„Cuda są możliwe” – tylko dlaczego mi się nie przydarzają?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Mamy to! Jest stabilizacja, jest cudowny mąż, który dzięki swojej pracowitości całkiem dobrze zarabia, jest bezproblemowe dziecko, które wszyscy wokół chwalą. Nie brakuje nawet pomocnej przyjaciółki! Jest w końcu maluch, który dosłownie za chwilę się pojawi. Właściwie to już czuć bóle porodowe. I tak zaczyna się lawina ciężkich zdarzeń.

Mowa o książce „Cuda są możliwe” Emilii Litwinko. Jeśli pamiętasz książkę „Zuzanna”, którą również jakiś czas temu recenzowałam, to wiesz, że autorka nie słodzi. A już z pewnością o macierzyństwie pisze kompletnie bez lukru. I tak „Zuzanna” trafiła właśnie w końcówkę okresu, który z perspektywy czasu widzę jako totalną ciemność, niemoc, z której błądząc po omacku, próbuję się wydostać. Zaciśnięte zęby pamiętam do dziś.

Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Ba, przecież moje macierzyństwo, nawet w tym czarnym okresie, nie poczęstowało mnie najgorszym, czym mogło. Co mają powiedzieć matki nieuleczalnie chorych dzieci? Te, które co noc będą czuwać nad nimi nawet do końca ich życia? Albo te, które nie wiedzą czy ich dziecko będzie jeszcze żyło? Co miała powiedzieć Natalia?

Nadzieja

„Cuda są możliwe”, to opowieść o macierzyństwie, ale i o nadziei. Natalii rodzi się syn. Niedługo po porodzie okazuje się, że cierpi on na poważną wadę serca. Jakby tego było mało, „grzeczna” dotąd córka zaczyna wykazywać cechy zespołu Aspergera i źle znosi pojawienie się brata.

Natalia nie może liczyć na pomoc rodziców, którzy odrzucili córkę, gdy się nawróciła. Jak się okazuje, niespecjalnie może liczyć też na pomoc męża – sytuacja go przerasta. Jest co prawda przyjaciółka, ale piętrzące się problemy i brak światełka w tunelu sprawiają, że może dojść do katastrofy… I gdzie w tym wszystkim Bóg, w którego Natalia przecież tak mocno wierzyła?

Wiara

Książka „Cuda są możliwe” częstuje nas trudnymi pytaniami oraz doświadczeniami, których czasem łatwiej nie widzieć. Czasem lepiej jest przecież zepchnąć dziecko z wyzwaniami rozwojowymi do „odpowiedniego przedszkola„, nie widzieć człowieka bitego na przystanku autobusowym, matki, która już zwyczajnie nie daje rady. Czasem lepiej jest postawić wyrok na drugim człowieku, zamiast dać mu szansę.

Opowieść Emilii Litwinko pokazuje również, że każdy z nas może prowadzić ciężki bój, mierząc się ze swoimi demonami. I wcale nie tak trudno jest ranić drugiego człowieka, samemu nosząc w sobie ciężkie zranienia. Tylko czy warto je pielęgnować?

A pytania? Te same, które zadawała sobie bohaterka – dlaczego Bóg zezwala na taką ciemność? Po co Mu to? Ciosy, które Natalia przyjmowała od życia, trudno przyjąć nawet czytelnikowi. Osobiście czułam bunt, trzymając w ręce kartki papieru. Te ciosy zresztą skutecznie ją powaliły – a przecież to są zmagania tysięcy inych kobiet. Łzy cisnęły mi się do oczu – szczególnie że znam przecież podobne historie wokół siebie. Jak to ma się do wiary? Nie zdradzę, bo książka zawiera piękną odpowiedź – bardziej życiową i prawdziwą, niż niejedne traktaty teologiczne.

„Cuda są możliwe” – dla kogo?

Dla kobiet. Tak, myślę, że książka „Cuda są możliwe” jest mimo wszystko literaturą typowo babską. Lektura obowiązkowa dla matek – choć nie tylko dla nich. Domyślam się jednak, że doświadczenie ciemności w macierzyństwie łączy wiele z nas. Jak często mamy przez oczami matkę z najnowszą chustą, uśmiechniętym niemowlakiem i wysprzątanym mieszkaniem? Tymczasem macierzyństwo, mimo że piękne, bywa też trudne, a bez odpowiedniego wsparcia wręcz przerastające.

Mimo że to lektura z odcieniem katolicyzmu, spokojnie mogę polecić ją nie tylko katoliczkom. Bowiem słowa o zaufaniu oraz słowa, że nie warto trwać w ciemności, dotyczą każdej z nas. Podobnie jak wyjaśnienie, dlaczego spektakularne cuda, których oczekujemy, niekoniecznie się zdarzają.

Dziękuję Wydawnictwu eSPe (oraz autorce) za możliwość recenzji 🙂 Emilii Litwinko dziękuję również za wieczory bogate w przemyślenia i wzruszenia.

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować