Jedna z wielu grup na Facebooku. Tym, z którego tak chętnie bym uciekła, a jednocześnie nie bardzo mogę. Ot, globalizacja ma swoje lepsze i gorsze strony.

Grupa nie jest rodzicielska. A jednak sytuacja, którą opisuje zirytowany autor, należy do problemów wychowawczych. Jego dziecko zwymiotowało mu przy znajomych. Prawdopodobnie celowo. Ot, może nudziło mu się, chciało przerwać spotkanie, mieć ojca dla siebie — możliwych przyczyn jest wiele.

Dziwne, że się zirytował, nie? W sumie ja też bym się zdenerwowała. I nie, nie oznacza to, że zamknęłabym dziecko w pokoju o chlebie i wodzie na dwa dni, żeby “przemyślało swoje zachowanie”.

Jeśli nie kara, to co?

Zastanowiłabym się raczej czy wymioty na pewno są celowe, czy nie mają podłoża nerwicowego, a może są przyczyną groźniejszej choroby? A następnie pomyślałabym, jak przerwać ten krąg: czy istotnie nie jest tak, że narażam malucha na wielogodzinne posiadówy z dorosłymi, a może jednak powinnam przyzwyczajać go do tego… Albo brać mu zabawkę lub książkę, by się nie nudziło?

To wszystko jednak niepotrzebna dygresja. Naprawdę. Bo ojciec miał pełne prawo się wkurzyć. Nie na dziecko. Nie na siebie. Na sytuację, w której pociecha zaprezentowała jego kolejnemu znajomemu swoje rozdrobnione menu. Komentarze natomiast mnie zastrzeliły.

Kurczę, czego tam nie było? “Jak możesz mieć pretensję do swojego dziecka?!“, “Ale wiesz, że dziecko nie wymiotuje na zawołanie?” (cóż, nieprawda. To znaczy jasne, nie każde), “Ojciec roku normalnie. Żal“, “Mam tylko nadzieję, że Twoje dziecko wyląduje na terapii i przepracuje Twoje rodzicielstwo“. Poważnie! Oczywiście cytuję sens, nie dosłowne wypowiedzi, no ale sens był taki.

Co ma z tym wspólnego dzieciocentryzm?

Dzieciocentryzm to ciekawa idea, do której jej wyznawcy niechętnie się przyznają. Mimo że święci triumfy w ostatnich latach, przedstawicieli widać było już za moich smarkatych lat. Kojarzycie może matki chodzące w najgorszych ciuchach ze szmateksów, odprowadzające do szkoły dzieci w “ometkowanych” ubraniach i butach za kilka stów? Ja kojarzę.

Dzieciocentryzmem jest także ślepe podążanie za dzieckiem. W ogóle termin “podążanie za dzieckiem” robi zawrotną karierę. Tyle że niekoniecznie ma to oznaczać, że ono ma prowadzić nas przez życie. Nie! Chodzi o poznanie jego potrzeb, odkrycie przyczyn pewnych zachowań, być może lęków. Nie o to, że sześcioletnie dziecko zażyczy sobie piętnastą koszulkę z Kocią Policją czy jak tam nazywa się ta animacja, a więc trzeba za nim podążyć i dokonać zakupu. Albo po kopnięciu siostry odmówi przeprosin, więc trzeba uszanować jego uczucia i nie nalegać.

Z deszczu pod rynnę. A gdzie środek?

Piękne jest to, że świat zauważył granicę dziecka. Zwrócił uwagę na pewne aspekty psychologii rozwojowej, mówiące na przykład, że “bombel” w wieku dwóch lat może wpadać w histerię z powodu odmowy jego żądań i jest to całkowicie naturalna sytuacja.

To znaczy, może niekoniecznie dla uszu rodziców i sąsiadów (których przy okazji serdecznie przepraszam). Jednak ani unikanie histerii poprzez spełnianie każdej zachcianki, ani kneblowanie dziecka, delikatnie mówiąc, nie są wskazane.

Wiemy już, gdzie są granice i kiedy można je pokonywać. Zapominamy powoli o jednej ważnej rzeczy: aby nauczyć tych granic małego człowieka. I tu właśnie kłania się dzieciocentryzm.

Oczywiście nie od razu Wałbrzych postawiono. Nauka granic zajmie nam zapewne jakieś kilkanaście lat. Lat pełnych regresów i progresów — przynajmniej z naszej perspektywy. Co nie oznacza, że to nie jest ważne. Bo jest. Bardzo.

Co możemy zrobić, jeśli dzieciocentryzm podejrzewamy u siebie?

Bywa, że ciągłe spełnianie “potrzeb” dziecka rodzi frustrację. Warto zastanowić się wtedy: gdzie w tym są moje potrzeby? Moje i męża lub żony?

Kto ma decydujący głos w naszym domu? Jak reagujemy na komunikaty dziecka? Czy uczymy go zwrotów grzecznościowych?

Czy staramy się rozeznać, w jakim stopniu to, na co narzeka nasze dziecko, jest rzeczywistą niewygodą, czy może czymś, co powinno przezwyciężyć? A może zakładamy, że skoro narzeka, trzeba usunąć przeszkodę?

Ile czasu pochłaniają nam działania skierowane w stronę dziecka, a ile robimy dla siebie i małżonka?

Dzieciocentryzm do pewnego momentu…

To jest dobra pora, by zaznaczyć, że przez pierwszy rok życia dziecka pewien dzieciocentryzm jest oczywistą normą. Noworodek i niemowlę po prostu niespecjalnie odczuwa świat poza rodzicami i tyle.

Potem jednak ten świat się pojawia. Coraz mocniej.

W jakim stopniu przygotujemy “bombelka” na okoliczności, w których świat niekoniecznie dostosuje się do bożka, którym tak długo było?

Podziel się tym wpisem!

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

O mnie

Karolina Jurkowska

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Archiwum

 

Instagram

Zapraszam do dyskusji