„No i widzisz, po co Ci to? Ja to szkołę sobie odpuściłem dawno temu, w sumie ledwo maturę zdałem, miałem nie podchodzić, ale co mi tam. A teraz? Magister pracuje u mnie na zmywaku i nikt go nie chce nigdzie zatrudnić. Nawet się nie dziwię, bo łamaga totalna”.

To zaczęło się mniej więcej wtedy, gdy dostałam się na studia. Byłam chyba jednym z ostatnich roczników (a może nawet nie?), kiedy dostać się na studia to było „wooow”! Babcia byłaby dumna, gdyby żyła, cała wieś odprowadzała z tobołkami na przystanek, płacząc i smarkając w chusteczki i takie tam. Ech, no dobra, mama w każdym razie się cieszyła, choć może miało to związek z faktem, że miałam studiować daleko od domu.

I rzeczywiście, poczułam się nawet taką troszkę „elitą”. Tak żałosne, że aż śmieszne? Wyobraź sobie, że trzy lata wbijają Ci do głowy, że łatwo nie ma, że wielu po drodze polegnie, że „nie z takimi ocenami” na państwowe uczelnie i że tam to tylko najlepsi. Wyobraź sobie, że kilka lat wcześniej obserwowałeś swoich całkiem zdolnych starszych znajomych, załamanych po tym, jak mimo dobrej matury studia państwowe musieli sobie odpuścić.

A tu nagle – zmiana

I nie ma co chyba opisywać, co sprawiło, że studia straciły wartość, bo złożyło się na to kilka czynników. Ani likwidacja egzaminów wstępnych za bardzo nie pomogła, ani niż demograficzny i tworzenie przy tym mnóstwa kolejnych miejsc na uczelniach, ani też system boloński.

Do dziś mam przed oczami sytuację, gdy na ostatnim roku przychodzi do mnie koleżanka z pierwszego, pytając się o zagadnienia z jakiejś kobyły, będącej na pierwszym roku postrachem. Oj, kułam wtedy nieprzytomnie, a potem jeszcze mocniej, do poprawki. Na szczęście się udało. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Nikt jednak zagrożenia nie lekceważył. Pięć lat później, jak się okazało, pierwszaczki kobyłę olały. „Przecież wszystkich ze studiów nie wywali, no nie?” – wszystkich nie, ale warunki sypnęły się gęsto i to mimo że poziom musieli obniżyć i tak.

Ale ale! Bo odbiegam od tematu, choć w sumie tylko na pierwszy rzut oka. To jak jest? Studia to średniowieczny relikt i od czasu ratowania najstarszego uniwerka przez królową Jadwigę trochę się pozmieniało czy też mimo wszystko studiować warto?

Nie warto

Po ukończeniu studiów ze zgrozą patrzyłam na powstające kierunki. Żeby było jasne, odróżniam uniwersytet od szkoły zawodowej i mam świadomość, że ten pierwszy nie jest przybytkiem, w którym wykuwasz swój konkretny zawód. Nie musi koniecznie stać specjalizacjami nauczycielskimi poszczególnych filologii, prawem i pedagogiką. Miło byłoby jednak widzieć poza studiami bałtyckimi czy socjologią miasta nieco bardziej przyszłościowe kierunki. Nie, nie mam nic do tych studiów, szkoda tylko że były chyba jedyną nową propozycją po tym, gdy uczelnię skończyłam.

Nie warto więc robić studiów, byle jakieś były. A jeśli kojarzysz tekst „Dlaczego akurat ten kierunek?” (KLIK!), pewnie znasz historię koleżanki, która poszła na socjologię, bo na coś pójść musiała. I owszem, czasem jest to dobry wstęp, by poznać inne kierunki, ludzi z nich, a potem zrobić coś konkretnego z sobą. Zbyt wiele jednak poznałam osób, które po ukończeniu kolejno pierwszego roku z trzech kierunków w końcu zrezygnowały, tracąc lata.

Po uwolnieniu zawodów coraz więcej z nich zrobimy „bez papierka” albo też chętniej zatrudnia się tam osoby po szkole policealnej lub zawodowej. Tak jest dziś choćby w zawodach związanych z IT, gdzie do pracy coraz częściej wymagane są konkretne wiadomości, nie ukończone studia informatyczne, które, nie oszukujmy się, poziom mają naprawdę różny.

No i ten zawód. Poważnie myślisz że zostaniesz przy tym, czego nauczyłeś się na studiach? Ale… Wiesz, że przeciętny żyjący dziś człowiek do emerytury zmieni zawód ok. 20 razy? Czy studia są potrzebne, skoro zaraz będziesz robić coś innego?

Oj warto, warto!

Można tak długo, podnosząc przykłady znanych osób: Stasiuka, któremu brak wykształcenia nie przeszkodził w pisaniu poczytnych książek, Steve’a Jobsa, studiującego zaledwie przez jeden semestr, Lecha Wałę… dobra. Pozostańmy przy Stasiuku czy Jobsie. W każdym razie, można się utwierdzać w przekonaniu, że nie studiując, jesteśmy jak Coco Chanel. Tylko czy na pewno?

Nie oszukujmy się – wciąż jeszcze wiele zawodów będzie wymagać jednak tych ukończonych studiów. Raczej nie doczekamy się rychłego uwolnienia zawodu prawnika, lekarza czy pedagoga, choć przecież ci ostatni i najstarsi pamiętają jeszcze, jak do nauczania wystarczyły szkoły zawodowe. W każdym razie, w niektóre miejsca bez dyplomu nie przyjmują. W te mniej typowe również. Dlaczego?

Dlatego że studia poza wiedzą zawodową, dają również wiedzę ogólną z zakresu filozofii, logiki, socjologii oraz innych gałęzi nauki. Rzecz jasna, ta wiedza zależnie od kierunku, wydziału oraz uczelni stoi na różnym poziomie, ale lepsza taka, niż żadna. Nie zdziw się więc, gdy pójdziesz starać się o pracę, gdzie rekruter zapyta Cię o podstawy filozofii wyniesione ze studiów. Się zdarza.

No i ta zmiana zawodów, o której wszyscy tak trąbią. Owszem, zmienimy zawód i to nieraz. Tylko że często odbędzie się to w obrębie naszej specjalności studenckiej lub nieznacznie od niej odbiegnie, co będzie się wiązać z ukończeniem dodatkowego kilkugodzinnego lub kilkudniowego kursu. Oczywiście, może się okazać, że tak jak ja, po studiach z oligofrenopedagogiki i kilku latach w zawodzie urodzisz dziecko, a następnie pójdziesz w „pisaninę”. Nigdy jednak nie wiesz czy nie wrócisz do tego, co robiłeś przedtem albo trafisz jeszcze gdzieś indziej.

Czy studia są potrzebne?

Tradycyjna odpowiedź brzmi: to zależy. W wersji bardziej internetowej stwierdzę, że jeden rabin powie „tak”, a drugi rabin powie „nie”. A poważnie, wybierz się na studia, jeśli:

– wiesz, że Twój przyszły wymarzony zawód ich wymaga,

– wiesz, że uczelnia, którą wybrałeś, ma dobre opinie i czegoś Cię nauczy (KLIK! Zobacz tekst o likwidacji uczelni). UWAGA! Dziś niestety uczelnia państwowa to nie przybytek, w którym z marszu zdobędziesz pożyteczną wiedzę. To cholernie smutne, ale może zdarzyć się, że to właśnie prywatna szkółka obok bardziej Ci pomoże,

– wiesz, że ogólniak Ci nie wystarczy i jesteś żądny wiedzy, zarówno tej zawodowej, jak i bardziej ogólnej. No i konkretnie, chcesz się po prostu rozwijać, rozwijać i jeszcze raz rozwijać.

Czy JA poszłabym dziś na studia?

Poszłabym. Mało tego, wybrałabym te same, które wybrałam wtedy. To znaczy, jeśli chodzi o licencjat, bo magisterka była totalnym niewypałem, co opisywałam TUTAJ.

Co więc bym zmieniła? Poza tą kretyńską magisterką? Nie jestem pewna czy nie postawiłabym dziś na studia zaoczne, przy których mogłabym podjąć pracę poza studiami. I tak nie byłam osobą, która leniła się między zajęciami i często podejmowałam się dodatkowej pracy, dzięki czemu zresztą okres bezrobocia po studiach nie trwał długo, a jednak wydaje mi się, że poza naprawdę wymagającymi studiami, minął już czas, gdy człowiek miał za zadanie „tylko studiować”.

To jednak gdybanie. Ja tam studia polecam. Nawet dziś! Naprawdę!

A Tobie studia się przydały? A może nie masz zamiaru na nie iść? 🙂