„Epidemia” – czyli jak żyć, gdy dorosłych już nie ma?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Namnożyło się wariantów wiadomego bakcyla! Aktualnie gnębi nas ponoć odmiana brytyjska, gdzieś tam czai się już brazylijska i indyjska. O polskiej nie słyszałam, ale mam nadzieję, że nie będzie to wariant opisany w książce „Epidemia” Basi Wiśniowskiej.

Z jednej strony mam powoli dość tematu bakcyla i myślę, że nie tylko ja. Szczególnie po wyczerpującej trzeciej fali. Z drugiej strony wiem, że jeszcze wiele może się wydarzyć. Czy jednak książka rysuje przyszłość? A może raczej alternatywny scenariusz?

Można się domyślić, jakimi wydarzeniami inspirowała się autorka. A jednak da się tu znaleźć pewną świeżość. Bo co zrobić, gdy nagle umierają ludzie powyżej 25 roku życia?

Świat bez dorosłych

Piętnastoletnia Zuzanna zostaje nagle sama z siostrami-bliźniaczkami w wieku przedszkolnym. Jej ojciec leży w pobliskim szpitalu w stanie śpiączki. Nieprzytomną matkę zabrało prosto z pracy pogotowie. Zuzanna powoli zdaje sobie sprawę, że w lodówce kończą się zapasy i trzeba jednak wyjść z domu, by zobaczyć, co zostało z tego świata. I tu zaskoczenie: praktycznie zniknęli dorośli!

W szkołach nie ma więc nauczycieli. Jeszcze gorzej jest w przedszkolu, gdzie przedszkolanka opiekuje się kilkudziesięciorgiem dzieci, po które nie zgłaszają się zmarli już rodzice. W żłobkach sytuacja wygląda podobnie.

Bohaterowie stają przed trudnym zadaniem. Muszą uświadomić sobie swoje mocne strony, dzięki którym pomogą sobie oraz innym w przetrwaniu, a może nawet uratują pozostałych przed zarażeniem się mutawirusem. Mimo swoich kilkunastu lat, nagle dorastają. Nie mają innego wyboru. Szybko dociera do nich, że to koniec świata, którego znali.

„Epidemia” to książka katastroficzna?

Opowieść „Epidemia” Basi Wiśniowskiej brzmi nieco jak książka science-fiction albo katastroficzna. Nic z tych rzeczy. Widać nieco inspiracje rzeczywistością, w której pozostajemy już ponad rok. Łatwo znaleźć także pewne nieścisłości, które jednak nie mają znaczenia dla fabuły, gdyż jest to opowieść bardziej psychologiczna, stawiająca nacisk na uczucia osób, które nagle znalazły się w trudnej sytuacji.

I tak wątek epidemii łączy się choćby z wątkiem pierwszej miłości bohaterki. Czy w takich warunkach można się jeszcze zakochać, a do tego próbować budować to uczucie w sposób wartościowy? Nie zdradzę. Podobnie jak nie zdradzę wielu innych „zaskoczeń”.

Słyszałam ostatnio sporo dowcipów o tym, że w „dwóch tygodniach lockdownu najgorszy jest pierwszy rok”. „Epidemia” Basi Wiśniowskiej opisuje pięćdziesiąt dni życia Zuzanny. Dwa miesiące zamiast roku. Myślę jednak, że po przeczytaniu książki nikt z nas nie zamieniłby się miejscami.

Nie czytaj jeśli…

Czy książka mi się spodobała? Nawet bardzo. Sprowadziła mnie nieco do poziomu nastolatki, która stanęła na wysokości zadania – być może nie mając wyboru, ale przecież w obliczu katastrofalnych sytuacji zachowujemy się nieraz dużo gorzej. Znamy historie, gdzie tłumy plądrowały sklepy i rabowały domy w obawie przed śmiercią. Tego wątku zresztą autorka nie pominęła, podeszła do niego jednak w oryginalny sposób.

Jeśli jednak jesteś osobą, u której dzisiejsza sytuacja z bakcylem wywołuje potężny lęk – poczekaj. Okrzepnij, ochłoń, zdążysz przeczytać później. Inspiracji ukryć się nie da, sama wielokrotnie przerywałam czytanie, by w myślach porównać obie rzeczywistości.

Poczekasz? A może wręcz przeciwnie – nie możesz się doczekać? 🙂

Za książkę „Epidemia” Basi Wiśniowskiej dziękuję wydawnictwu eSPe. Tu też możesz książkę kupić.

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować