Chcesz być eko? To bądź i nie narzucaj tego innym!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Bycie „eko” robi zawrotną karierę. Chcesz zarobić? Opakuj swój towar w przewrotne opakowanie „eko”. I nie, nie mam tu na myśli rozkładającego się w tydzień biodegradowalnego kartonu, który nie zaśmieci naszej planety na kolejne pierdyliardy lat. Tylko uważaj! Bo jedno jest pewne – bez względu na to, jak bardzo chcesz być eko i tak nie jesteś eko. Nie i tyle, nawet nie próbuj z tym dyskutować.

Weźmy sobie taki ruch zero waste czy bardziej less waste. Bardzo potrzebny ruch, przydatny, oferujący wiele pięknych rozwiązań i otwierający nieco oczy. Bo to, że toniemy w śmieciach, jest faktem. Wiesz, plastik jest dobrym remedium pod wieloma względami: jest wodoodporny, zakupy nie zmokną na deszczu, jak w modnej lnianej torbie. Jest higieniczny – można w niego zawinąć surowe mięcho i nie obawiać się, że zawinięte w drugą siatkę warzywa będą do wyrzucenia. Po wszystkim nie trzeba go myć, płukać w kasztanach, wodzie z minerałami z morza Martwego czy nacierać nagietkiem himalajskim. Wystarczy wywalić albo jeśli nie jest brudny, schować do następnego użycia.

A jednak przyzwyczailiśmy się do plastiku tak, że używamy go nawet wtedy, gdy wcale nie jest to potrzebne. „Gdyby natura znalazła lepszy sposób, by ochronić te kokosy” – myślałam z niedowierzaniem, patrząc na obrane i opakowane w osobną folię owoce. Przykłady można mnożyć. A przecież walka z plastikiem to tylko jedna z ekogałęzi.

Weź ze sobą pół mieszkania…

Ekolodzy radzą – noś swój kubek! Porcelanowy bądź szklany. Zabieraj wodę w szklanej butelce! Drugie śniadanie pakuj do metalowego pojemnika! Miej ze sobą słoik, jak Ci jedzenia zostanie, to sobie spakujesz! Nie kupuj jedzenia na wynos. Noś własne sztućce, żeby plastikowych nie trzeba było używać. A to wszystko spakuj do drewnianej skrzyni na kółkach i ciągnij za sobą na konopnej uprzęży!” – drwi sobie fanpage „Własny Punkt Widzenia„, nie bez racji. Bo ciągnąc taką skrzynię i tak fanatyków nie zadowolisz.

Ojej, a co tu tyle plastiku?” – skomentował typ z niesmakiem mój pomysł na piknik. No, panie! Po pierwsze, less waste, robiące w tym roku tak piękną karierę, jeszcze w zeszłym raczkowało. O woskowijkach nikt nie słyszał, każdy dopiero się przestawiał. Po drugie, na pikniku praktycznie nie było „gotowców”, postawiłam na szybkie domowe przekąski. Po trzecie, większość produktów zapakowałam w wielorazowe opakowania po lodach, które trzymam specjalnie na taką okazję i wielokrotnie ich używam. Za mało dla Ciebie?

Owszem, była folia, dzięki której nic się nie wylało, była butelka – dziś butelkę mam również wielokrotnego użytku, jednak wciąż nie ma szans, by na piknik z dziećmi przygotować szklane opakowania i tłukące się talerze. „Wszystko się da, o proszę!” – pokazała swój zero waste piknik „inna blogerka”. „Inna blogerka” na piknik wybrała się z chłopakiem, bez dzieci, bez reszty rodziny. Resztę różnic litościwie pominę.

Bo widzisz – i tak dla niej jestem zakałą tej planety. Właśnie przez ten piknik, ale nie tylko. Bo czasem zamawiam jedzenie na wynos, zamiast wcinać chipsy z obierek z wczorajszych kartofli. Bo zdarza mi się pić kawę na mieście. I nie, moja torba wypchana pampersami i ubrankami nie pomieści kubka. Choć dzieci rosną i na jesień czaję się na dobry kubek termiczny 😉

A właśnie, pampersy! Chcesz być eko? Zrezygnuj!

„W Vanuatu zrezygnowano z jednorazowych pampersów” – piszczały nagłówki portali parentingowych. Jak można było się domyśleć, zleciały się wieluszkowe ekstremistki. A trzeba tu zaznaczyć, że serio, są i takie, które w swym fanatyzmie niczym się nie różnią od maniaczek karmienia piersią, co to twierdzą że „widać się nie postarałaś, mogłaś poczytać przed ciążą, pójść do doradcy, zamiast truć dziecko mieszanką” albo fanatyczek porodu naturalnego, bo „tylko leniwe baby chcą, żeby im dziecko ktoś wyciągnął”. Znane? Znane!

No więc zaczęło się: Bardzo dobrze! U nas też powinni tego zabronić. Trują środowisko pampersami, a mój Kołdrianek już prawie rok nosi takie śliczniusie wieluszki. Teraz taki wybór. Każdy może. A ty, chcesz przyczynić się do zatrucia środowiska? – i co zrobisz, jak nic nie zrobisz?

Szczególnie, że całkiem poważnie rozważałam wieluszki przy drugim dziecku. Powodów było, poza właśnie chęcią niegenerowania odpadów, całkiem sporo: koszta, chęć ochrony dziecięcego tyłka… Serio, zachęcam do wieluszek, bo przede wszystkim to zdrowe.

