Internetowe zakupy to nie pobyt w sklepie, gdzie wchodzisz i pod każdym towarem masz ceny. To znaczy, tak powinno być – w rzeczywistości jeśli trafiasz do osiedlowego supermarketu popularnej sieci, szukasz jak idiota ceny mleka, która jest dwa metry dalej. W dodatku niezmieniona, z poprzedniej promocji.

Zostawmy jednak patologie. Założenie jest takie, że cenę znasz. W sklepach odzieżowych metki z ceną przyczepione są do ubrań, nawet na targowiskach już nikt nie musi się o nic pytać, bo wszystko najczęściej podpisane. A nie zawsze tak było!

Sama pamiętam, jak matka wysłała mnie, jeszcze za czasów smarkatych, po ziemniaki na targowisko. Co lepsze, poprosiła, żebym nie kupowała tych powyżej pewnej ceny – nie pamiętam już, jakiej. Podchodzę więc do pierwszego posępnego pana, stojącego obok żuka i pytam się, po ile te ziemniaki. „A mają być?” – warknął na mnie. Speszona uciekłam i za chwilę spytałam się o to drugiego mężczyzny. Sytuacja ta sama. Dopiero trzeci, bardzo oburzony, że jak to ośmielam pytać, warknął po cichu cenę, dodając głośniej „To ile nasypać?” Naprawdę, nie obchodziło mnie już czy ziemniaki były lepsze od tych ze sklepu.

Ziemniaki w internecie

Minęło ładne kilkanaście (jeśli nie więcej) lat i nikt już się ceny ziemniaków nie wstydzi. Chyba że czegoś nie wiem, bo na tamtym targowisku dawno nie byłam. Świat poszedł zresztą do przodu i coraz rzadziej kupujemy coś, wychodząc z domu. Tak, nawet ziemniaki czasem nam przywożą, a co dopiero ubrania i inne. I choć do kupowania ubrań przez internet (pamiętasz, jaka to dla mnie mordęga?) przyzwyczajam się powoli, to już teraz dostrzegam ziemniaczaną analogię!

Na szczęście rzadko pojawia się ona na stronach internetowych, gdzie ceny jednak najczęściej są albo też pojawia się ogólna wycena działań. Dużo zabawniej jest w mediach społecznościowych. Widzisz śliczne śpiworki dla dzieci, już uszyte, nic tylko brać. „Witam, jaka cena?” – pytasz się, zastanawiając zawczasu czy da się ją zbić na tyle, by starczyło na życie. „Priv” – czytasz w odpowiedzi. Kurczę blade, dlaczego priv?! Dlaczego cena Twojego śpiworka jest dla Ciebie taką tajemnicą? Cennik rośnie wraz z pigmentem albo jego brakiem w skórze? Z wiekiem kupującego? Z popularnością jego konta na instagramie?

I tak, rozumiem. Handel na portalach społecznościowych to najczęściej handel nielegalny albo półlegalny, taka żyła złota dla naszej ukochanej „skarbówki”. Nie wspominając już o handlu rzeczami z Alliexpress. Nadal wygląda śmiesznie, ale potrafię zrozumieć. Tylko że nie zawsze o to chodzi.

Bo „priva” używają również bardziej legalne biznesy, szczególnie te, u których kwota zmienia się w zależności od różnych czynników. Tylko czy nie lepiej napisać wtedy, jaka jest kwota bazowa i że ulega ona zmianie? Albo, jeśli się da, podać widełki?

Fajnie, ale dlaczego tak drogo?

Ustalmy jedno: komentowanie na głos w sklepie „Łee, ta sukienka taka droga? Przecież za rogiem jest podobna, dwa razy tańsza!” jest buractwem. Oczywiście, z ceną zgodzić się nie trzeba, jeśli uważamy ją za zawyżoną, możemy dać dyskretnie, w miarę cicho, znać osobom towarzyszącym w zakupach, że da się taniej – tak, by nie informować o tym całego otoczenia.

Komentowanie cen znam zresztą głównie z dzieciństwa. „Ile ten kalafior?” „A dlaczego tak drogo, skoro dwie ulice dalej mam za pisiont?” i tak dalej. Najczęściej kończyło się obustronnym fochem i nic w tym dziwnego. Na cenę składa się mnóstwo czynników i tak już jest, że w jednym miejscu jest taniej, w innym drożej i że czasem mamy do wyboru kupić drożej, a lepiej lub bliżej albo taniej i nadłożyć drogi albo kupić wybrakowany towar. Oczywiście, jeśli jest taniej i bliżej i lepiej, wybór rozwiązuje się sam.

Takie komentowanie jest chyba coraz rzadsze, choć może niekoniecznie zgodzą się z tym osoby pracujące w handlu, gdzie wciąż czasem słychać: „Rajstopy za 15 zł? Ale na supermarkecie jest promocja za złotówkę!” Zgadza się. Proszę iść do supermarketu. Sprzedawca raczej tu nie pomoże.

