Do matki idealnej mi daleko, co w dodatku bez skrępowania podkreślam. Nie chodzi oczywiście o to, by chwalić się, że w domu zalega kurz, a ja czuję czasem, że nie dość iż nadal, jak w czasach gdy nie miałam dzieci, nie ogarniam swojego życia, to nie ogarniam życia dziecka. Z drugiej strony, warto jednak mówić, że życie to nie Instagram z wypieszczonymi wnętrzami. Więc mówię.

Nie będę też kłamać, że „na wychowaniu dzieci to ja się znam bo przy okazji jestem pedagogiem” (KLIK! O co walczy każda matka?). To znaczy, tak, teorię mam, praktykę zajmowania się obcymi dziećmi również. Mogę w sumie machnąć jakiś poradnik, gdzie jako setna megagiga-niania odkryję nagle, że „konsekwencja, głupcze! Oto klucz do zwycięstwa. I dużo miłości”.

Praktyka swoje, teoria również. Mam jednak pewne odniesienia, pewne zasady, których chciałabym się trzymać i nawet mi się to udaje. Wiem mniej więcej, czego też robić nie chcę. I że kolejne trendy w wychowaniu przychodzą i odchodzą, też wiem. Że nie warto ściśle się ich trzymać, za to warto wypracować sobie swoją prywatną drogę i rozwiązania – to już taka moja intuicja.

Dziękujemy że chodziłeś do szkoły!

A tu nagle mignął mi cytat Jespera Juula. Nie będę kłamać, że jestem specjalistką i czytałam wszystkie jego książki, bardziej znam kierunek, w którym idzie. Wciąż chcę pogłębić wiedzę, ale mam problem – co słyszę kolejne jego nauki, coraz bardziej mnie odpycha. I tak przeczytałam:

„Chciałbym zaproponować wszystkim rodzicom, żeby dwa razy do roku – przed feriami zimowymi i przed wakacjami – urządzili w domu świąteczny obiad, w czasie którego powiedzą swoim dzieciom coś takiego: „Kochany Janku (albo kochana Zosiu), z całego serca dziękujemy Ci za to, że chodzisz do szkoły. Mamy nadzieję, że czegoś się w niej nauczyłeś i że sprawiło ci to frajdę. Wiemy, że nie każdy dzień był radosny, i dlatego dziękujemy ci za to, że z nami współdziałałeś. Dlaczego nasze dzieci nigdy nie słyszą od nas takich podziękowań?”

Będę szczera – zamurowało mnie. W pierwszym odruchu chciałam to wyśmiać, ale zobaczyłam że ludzie temu przyklaskują. Nie chcąc być niekulturalna (mają przecież prawo), zabrałam palce z klawiatury i stwierdziłam, że przemyślę, a nawet zapytam innych o zdanie.

Za posprzątanie zabawek też mam dziękować?

Dziękujemy że chodziłeś do szkoły. Dziękujemy, że posprzątałeś zabawki. Dziękujemy że spuściłeś po sobie wodę. Dziękujemy, że obiad zjadłeś.

No błagam! Za co jeszcze mam temu biednemu dziecku dziękować? Czy to przypadkiem nie jest tak, że jednak warto uczyć dziecko, że są czynności, które wykonywać trzeba? Oczywiście, nie ma co przedstawiać sprzątania czy spuszczania wody jako męki dnia codziennego. Podobnie jest ze szkołą. Warto uczyć entuzjastycznego podejścia w stronę uczenia się nowych rzeczy i wykonywania ich potem, gdy już się potrafi. Ale dziękować?

Edukacja to coś, co dziecko wykonuje trochę dla siebie. Owszem, na początku nie będzie sobie zdawać z tego sprawy. Jako rodzice mamy obowiązek trochę tym kierować, szczególnie na pierwszych szczeblach edukacji, gdy motywacja wewnętrzna może nieco kuleć (KLIK! Tu więcej o motywacji wewnętrznej i nagradzaniu dziecka), a dziecko nie rozumie, po co to wszystko. Ja natomiast po prostu nie rozumiem, dlaczego dziękować za to, że dziecko robi coś samo dla siebie?

To jak? Niech się smarkacz uczy, a nie liczy na podziękowania?

Zanim stwierdzisz, że zimny trochę ten mój chów i że dziecko nie ma co liczyć na dobre traktowanie, uściślę. Nie, nie chodzi o podejście „A niech się gówniarz uczy i cieszy się, bo dzieci w Afryce same zaiwaniają pięć kilometrów do szkoły, a ja jeszcze bęcwała odprowadzam”.

Mało tego, tak! Jestem za celebracją momentu zakończenia kolejnego roku szkolnego. Czy nawet tego semestru, gdzie przyglądamy się ocenom albo uwagom nauczycieli. Jestem za wyjściem na spore lody, uczczeniem wysiłków dziecka wyjazdem, a może nawet drobnym upominkiem, o którym marzył.

Jestem za gratulacjami. Pogratulowaniem dziecku wysiłku, jakie włożyło by dowiedzieć się jak najwięcej. Powiedzeniem, że jako rodzice jesteśmy dumni, że tyle się dowiedziało. Nie z ocen, a ze zdobytej wiedzy – tu akurat moja nieskromna opinia jest chyba zbieżna z opinią Juula.

Gratulacje to jednak nie podziękowania

To docenienie starań dziecka. Pokazanie mu, że wspieramy je w tym, co robi i doceniamy jego wysiłek. „Dziękujemy, że chodziłeś do szkoły” to nie to samo.

Podobnie, choć to mniejszy kaliber, możemy przecież powiedzieć, że ładnie pomaga w kuchni, świetnie mu idzie sprzątanie pokoju. Jest to wsparcie działań, które dziecko powinno podejmować, pozytywne wzmocnienie. Nie wdzięczność, że synek czy córka podjęli się pracy, o którą ich przedtem poprosiliśmy.

I nie wiem, może to kiepskie tłumaczenie, a autor miał jednak na myśli właśnie tę celebrację albo gratulacje. Inaczej po „dziękujemy, że chodziłeś do szkoły” nastąpi „dziękujemy, że chodziłeś do pracy” – a tego byśmy nie chcieli 😉