Wielkanoc już za chwileczkę, już za momencik! Wiadomo, że niczym stepfordzka rodzina, jakby nie wyglądały Wasze przygotowania, już za chwilę obudzicie się w niedzielę w idealnie wysprzątanym mieszkaniu, wypoczęci i zrelaksowani, uśmiechając się do siebie. W końcu, następny dzień również wolny i można odpocząć!

Jakby tego było mało, rozłożyliście sobie przygotowania tak, że właściwie robiliście wszystko powoli, regularnie, metodycznie – jeden dzień mycia okien, drugi sprzątania podłóg, trzeci… I tak dalej. Dzięki temu nie zmęczyliście się zbytnio i w niedzielę przy idealnie zastawionym stole podzielicie się jajeczkiem, uwieczniając ten moment na instagramie (KLIK! Po co Ci instagram?). Obok latorośl ukradkiem podkrada z paczuszki czekoladowe jajeczka, śmiejąc się przy tym i ukazując brązowe ząbki. Ot, idylla.

Tak będzie! Albo i nie. Ja powoli jednak zakładam ten gorszy scenariusz, patrząc na piętrzące się obowiązki. Szczególnie że niespodziewanie czas zaczął lecieć, jak zwariowany. A święta? Co zrobić przed Wielkanocą, żeby być na nią gotowym? I jak tu się nie potknąć?

Przedstawię więc możliwe pułapki:

Przygotowania duchowe

Dla katolików Wielkanoc to nie tylko dzień wolny i jajeczka. To nawet nie tylko święconka, której poświęcenie sprawia, że w kościele nagle pojawiają się tłumy, dziwiące się skąd tu zawieszone osiem miesięcy temu witraże. Droga krzyżowa to taki standard, choć można bardziej, intensywniej. O Triduum nie wspominając.

Oczywiście! – przytaknie każdy, obiecując sobie obecność w kościele tak częstą, że ksiądz zacznie „dzień dobry” na ulicy mówić, w końcu poznając na ulicy i nie drapiąc się w brodę podczas kolędy, próbując zgadnąć „Kowalski, prawda? Nieee… A, Szymczyk? No, miałem na końcu języka!”. (KLIK! Co zrobisz, gdy ksiądz zapuka Ci do drzwi?) Kolejnym etapem jest: Dobrze. Zawaliłem, ale przecież jest Wielki Tydzień! W poniedziałek spowiedź, w czwartek msza – dam radę!

W sobotę stoisz ze święconką i nerwowo rozglądasz się, próbując za wszelką cenę ścignąć biegających w tę i spowrotem księży oraz siłą zaciągnąć do konfesjonału. „Ja psze pana, tfu! Księdza! Ja szybciutko, ja prawie nie grzeszę!” Zupełnie nie masz pojęcia, dlaczego księdzu łzy do oczu ze śmiechu napłynęły. Ja też nie.

Okna

Okna! Od okien trzeba zacząć. Staropolskie hasło: „Umyj okna dla Jezusa” nie wzięło się znikąd. Najlepiej zarezerwować do tego przedwielkanocny poniedziałek. O ile nie mieszkasz w centrum większego miasta, nie zdążą się jakoś specjalnie zabrudzić.

A tu niespodzianka – w poniedziałek pada śnieg. Tak, śnieg wiosną – jeszcze się nie przyzwyczaiłeś? Za to w styczniu pączki na drzewach zakwitły, trzeba było się wtedy cieszyć. Teraz jest śnieg. I średnio się przy nim myje okna. We wtorek śniegu nie ma, ale nadal jest zimno i trudno złapać dodatnią temperaturę. W środę, ojej, niespodzianka! Znów śnieżek. Dzieci się cieszą. Ty masz zamiar zdobyć telefon do ludzi od chemtrailsów i mimo że daleko Ci do teorii spiskowych, pogadać troszkę o rozpyleniu kilku cieplutkich chmurek nad miastem. Konkretnie, nad Twoim domem. Koszta się nie liczą.

 

Potrawy

To takie proste! W środę albo czwartek kupujemy wszystko, co potrzebne i powoli przygotowujemy. Potrawa po potrawie, w międzyczasie robiąc zdjęcia rozbawionemu dziecku przygotowującemu, mimo młodego wieku, idealne pisanki.

Sielanka, panie! Mąż ma plamę z mąki na nosie, żona uwalana w kremie po pachy, śmieje się radośnie. W sobotnie południe wszystko czeka w lodówce na wielkanocne śniadanie.

Tak było. To znaczy, miało być, bo w mieście zabrakło w piątek jajek i nerwowo jechałeś po nie 30 kilometrów dalej. Potem jeszcze raz, po cukier puder, bo – niespodzianka – też zabrakło! Następnie stwierdziłeś, że w sumie połowę potraw masz w miejscu, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę, bo krem się zwarzył, a w jajkach są zbuki.

Święconka

No, tu nie powinno być problemów! Co powinno znaleźć się w święconce? Baranek, sprawa oczywista. Kawałek chleba również. Kiełbasa, przyprawy i ciasto. No i pisanki! Wymarzyłaś sobie takie cudne, malowane „pod igiełkę”, pasujące kolorem do wstążeczki na koszyczku.

Twoje marzenia jednak nie pokryły się z marzeniami latorośli, która dostała histerii, bo nie mogła namalować „kjójicka” i „bajanka” swoimi ulubionym pisakiem. Rzecz jasna, po namalowaniu nikomu nie wytłumaczysz, że to zajączek wielkanocny i baranek, bo przypominają raczej narośl na jajnikach w zaawansowanym stadium nowotworu.

Zrezygnowana wkładasz jajka do koszyczka, przykrywasz i patrzysz, jak Twój mąż biegnie radośnie ze słoiczkiem chrzanu. Chrzan?! Po kiego… „U mnie w domu ZAWSZE święciło się chrzan! Mój pradziadek ryzykował życiem, próbując zdobyć chrzan do święconki w 43′” – wpada w perorę mąż, tonem nieznoszącym sprzeciwu. Idziesz poświęcić koszyczek. Jako jedyna nie zdejmujesz serwetki w kościele.

I tak być może. Dlatego już teraz życzę radosnych świąt Zmartwychwstania Pańskiego – jakie by one nie były. Bez względu na to czy podczas powrotu z sobotniego święcenia stłuką Wam się wszystkie jajka, śniadaniowa kreacja okaże się nieco za mała po Wielkim Poście, a w niedzielę okaże się, że w nocy prądu nie było i potrawy szlag trafił czy też będzie idealnie, pod igiełkę i ciepło.

Po prostu cieszmy się tymi dniami! 🙂