Ceny w internecie też za wysokie

Internet z początku przyzwyczaił nas do niższych cen. Brak sklepu i sprzedaż prosto z hurtowni sprawiła, że ceny wyraźnie się obniżyły. Do tego powstały strony łączące różne marki, gdzie można natknąć się na dodatkowe promocje towaru, który w centrum handlowym jest czasem sporo droższy.

Internet sprzyja również powstawaniu firm rodzimych, czasem lepszych jakościowo. Łatwiej tu wypromować rękodzieło albo towar nieco inny, niż masówka z Chin – bez względu na to czy dostępna na ryneczku, czy w sieciówce. Im więcej takich firm oraz ich klientów, tym lepiej działa tak zniszczony niestety polski rynek. A po pierwsze, jesteśmy coraz bardziej świadomi tego, w jaki sposób sklepy sieciowe znajdują siłę roboczą (głośny przypadek fabryk w Bangladeszu), po drugie, stać nas jednak na coraz więcej, po trzecie, moda na minimalizm, który tak skrytykowałam, sprawia że wolimy mieć mniej, a lepiej jakościowo, dłużej, bez wystających nitek i „fafkulców” na tkaninie po pierwszym praniu.

Normalne jest, że bluzka, która nie wyszła z taśmy w Bangladeszu w liczbie kilkadziesiąt tysięcy sztuk, a została uszyta w bardziej ludzkich warunkach, najczęściej w Polsce i z nieco lepszych tkanin niż najpodlejszy poliester, nie będzie kosztować 19,99 w promocji. Nie każdego też będzie na nią stać.

Za drogo!

Takich firm na szczęście jest coraz więcej. I chyba wszędzie widzę te same komentarze: „Ale dlaczego tak drogo??? Poważnie sądzicie, że za taką cenę ktoś wam to kupi??” Kurczę, dziękujemy Aniu/Basiu/Kasiu, że podzieliłaś się z nami stanem swojego portfela. Tak, prawdopodobnie ktoś kupi, a jeśli nie, to rynek zweryfikuje – albo obniżymy cenę, albo jeśli nie będzie nas na to stać, bo zwyczajnie stracimy, zwiniemy interes.

Przypomniały mi się stroje Ewy Chodakowskiej. Sama bym ich nie kupiła, bo zwyczajnie kąpię się tak rzadko, że żal by mi było wydawać tyle pieniędzy. Poza tym, rzeczywiście, nie są tanie. Znam droższe marki i to nawet bardziej „sieciowe”, ale nie ma się co łudzić – to nie jest cena dla wszystkich. No i część osób bardzo dobitnie wyraziła swoje zdanie na ten temat, sugerując że Chodakowska się sprzedała, że wybiła się na „biednych” i takie ceny są wręcz pogardą dla fanów – śmiech na sali? Tak troszkę.

Wyrastamy z krytykowania cen w sklepach. W mediach społecznościowych, mimo że nadal najczęściej jesteśmy podpisani z imienia i nazwiska (czasem zdarzają się trollkonta, ale i tu coraz częściej łatwo dojść, do kogo należą), nadal wychodzi z nas mentalna Grażyna z Januszem, krzyczący że ten kalafior dwie ulice dalej można dostać taniej, a tę spódnicę w sieciówce znajdziemy po przecenie. Bo przecież możemy. Internet jest miejscem, gdzie czujemy się zobowiązani do opisania stanu swojego portfela, krzyczącego że przepraszam, ale ta sukienka nie jest dla nas. Może kiedyś. A może nigdy.

A można inaczej

Oczywiście, że czym innym jest rozmowa – czy to na prywatnym profilu czy gdzieś indziej, że chyba za drogo, że może dało się taniej albo po prostu, że to nie na naszą kieszeń. To nie jest tak, że o cenach rozmawiać nie wolno. Mówmy, rozmawiajmy, dowiadujmy się, z czego ona wynika, ile kosztują dobre materiały, szycie w Polsce, jak wygląda robienie dobrych butów, stworzenie solidnego mebla. Wtedy łatwiej będzie nam ocenić, ile ktoś wziął za robotę, ile za zapłatę dla pracowników, ile za design i czy produkt rzeczywiście jest tyle wart. Bo zdarza się, że nie jest. Że cenę winduje się sztucznie, tworząc markę luksusową.

Może stąd czasem ten nieszczęsny „priv”? Boimy się, że ktoś zapyta, dlaczego niszczymy rynek niskimi cenami – nawet jeśli dopiero zaczynamy, jeśli wiemy że nasz towar nie jest wart więcej, bo to taniocha, którą warto mieć na szybkie wyjście do sklepu albo sprzątanie? Bo boimy się, że ktoś wyśmieje, że tak dużo, to nikt nie bierze? Że za taki szmelc w sieciówce damy 19,99 po przecenie?

Możliwe, że i tak się zdarza. Póki co jednak, warto spróbować inaczej. Warto nie komentować z oburzeniem pod grafiką promującą nowe buty, że balerinki za 400 zł to śmiech na sali, bo „my kupili na alledrogo po 40!!!” Jak również warto nie być bucem sprzedającym ziemniaki, który straszy małe dziewczynki, burcząc że cena ziemniaków, to na privie.