Na początek mam dla Ciebie złą wiadomość: bardzo możliwe, że nie wiesz, czym jest edukacja domowa i jak wygląda. Możesz mieć o niej mylne pojęcie.

A może nie mam racji? Jedną z zalet sytuacji, z którą borykamy się już prawie dwa lata, jest upowszechnienie edukacji domowej. A to oznacza, że moja teza coraz częściej jest nieprawdziwa. I to nie dlatego, że przez prawie rok dzieci uczyły się w domu.

Jednak to właśnie zdalna nauka sprawiła, że zmieniły się nieco przepisy, ułatwiając rodzicom przejście na edukację domową. Rodzice z kolei zainteresowali się, jak to zrobić i sami się dokształcili…

Wyszło na to, że nawet gdy sytuacja lekko się uspokoiła, wiele dzieci nie wróciło do szkół. Jesteście zaskoczeni? Ja przyznam, że nie! Szczególnie że pierwszy taki odpływ zaobserwowaliśmy po strajku nauczycieli.

Czym jest edukacja domowa?

Zanim powiemy sobie, co to takiego, może najpierw zaznaczymy, czym nie jest? No więc jeśli dziecko siedzi przez komputerem w swoim domu, słuchając nauczyciela i biorąc udział w obowiązkowych zdalnych zajęciach, nie jest to edukacja domowa.

W edukacji domowej nie bierze udział nauczyciel. Jego obowiązki zazwyczaj przejmuje rodzic. Może być to także korepetytor… Albo samo dziecko, wspomagane przez osobę dorosłą! Bo i tak się zdarza.

W wielkim skrócie: dziecko jest egzaminowane przez placówkę, do której się zapisało. Coraz częściej nie jest to szkoła rejonowa, a inna, przychylna edukacji domowej. Bo niestety, nie każda idzie takiemu uczniowi na rękę. Wciąż są nauczyciele, którzy podczas egzaminu starają się udowodnić uczniowi, że “niczego się w tym domu nie nauczył” i szkoły, które nie chcą ustalać dogodnego terminu zaliczenia materiału. A dziecko w edukacji domowej materiał może opanować na przykład już w październiku!

Pomijając jednak te nieszczęsne egzaminy i przymus trzymania się podstawy programowej, uczenie dziecka odbywa się poza systemem szkolnym. A popularność edukacji domowej sprawiła, że systemów pozaszkolnych jest mnóstwo! Powstają kooperatywy rodzicielskie, szkoły przyjazne takiej edukacji, organizujące wycieczki oraz spotkania dzieci uczących się w domu.

Podsumowując: edukacja domowa jest coraz łatwiejsza!

Nic więc, tylko się uczyć w domu!

Zacznijmy więc od plusów. Odpada sztywny system: 45 minut lekcji, 10 minut przerwy. Uczeń, gdy już opanuje program, nie nudzi się na zajęciach, ćwicząc z uporem maniaka do momentu aż zrozumieją inni. Dzięki temu ma czas przysiąść nad tym, czego nie umie. Albo nad swoimi zainteresowaniami.

Dziecko ma także szansę uczyć się “blokiem”. Często rodzice organizują edukację w ten sposób, że pociecha na przykład przez trzy tygodnie uczy się geografii. A możliwości jest sporo! Edukacja domowa sprzyja nauczaniu w sposób praktyczny. Łatwiej wyjechać, zorganizować rodzinną wycieczkę, wyjść na długi spacer, by zbadać okoliczne gleby.

Odpada też problem agresji szkolnej. A z tą polskie szkoły niestety sobie nie radzą. Zastraszanie, pobicia, agresja psychiczna – pełne spektrum. Oczywiście bywa różnie, nie da się jednak ukryć, że placówek, gdzie “przetrwają najsilniejsi” nie brakuje.

“Ale przecież w dorosłym życiu też będzie miało z tym do czynienia”

Ośmielę się jednak stwierdzić, że niekoniecznie. W dorosłym życiu najczęściej mamy pewien wybór. Możemy rozstać się z przemocowym małżonkiem, odejść z pracy… Jasne, nie zawsze, bo i różne są sytuacje, ale jako dorosły człowiek, jesteśmy osobą decyzyjną w swojej sprawie. Dziecko gnębione w szkole czuje się w potrzasku. Nie ma dokąd odejść.

Mówimy o dziecku, a jakie korzyści odniesie rodzic? Nie da się ukryć, że obcowanie z ciałem pedagogicznym nie zawsze jest łatwe i mówię to zarówno jako matka, jak i pedagog. Teoretycznie chcemy tego samego, trudno nam jednak czasem iść tą samą drogą. W głowie mamy inne metody wychowawcze i przyzwyczajenia. To normalne! Pamiętasz choćby mój tekst o szkodliwym nagradzaniu w szkołach?

