Na tapet (nie tapetę) wraca znów temat bicia dziecka. Pełno więc skrajnych opinii – właściwie chyba pod każdym artykułem na ten temat znalazłam przynajmniej jedną, najczęściej pochodzącą od mężczyzny, że był on bity, klepany pasem, butem, kablem i innymi narzędziami i dzięki temu wyszedł na ludzi. Pod spodem znajdziemy komentarz kobiety, że ona zabroniłaby posiadania dzieci każdemu, kto uważa, że klaps nie jest wybitną formą przemocy, za którą powinno automatycznie dostawać się dożywocie.

I tak licytuje się pani z panem. Oczywiście, jest to tradycyjne już u mnie uogólnienie, bo wśród dyskutujących z pewnością znajdziemy kobiety, które swoje dzieci trzymają krótko i chętnie trzepią kijem po tyłkach, gdy te pozwalają sobie na niecne rozmowy przy jedzeniu i przychodzenie z piaskownicy pięć minut po rozpoczęciu dobranocki oraz tatusiów, którym dzieci plują do zupy, zarzucają kosz na głowę i sikają w kapcie, a ci nadal wierzą, że dzięki sile miłości dzieci następnego dnia obudzą się grzeczne.

Klaps jest jak najbardziej rodzicielską porażką.

Nie ukrywam, nie będę tu twierdzić, że bicie dzieci jest super i dzięki temu te wyjdą na ludzi, nie skończą na ulicy, a za lat dwadzieścia znajdziemy je na prestiżowym stanowisku na Domaniewskiej, gdzie pod koniec prezentacji mającej im zapewnić awans na wiceprezesa po hucznych końcowych oklaskach skromnie wspomną, że nic by z tego nie było, gdyby nie tatusiny kabel od żelazka. Zarówno jeden klaps, jak i regularny oklep jest porażką.

Problem w tym, że nie ma rodzica bez ani jednej rodzicielskiej porażki. Nie ma rodzica idealnego, który od poczęcia dziecka, aż do końca swojego bycia rodzicem nie popełnił ani jednego błędu. I to bez względu na to czy mówimy o fanatycznych zwolennikach rodzicielstwa bliskości czy wielbicielach klapsów jako metody wychowawczej.

Mało tego, chciałabym powiedzieć, że moje dziecko nie dostanie ode mnie ani jednego klapsa. Zabawnie jednak brzmią takie deklaracje od kogoś, kto nie ma dzieci albo dziecko ma bardzo małe. Pogadamy za lat kilka – i chwała tym, którym się uda. Bo nieraz już widziałam takich, którzy się zarzekali, że przemoc, że nie i nigdy w życiu, ani psychiczna ani fizyczna. A potem dziecko wbiegło nagle na ulicę i samochód cudem zdążył wyhamować. Albo w przypływie napadu złości strąciło wraz z obrusem przygotowywany przez pół dnia obiad.

Mamy prawo do rodzicielskiej porażki. Nawet do wielu rodzicielskich porażek. Nie mamy prawa twierdzić, że bicie człowieka jest dobre.