Kto z nas tego nie czytał? Książka „My, Dzieci z dworca ZOO” była w moich czasach (oraz jeszcze wcześniejszych) takim Harrym Potterem zbuntowanych małolatów. Zresztą, nawet te grzeczniejsze nastolatki ciekawiła historia Christiane F.

Dziwne? Jeśli odrzeć książkę z romantycznej otoczki pięknej, niezrozumianej dziewczynki na wiecznym gigancie, z przemocowego domu, mamy tak naprawdę przed sobą ćpunkę puszczającą się z obleśnymi staruchami w zamian za działkę albo kilka marek. W Polsce minęlibyśmy taką w pośpiechu, mając nadzieję że nie zaczepi nas z prośbą o pieniądze albo nie pobije dla kilku groszy. Bez względu na to, jak ładna by była.

Tak to jednak jest, że książka, o ile nie jest zlepkiem naturalistycznych wypocin, upiększa wiele zjawisk. Mimo że historia Christiane F. miała być ostrzeżeniem, stała się dla wielu nastolatków drogowskazem. W pewnym momencie nastała wręcz moda na książkowe ćpunki. Była Barbara Rosiek, były inne, mniej znane.

Co dalej z Christiane F.? Czyli ćpunki dorastają

Książka „My, dzieci z dworca ZOO” skończyła się niby dobrze. Christiane uspokoiła się, od roku nie ćpała heroiny, powoli zaczynała planować swoją przyszłość. Z drugiej strony, przeszłość kazała nam się jednak zastanawiać, jak długo to potrwa. I rzeczywiście, prasa niedługo potem doniosła o jej ponownych problemach z heroiną.

Pojawiły się nawet plotki, że nie żyje. I długo w to wierzyłam, współczując że tak się to skończyło. Do czasu, gdy natrafiłam na ślady w internecie. Ślady bardzo niewyraźne, które ładne kilka lat później skrystalizowały się w postaci książki „Christiane F. Życie mimo wszystko”.

„Serio? Przecież ona dziś wygląda jak typowa mariolka spod polskiej budki z piwem. Totalnie zniszczona 50-latka. Cud, że tyle przeżyła” – przeczytałam komentarz, kiedy zastanawiałam się nad kupnem książki. Ile my takich mariolek znamy? Między jednym ciągiem alkoholowym, a drugim jakoś żyją, choć spalone rudą farbą kłaki, namalowane na siłę kreski imitujące brwi, a przede wszystkim zęby, których nie ma, wyraźnie pokazują nam, z kim mamy do czynienia. Mimo to egzystują, nawet dzieci wychowują, dom w ryzach trzymają. Jakoś dają radę.

Czym się różni Christiane F. od mariolki?

Z takim pytaniem w głowie zaczęłam czytanie książki. Naprawdę chciałam znaleźć różnice. I na pierwszy rzut oka było ich sporo! Była sławna. Mogła pochwalić się znajomościami takich tuz, jak David Bowie, Nina Hagen oraz inni znani wtedy twórcy muzyki rockowej. Miała bogatych znajomych, dzięki którym mogła załatwić naprawdę wiele. Na pierwszy rzut oka była kimś.

No i pieniądze. Christiane F. nie musiała już prostytuować się na dworcu. Nie dość, że dorosła Christiane pracowała (mimo ćpania), książka „My, Dzieci z Dworca ZOO” zapewniła jej sporą sumę pieniędzy. I tu też widać sporą różnicę. Narkotyki nie zryły jej mózgu na tyle, żeby miała wydać wszystko od razu, choć przecież by się dało. Nie, Christiane do dziś utrzymuje się z pierwszej książki.

Właściwie początek kariery, po opuszczeniu domu swojej rodziny, w którym zaczął się jej najpoważniejszy odwyk, był obiecujący. W pierwszej części to narkotyk grał tak naprawdę główną rolę. W drugiej jest wspominany mimochodem w miejscach, gdzie wypada o nim wspomnieć, a jednak istnieje. I choć Christiane nie bierze już „do upojenia” i można odnieść wrażenie, że kontroluje sytuację, to heroina wciąż rujnuje jej życie.

A podobieństwa?

Dziś Christiane F. jest kobietą po 50-tce. I widać po niej, że w swoim życiu sięgała nie tylko po dobre wino do kolacji. Mimo że na dzień wydania książki jej używkami były głównie metadon, którym się leczyła oraz alkohol, martwi się coraz gorszymi wynikami badań, szczególnie że przy okazji zaraziła się gdzieś wirusowym zapaleniem wątroby typu C. Twierdzi, że niedługo umrze.

Podobieństwa do typowej menelki widać też przy okazji doboru partnerów „życiowych”. Skąd cudzysłów? Christiane sama najczęściej nie wiązała z nimi wielkich nadziei, podświadomie wiedząc, że nie są to mężczyźni na związek aż do śmierci. Odniosłam wręcz wrażenie, mimo przepięknych opisów Christiane o ich charakterze, a czasem również wyglądzie, że to byli mężczyźni na pograniczu zwykłego menelstwa. Nawet „grecki bożek” Panagiotis, wolny hipis, w rzeczywistości okazał się zwykłym bezdomnym ćpunem. Dorabianie ideologii do człowieka czy rozpaczliwa chęć bycia z kimś?

Niczym rasowa mariolka, Christiane F. ma za sobą również pobyt w więzieniu, do którego trafiła, a jakże! Za posiadanie narkotyków. W dodatku naprawdę na własne życzenie, gdyż dano jej porządną alternatywę. Mogłabym również stwierdzić, że ograniczono jej prawa rodzicielskie, niczym babie spod budki z piwem. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że jeśli Christiane mówi prawdę, Jugendamt odebrał jej dziecko bardzo „na wyrost”. Przynajmniej na początku.

Na starość

Mimo że absolutnie nie żałuję zakupu, odnoszę wrażenie, że książka powstała troszkę dlatego, że świat powoli przestał zadawać pytania, co dalej z Christiane F. I choć ona sama przez ostatnie lata raczej unikała prasy oraz mediów, chcąc w końcu żyć spokojnie, samotność musiała dać się jej we znaki. Przyjaciele po drodze odeszli, syn po długiej walce widuje się z nią od czasu do czasu, a organizm powoli wysyła sygnały świadczące o wykończeniu go używkami.

Żeby być uczciwym, trzeba przyznać, że heroina dała Christiane wiele. Sławę, pieniądze, wydaną książkę, życie pełne przygód, choć nie zawsze radosnych. Szybko jednak odbierała, co do niej należy. Pod koniec odebrała prawie wszystko.

Mariolka czy nie? Mimo wszystko trudno mi powiedzieć. Przecież i te polskie mają za sobą często ciekawą i barwną historię. Christiane miała szczęście – była we właściwym miejscu, właściwym czasie, by zostać dostrzeżoną przez twórców książki „My, Dzieci z Dworca ZOO”. Była też naprawdę piękną dziewczyną, co – nie oszukujmy się, również dało jej wstęp w pewne środowiska.

I właściwie tyle tego szczęścia.