Dziecko w edukacji domowej jest edukowane i wychowywane w sposób wygodny zarówno dla dziecka, jak i rodzica. Jasne, trzeba trzymać się podstawy programowej, ale przecież sposobów dojścia do wiedzy jest mnóstwo i nie łudźmy się, że ten w szkole publicznej jest najlepszy.

Nic, tylko odejść ze szkoły!

Zlikwidować szkolne budynki. Wręcz kazać dzieciom przejść na edukację domową. Edukacja domowa jest tym, co nas zbawi!

Otóż nie. Ale od początku.

Uwaga, truizm! Różnimy się. Wśród nas są osoby, które bez bata w postaci klasówki za tydzień po prostu się nie nauczą. I za trzy tygodnie. A potem kolejne. Nie da się ukryć, że szkoła na swój “biedny” sposób zmusza do systematyczności i niektórzy, zmuszeni, jako tako się jej uczą.

Edukacja domowa skończyłaby się dla takich ludzi wiecznymi “wakacjami” i egzaminami zdanymi na “odczep się”. A nawet niezdanymi. I pół biedy jeśli przy okazji uczeń nabył jakieś alternatywne umiejętności albo poszedł w pogłębienie zainteresowań. Niestety, nie o taką sytuację chodzi.

Wróćmy jeszcze do przemocy w szkole. Czy może stać się tak, że edukacja domowa będzie okazją do ukrycia przemocy w domu? Oczywiście, piszę teraz o marginesie, a właściwie gdybam, podkreślając, że patologia nie może stać się powodem do kontrolowania ogółu. Tak czy siak, warto mieć jednak ten problem na uwadze, jeśli chcemy temat omówić uczciwie.

Jednak najczęściej edukacja domowa krytykowana jest z powodu “braku kontaktu z innymi dziećmi”. Osobiście jestem w stanie ten minus odeprzeć: w sztucznym konstrukcie, jakim jest klasa, również często nie znajdujemy bratniej duszy lub szukamy jej na siłę. A w edukacji domowej jest rodzeństwo, są ewentualni kuzyni, dzieci przyjaciół naszych rodziców…

To znaczy, powinni być. Bo jeśli dziecko jest jedynakiem, a dzieciatych przyjaciół mamy niewielu, edukacja domowa może nie być dobrym pomysłem. Szczególnie gdy dziecko jest towarzyskie i żądne grupy ludzi wokół siebie.

Od strony rodzica

“Wąskim gardłem” może również okazać się rodzic. Nie każdy ma talent pedagogiczny, nie każdy potrafi przekazać wiedzę. Nawet jeśli ją posiada. Zdarza się też, że niespecjalnie posiada. Niby nauczy czytać, pisać, choć i z tym bywa różnie, pomoże z tabliczką mnożenia.

A potem coraz częściej pojawiają się schody. Jeśli rodzic jest ogarnięty, braki może nadrabiać korepetytor czy ktoś z kooperatywy rodzicielskiej, gdy taka istnieje. Zdarza się jednak, że po latach edukacji domowej dziecko wraca do szkoły pod koniec podstawówki albo w liceum – nienauczone pewnych, obowiązujących w szkole zasad. I wtedy mamy problem.

Nie ma też co ukrywać – w przypadku edukacji domowej jeden z rodziców najczęściej rezygnuje z pracy. Nie każdą rodzinę na to stać. Pewnym rozwiązaniem może być praca zdalna – o ile mamy taką możliwość.

Na koniec bądźmy ze sobą szczerzy. Wielu z nas cieszy ten moment, gdy chwilę może odpocząć od swojej pociechy, która w tym czasie pobiera nauki w szkole.

Kochamy te nasze dzieciaki. I potrzebujemy chwil wytchnienia. Szczególnie że nasze otoczenie coraz rzadziej przypomina wioskę, w której co rusz ktoś te dzieci ogarnia, za to coraz częściej jesteśmy z nimi sami.

I jeśli jesteśmy takimi rodzicami, edukacja domowa będzie czymś, od czego będziemy się opędzać rękami i nogami. Ja jestem, przyznaję się bez bicia.

Nie jestem za edukacją domową…

Nie jestem również przeciw niej. Za to sprzeciwiam się narzucaniu którejś z form edukacji – szkolnej i domowej – jako jedynej słusznej, obowiązującej.

To, że dziś nie wyobrażam sobie, by edukacja domowa stała się sprawą moich dzieci, nie oznacza, że tak nie stanie się za kilka lat. Różnie przecież bywa.

Chciałabym, abyśmy czerpali z tego, że mamy wybór. Byśmy z tego wyboru korzystali, biorąc z form edukacji to, co nam pasuje.

Nam, czyli dziecku, rodzicowi i całej rodzinie.

Podziel się tym wpisem!

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

O mnie

Karolina Jurkowska

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Archiwum

 

Instagram

Zapraszam do dyskusji