A że nie dla każdego? Okazało się, że mojemu dziecku trzeba pieluchę zmieniać co pół godziny, bo taki ma przerób. Ot, dzieci się różnią, jeden noworodek wali co dwie godziny, inny dosłownie co chwila. Dlatego mnóstwo kobiet po wieluszki sięga po dwóch-trzech miesiącach, kiedy częstotliwość „walenia” nieco się zmniejsza. Wyobrażasz sobie taką stertę prania? „Twoja matka tak miała!” – tak, ale do czasów PRL-u nie wrócimy. Życie troszkę się zmieniło. Przyspieszyło.

Zresztą, moje dziecko okazało się być do tego ulewające. Tak, że cieszyłam się, iż przesadziłam nieco z gromadzeniem ubranek, bo prałam je codziennie. Serio, nie nadążałam, a przecież pierwszemu dziecku prałam ubrania raz w tygodniu. O tym, że wieluszki musiałabym dać sąsiadce do suszenia, bo w mieszkaniu już nic się nie mieściło, nie wspomnę. A co to obchodzi ekograżynę, która chciałaby zakazać jednorazówek? W sumie to nic.

Blachosmrodzie!

Znam ja kobietę, która bycie eko traktuje naprawdę poważnie! Właściwie to niejedną, ale ona posiada piękny dar kulturalnej i niezłomnej praktyki! Mimo wielodzietności, ogarnia te wieluszki. Słomki ogarnia i kubki wielorazowe również – mistrzyni? Niestety, nie. Bo widzisz – to blachosmrodziara! Najgorszy z najgorszych typ człowieka.

Zdurniałam do reszty? Przykro mi, to nie ja – to jeden z warszawskich aktywistów miejskich. Ów pan stwierdził, że jeśli uważasz się za eko, bo nie śmiecisz, rezygnujesz ze słomek, ale jeździsz codziennie samochodem po mieście, to w sumie możesz wrócić do słomek”. I nie ma znaczenia, że dzieci trzeba do szkół odstawić, że pracę niekoniecznie ma się przy przedszkolu dziecka.

No tak, ale dużo jest singli wożących ze sobą powietrze!„. Ano, jest sporo. I to się nie zmieni, póki autobusy, tramwaje i pociągi będą tak zatłoczone w godzinach szczytu, że szpilki wcisnąć nie można. Póki komunikacja miejska będzie zawodna i wiecznie opóźniona. Wielu z nas nie może pozwolić sobie na spóźnienie do pracy oraz inne atrakcje.

Nie pobijmy się

Jak wspomniałam, gałęzi eko jest tak wiele, że możemy spokojnie na siebie pluć. Miley Cyrus może mówić, że nieodpowiedzialne jest powoływanie na świat potomstwa, czekając na mało ekologiczny samolot, matka Kołdriana może pluć na pampersiary, które co prawda jeżdżą głównie autobusem, ale i tak zatruwają środowisko. Aktywista miejski może pluć na matkę, która co prawda wygrywa w less waste, ale przecież wozi tyłek swój i Kołdriana Toyotą.

Chcesz być eko? To sobie bądź i nie reaguj… Nie no, bez przesady. Reagujmy. Choćby wtedy, gdy widzimy że ktoś cichcem wywala śmieci do pobliskiego lasu, bo za chwilę zamiast mchu płonnika będziemy mieli mech-śmietnik.

Reagujmy, gdy czujemy że ktoś radośnie pali plastikiem w piecu, bo hodowanie raczka i związane z tym leczenie nie jest super. Tylko kurczę blade, nie przesadzajmy, bo zjedzenie się nawzajem z pewnością nie jest eko. Wbrew temu co twierdzą fanatycy, którzy uważają, że zniknięcie człowieka dobrze zrobi planecie. Nie zrobi. Jesteśmy tu potrzebni. Serio. Ja Tobie, Ty mi, My im.

Weź pod uwagę ograniczenia innych

Tak po prostu. Weź pod uwagę, że kogoś na ekologię nie stać. Brzmi zabawnie? Jaja ze „sprawiedliwej hodowli” są droższe. Mięso zwierząt z hodowli, które nie są masowe, również. Matka, która liczy się z każdym groszem, nie kupi wieluszek, nawet jeśli koniec końców wyjdą troszkę taniej. Bo to jednorazowo spory wydatek. Matka, która pracuje, również może nie mieć czasu na wieluszki. Przykłady można mnożyć. To, co sprawdza się u Ciebie, dla innych będzie męczarnią.

Chcesz być eko? To bądź. Pokaż innym, jak to zrobić. Pochwal się, jak w prosty i tani sposób ogarnąć coś, co ochroni nieco środowisko. Sama dzięki takim ludziom wprowadziłam trochę zmian: lniane torby, wielorazowe butelki na wodę, pojemniki, rezygnacja w miarę możliwości z jednorazowych talerzy, kontrolowanie, co idzie do śmieci, kupowanie jajek „jedynek” i „zerówek” – to są naprawdę drobne zmiany i podziwiam tych, którzy już dziś wzięli się za to porządniej. Nie zamierzam jednak krytykować Cię, jeśli w przeciwieństwie do mnie, często jeździsz samochodem, nie nosisz lnianej torby…

Więc jeszcze raz: chcesz być eko? To bądź. Pokaż, jak. I nie krytykuj mnie ani innych. Bo może się okazać, że jesteś jednak większą zakałą tej planety.

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować