Te miliony lat temu, gdy zaczynałam swoje studia, pytania w ogóle nie było. Nikt nie mówił jeszcze o dewaluacji wykształcenia, może gdzieś tam podnosiły się pojedyncze głosy, ale ginęły w ogólnym „Zdajcie dobrze maturę, bo Was nigdzie nie przyjmą”.

Ponieważ chodziłam do najlepszego liceum w mieście (no już, nie pochlebiaj sobie. Nie było trudno. To małe miasto), było oczywiste, że wszyscy jak jeden chcemy pięknie zdać egzaminy dorosłości, jak się żenująco nazywa maturę i dostać się na wymarzony kierunek. Albo na jakikolwiek, jeśli na wymarzony jednak się nie dostaniemy. Było dla nas jasne, że lepsze cokolwiek, niż o takie po prostu „niskie” średnie wykształcenie.

I mam wrażenie, że część z nas wybierała się na te studia, bo inaczej – kaplica, sprzątanie okolicznego Maca do końca życia, bo bez studiów wyższych, dziennych, najlepiej na dobrym uniwerku czy polibudzie, człowiek przegrał życie.

Nie wiem, po co tu jestem

Wiele z powodów, dla których moi znajomi wybrali się na konkretny kierunek studiów, zawarłam TUTAJ. Ja wciąż mam w głowie dziewczynę, która powiedziała, że „w sumie nie wie, dlaczego. Był do wyboru, to wybrała”. Dziewczyna była o rok młodsza, pewnie tak jak nasz rocznik, karmiona papką o tym, że lepsza ta jej socjologia, niż nic. Czy źle zrobiła? Dziś patrzę na to trochę inaczej.

Mam również w głowie ludzi z akademika, którzy studia traktowali jako dodatek do „życia towarzyskiego”. To znaczy, były zajęcia, na które było trzeba z trudem wstać na kacu, były egzaminy, na które robili ściągi albo już od biedy namęczyli się czasem i nauczyli i byli znajomi. Czy warto studiować, jeśli tak to ma wyglądać? Bo rozumiem, że znajomości to dziś cenna wartość, od której nieraz zależy to, gdzie wylądujemy, ale umówmy się, warto jednak coś poza nimi mieć jakieś umiejętności.

Oczywiście, nie twierdzę że mamy poświęcić się nauce i zrezygnować z wszelkich znajomości – bo i na takie jednostki trafiałam. Ba, sama na pierwszym roku bywałam tą, która przesadzała z korytarzową integracją. Na pierwszym, jak większość z nas – potem ta większość poszła po rozum do głowy. Zostały niedobitki.

Czy warto studiować? I jeśli tak, to co?

Jeśli spodziewasz się, że wrzucę tu katalog studiów, po którym za 5 lat będziesz miał wymarzoną pracę, to od razu możesz przerzucić się na pytanie „Czy studia są potrzebne dziś, gdy nikt nie zwraca na nie uwagi”? Niby to samo, a jednak nie. Bo nie chcę już dalej rozwodzić się nad tym, co zrobić, jeśli nagle zorientowałeś się, że studia bałtyckie albo orientalistyka to nie coś, co interesowało Cię całe życie i po czym odjedziesz z obrony limuzyną wiozącą Cię do jednego z wyższych biurowców w Twoim mieście, gdzie będzie już czekać biurko i kawusia z pączkiem oraz umową na czas nieokreślony.

Poważnie, gdy kończyłam studia, odczuwało się już wiatr zmian. Nie będę płakać, jak to kolejne roczniki przychodziły coraz durniejsze, bo po pierwsze, zrobiłam to już TUTAJ, po drugie, to uogólnienie i sama pięknych wyników nie miałam – ani na maturze, ani potem, na studiach.

Zmiany przyszły również w postrzeganiu studiów jako takich. Szłam na nie, czując się jak przyszła elita narodu. Mniej więcej na drugim roku zaczęło się mówić o wysokim zagęszczeniu socjologów na kilometr kwadratowy. Potem dodatkowo przyszedł kryzys ekonomiczny, który sprawił że towarzystwo po studiach i z niedokończonym średnim wspólnie cieszyło się, gdy znalazło jakąkolwiek pracę. Do tego okazało się, że kolega po zawodówce zarabia więcej i gdy my kombinujemy z przedłużeniem okresu mieszkania w akademiku, on właśnie stawia własny dom.

Czyli nie warto?

A tego nie napisałam. I nie napiszę. Zawsze warto – nawet jeśli zupełnie nie masz pomysłu na siebie i z teczką dokumentów właśnie widzisz komunikat, że na orientalistykę są jednak wolne miejsca, a Tobie coś się niejasno kołacze, że wczoraj chyba słuchałeś Franka Kimono.

Dlaczego warto? Bo bardzo możliwe, że pracę zmienisz i tak. Że co byś nie studiował, nie przepracujesz dnia w zawodzie. Ja przepracowałam. Po urodzeniu dziecka robię coś zupełnie innego. Czy wrócę do zawodu? Nie wiem, możliwe. Znajome ze studiów pracowały, jeśli tylko chciały. A jeśli nie chciały? Studia z pewnością nie zaszkodziły im w tym, by teraz robić coś innego. O ile poza nimi rozwijały się w jakiś sposób.

Dziś w każdym razie cieszę się, że w czasie studiów pracowałam. Tak, grafik zajęć miałam zapełniony – mimo to znalazłam czas, by dawać korepetycje, by dorabiać na zajęciach dla dzieci, a nawet w przedszkolu podczas wakacji. Pracowałam również w call center. Wszystko zaprocentowało dodatkowymi umiejętnościami, których nie sposób czasem opisać w CV oraz doświadczeniem, dzięki którym nawet jeśli na chwilę musiałam czegoś się chwycić, było łatwiej.

Czyli praca i studia to jest to?

Czy warto studiować, jeśli nie mamy jak pracować na danym kierunku? Bo są takie, gdzie w natłoku zajęć pracy po prostu się nie wciśnie. I u mnie bywały takie lata. Wtedy też zostaje wolontariat albo praktyki w organizacjach, w zależności od kierunku studiów. To też zaliczyłam – do tej pory pamiętam moje zajęcia w świetlicy, gdzie bawiłam się z przedszkolakami z niepełnosprawnością intelektualną. Bezcenna praktyka. Oczywiście, nie ma co bawić się w „staże”, gdzie jako koń pociągowy robisz wszystko, tylko za darmo. Jeśli czujesz się wykorzystywany, poszukaj innego miejsca.

A jeśli studia interesują Cię od strony teorii? Koła naukowe, z tego co wiem, nadal mają się dobrze i bardzo pomagają, nie tylko w zrobieniu doktoratu i wyjeździe na konferencje. Co ważne, w pracy związanej ze studiami (a nawet niekoniecznie z nimi związanej) aktywność okołostudencka w postaci kół naukowych, w których coś się robiło i wyjazdów nawet na studenckie konferencje jest bardzo mile widziana.

A może nie chcesz?

Może, wzorem jednego z moich znajomych, masz pomysł na dobry biznes i chciałbyś zacząć już po liceum? Może widzisz, że to ten czas, a matka suszy Ci głowę, że warto skończyć najpierw marketing i zarządzanie? Nie chcę pisać, że nie warto słuchać matki, warto za to wytłumaczyć jej, że studia zdążysz zrobić zawsze. Że jeśli się uda, chętnie pójdziesz zaocznie pogłębić wiedzę – jeśli tylko poczujesz, że jeszcze tego potrzebujesz. Znajomy nie potrzebował. Za moich czasów wszyscy bardzo się dziwili, że chociaż na filozofię, gdzie łatwo było się dostać, nie poszedł. Dziś już się nie dziwią.

akademik, stancja czy mieszkanie

Są i zawody techniczne, których na studiach się nie nauczysz. Jeśli taki masz pomysł na siebie, również zawsze zdążysz złożyć papiery na studia, jeśli coś Cię zainteresuje. Do tej pory pamiętam dziewczynę, której rodzice wręcz kazali zrobić sobie wyższe wykształcenie (matko, jak to brzmi w tych czasach!). Pedagogiczne. Chyba celowo zawaliła egzaminy, co było, jak na nią, sporym buntem. Poszła do szkoły policealnej na kosmetykę (to nie były czasy, gdzie kosmetologia była prawie w każdym większym mieście), tak jak chciała od początku.

Orientalistyka czy ekonomia?

Pamiętam, jak po ukończeniu studiów prawie popłakałam się ze śmiechu, widząc rozszerzoną ofertę studiów na moim uniwerku. Studia bałtyckie? Socjologia miasta? Nie no, fajnie! Tylko proponować i zastanawiać się, dlaczego studia nie dają nam pracy. Dziś patrzę na to nieco inaczej. Pewne kierunki są dobrą bazą, uzupełnieniem. A fakt, że w wieku 19 lat nie wiemy, co chcemy robić przez całe życie, nie jest czymś złym. To norma. Nawet jeśli wiemy, za chwilę może nam się zmienić. Ba, może nam się zmienić w wieku 50 lat.

I może dlatego jednak warto – nawet jeśli nie wiesz, co chcesz z sobą zrobić, a może właśnie wtedy. Może dobrze jest po prostu potraktować takie studia jako „bazę” wyjściową. Bazę do praktyk, pracy studenckiej, innej działalności. Do poszerzania umiejętności na studenckich kursach. Oczywiście, możesz też zdobyć konkretny zawód w szkole policealnej, ale jeśli wiesz, że nic z proponowanych tam kierunków Cię nie interesuje, dlaczego jednak nie te studia?

I nie martw się, że nie wiesz, co będzie za kilka lat. To normalne i może już się nie zmienić. I to do końca życia 🙂