu sprzed czterech lat.

Facebook miał i ma jedną, niezaprzeczalną zaletę. Był takim fajnym kotłem, w którym można było znaleźć wszystko: tematy społeczne, politykę, różnego rodzaju blogi, ciuchy dla dziecka do kupienia, zdjęcia kotów, starzejącej się koleżanki i mnóstwo innych. Do wyboru, do koloru.

Jeśli tendencja nadal będzie spadkowa, a Zuckerberg nie pójdzie po rozum do głowy, czeka nas pewnie rozproszenie. W innym miejscu będą nastolatki, w innym dorośli, jeszcze w innym osoby starsze. Wrócą też pewnie fora i mini-portale hobbystyczne.

Gdzie będziemy my?