– Co dziś na obiad? – pytałam, głównie po to, by zaraz rozpłakać się, że nie lubię zupy szczawiowej/ ogórkowej/ grochowej/ żurku czy innej, zaproponowanej tego dnia. „Nic nie szkodzi, zjesz ile chcesz. A co byś zjadła?” – to już tylko marzenia. Trzeba było jeść i tyle.

Do dziś pamiętam męczarnie nad talerzem. Smak chyba nie był tragiczny, bo reszta jadła. Brat też jadł. Brat jadł zresztą wszystko. Ja byłam wyrodnym dzieckiem, które nie jadło nic. I co zrobić z niejadkiem, który po prostu jeść nie chce?

Czasem widzę stare komiksy „Mafaldy”, która wściekła robi wszystko, by nie jeść zupy i widzę w niej siebie sprzed… liczby lat, której ze wstydu nie wymienię. Była matka, robiąca znienawidzone zupy albo inne niedobre jedzenie i była wściekła, zapłakana, zasmarkana dziewczynka.

Co się wtedy robiło z niejadkami?

Przede wszystkim to, co robi się i dziś. Szukało alternatyw, które dziecko mogłoby pochłonąć. A przecież lubiłam rosół, schabowe… I inne potrawy, które w pierwszych latach po zakończeniu komunizmu były pewnie niczym dzisiaj zamówienie dla niejadka sushi. Czyli rozumiesz, raz kiedyś można, ale za drugim zastanawiamy się nad związkiem poliamorycznym, żeby jakoś na ten obiad zarobić. Przy trzecim idziemy z puszką do sąsiadów. Wszystkich.

Niestety, Biedronki oferującej morze potraw, od których zawrotu głowy można dostać, również nie było. Lidla też. Za to w ogródku rósł szczaw, a babcia miała ogródek warzywny. Zdarzyło Ci się jeść zupę, z której wybierałeś takie maleńkie ślimaczki? Mi tak. I uprzedzę, zanim polecisz zielony do toalety – one naprawdę nie są trujące.

Co więc jeszcze się robiło? Również to, co na szczęście coraz rzadziej, robi się dziś. Krzyczało, groziło, kazało zjeść dziesięć łyżek, a potem jeszcze pięć, a potem ostatnie dwie. Obiecywało, że po zjedzonym obiedzie będzie nagroda.

Skąd te niejadki?

Zewsząd. Ot, czasem tacy jesteśmy, że nie lubimy jeść. Czasem nie lubimy do pewnego okresu życia. Czasem całe życie dziubiemy w talerzu, mając świetne wyniki morfologii i sylwetkę, która nie przypomina sylwetki Anji Rubik.

Dlaczego ja byłam niejadkiem? Mogę się tylko domyślać, że mogło chodzić o pewne niefajne choróbska, które wtedy złapałam, skutkujące problemami z układem pokarmowym. Do tego mogłam mieć zaburzenia integracji sensorycznej – wtedy nieleczone jeszcze żadną terapią. Na szczęście minęło, z czasem. W okresie dojrzewania, a nawet trochę przed, zaczęłam jeść więcej. Dużo więcej.

Do czasu

Pierwsza ciąża. „Przepraszam, ale nie zjem tego. Tego też nie. To spróbuję… Ugh, ten zapach! Zrobię sobie kanapki, ok?” Pamiętam minę zrozpaczonego męża, bo przecież coś zjeść muszę, żeby czymś dziecko podkarmić, zanim zeżre mnie od środka. Były więc trzy obiady, z czego dwa lądowały w… ekhm, nieważne gdzie. Znów byłam dzieckiem, które chciało wrzeszczeć, że ma w nosie jedzenie i żeby dano mu spokój.

Ale przecież każda ciąża jest inna! Podczas drugiej pochłonę pół lodówki i będę się czuć znakomicie. Tak to z pewnością urządziła Matka Natura – przecież mając już dziecko/dzieci, nie można się źle czuć i nic nie jeść. Matka Natura pewnie do teraz zwija się ze śmiechu, wiedząc jakiego psikusa mi sprawiła. Historia się powtórzyła.

Plusy? Nie, nie widzę żadnych. Za to potrafię sobie wyobrazić, jak czują się ludzie z cięższą nadwrażliwością sensoryczną, która uniemożliwia rozkoszowanie się większością smaków. Choćby moi niektórzy podopieczni, z którymi prowadziliśmy trening jedzenia. Nie doświadczyłeś? Ciesz się. Ja mogę przeczekać, bo wiem że prawdopodobnie wraz z hormonami ciążowymi to minie. Oni będą musieli ostro przekroczyć „linię komfortu”, żeby wygrać.

Nie chcesz wychować niejadka? Ja nie chciałam

Internety huczały, że preferencje żywieniowe kobiety ciężarnej nieraz odpowiadają preferencjom żywieniowym dziecka w przyszłości. To dołowało mnie jeszcze bardziej, bo kto ma dziecko, ten wie że przy niejadku można sobie włosy z głowy rwać, zastanawiać się czy to jeszcze normalne, czy nie głodzimy – mnóstwo pytań, mnóstwo specjalistów, mnóstwo kasy, odpowiedzi niewiele.

Na szczęście nie sprawdziło się. Co zrobiłam, żeby od początku zwiększyć maksymalnie preferencje żywieniowe dziecku?

  •  rozszerzanie po 6 miesiącu życia – stara szkoła każe od 4. Nam wciskano sok marchewkowy po 2 miesiącu. A układ pokarmowy niemowlaka zniszczyć niestety łatwo. Potem brzuch boli przy każdym posiłku – i nie ma się co dziwić brakom chęci do jedzenia.

  •  BLW – czyli Bobas Lubi Wybór! Sposób dla leniwych – gotujesz trochę jedzenia, dajesz dziecku do „dziubania”. Dziecko gmera, rozrzuca po kuchni, a przy okazji smakuje. Czy jestem zwolenniczką? Stosowałam na przemian ze słoiczkami, zwykłym karmieniem i wiem, że nie jest dla wszystkich. Widziałam jednak, że BLW strasznie się dziecku spodobało. Przy tym Młoda na szczęście nie przejawiała tendencji do krztuszenia się. Co najwyżej musiałam poczekać, aż usiądzie, bo siedziała jednak dość późno. Uprzedzę tylko: metoda doprowadziła do tego, że dziecko bardzo szybko krzyczało i wyrywało się do samodzielnego jedzenia, manewrując widelcem niczym floretem. Ubrania nie do doprania – x złotych. Samodzielne dziecko – bezcenne.

 

  •  unikanie cukru – nie jestem słodyczową faszystką (KLIK! Żebyście grubaskami nie byli…), ale ze zgrozą badałam składy produktów dla dzieci. I fakt, to był czas, gdy to się zaczęło zmieniać – nie muszę jednak chyba dodawać, że wciąż jesteśmy ostro w tyle? Zamiast kaszek popularnej firmy była więc kaszka manna lub inne, jogurty naturalne niesłodzone, i tak dalej. Oczywiście, dziecko słodycze i cukier dziś uwielbia i tak. Po drugim roku życia nie walczyłam z nim w takim stopniu, choć nadal staram się kontrolować ilość.

 

  •  różnorodność – czyli: marchewki, jabłka, szynki, ja wszystkie Was, dziewczynki próbować chcę! Ciekawe łączenia smaków? Brokuł nie pasuje w tej konfiguracji, to damy go w innej? Mąż na szczęście jest świetnym kucharzem. Z niczego wyczaruje „coś”. I to coś w dodatku smakuje!

 

  •  stałe pory posiłku – dziecko od początku wiedziało, kiedy zbliża się pora posiłku i bardzo szybko z niecierpliwością wręcz przyjmowało wszelkie opóźnienia! Co temu sprzyjało? Regularność i niepodjadanie między jednym, a drugim. Oczywiście, nie było tragedii, jeśli czasem coś się przesunęło albo wpadli goście z czymś dobrym dla dziecka, co Młoda musiała zjeść tu i teraz, bo zobaczyła. Na co dzień jednak jedliśmy mniej więcej o tej samej porze.

Czego nie robiłam?

I tu małe zastrzeżenie! Za dużo widziałam dzieci, które z jedzeniem miały problem wręcz kliniczny, żeby za popularnymi dziś poradnikami machnąć ręką i stwierdzić, że „Aj tam, dzieci same wiedzą, ile mają zjeść i z głodu nie umrą”. Większość oczywiście tak ma i jeśli rodzic sumiennie wyliczy, ile zjadło, okaże się z „dziubnięć” całkiem sporo wyszło. Jeśli jednak odczuwamy w tym temacie niepokój, zawsze namawiam do diagnozy SI, no i ogólnej, lekarskiej kontroli.

W dodatku moje dziecko prawdopodobnie po prostu jest łakomczuchem, czyli co bym nie zrobiła, i tak dziś by jadło. Na szczęście nie musiałam więc na własnej skórze, póki co, badać co zrobić z niejadkiem, żeby coś zjadł. A jednak nawet łakomczucha można „zepsuć”. Czego więc nie robiłam?

Nie zmuszałam. Nawet łakomczuch ma potrawy, których nie lubi mniej albo nawet wcale. U nas są to choćby jajka – potężne źródło lecytyny, które przemycam jak się da w innych postaciach. Nie chce tych jajek na twardo? Nie chce jajecznicy? Nie lubi fasolki po bretońsku? Staram się uszanować. Znasz człowieka, który lubiłby wszystko? Ja nie. Dlaczego więc dziecko miałoby jeść wszystko?

To samo tyczy się ilości. Wiem, że mogę sobie mówić, póki mam „jedzące” dziecko. Nawet łakomczuch jednak czasem nie je. Dlaczego? Najczęściej dlatego że ktoś ukradkiem dał mu coś przedtem albo na dworze dziś ciepło, a w cieple jeść się odechciewa. Może akurat urosło i potrzebuje odrobinę mniej jedzenia, niż kilka dni temu? Przyczyn jest naprawdę mnóstwo i przyznam sobie z dumą „medal niekoniecznie wyrodnej matki”, za to że po niedługim czasie takiego „Nie chce jeść? Może…” potrafię ze sporym prawdopodobieństwem określić, dlaczego jeść nie chce.

Co zrobić z niejadkiem, który na złość nam nie je?

Po pierwsze, niejadek nie robi nam na złość. To znaczy, może w ogólnym rozrachunku robi. Może na złość zbiło nam szklankę albo porozwalało zabawki. Nie będę bawić się w „rodzicielstwo bliskości” i grozić paluszkiem, że dziecko nigdy nie robi nam na złość. Jednak nie jest tak, że na złość nie chce trzeciego obiadu, który mu właśnie zrobiliśmy, bo dwa pierwsze są niezjedzone.

Nie zgadnę, jaki jest powód, bo każdy niejadek ma inny. Alergie pokarmowe, zaburzenia SI, mniejsza potrzeba jedzenia… Bloga zapełniłabym możliwymi przyczynami. Niektóre z nich są do wyeliminowania, czasem trzeba poczekać, aż niejadek wyrośnie.

A wtedy bardzo możliwe, że doczekasz się cichych nalotów na lodówkę. Uprzedzę tylko – niejadki mają gust! Zawsze wyjadają to, co najlepsze 🙂