„Kiedyś to się naprawiało, zamiast kupować nowe”, czytamy w melancholijnych sentencjach na przeróżnych demotach. Niby troszkę racja. I tu nie chodzi o to, że kiedyś to były czasy, a dzisiaj nie ma czasów. Jednorazowość dzisiejszego świata jest faktem. Bylejakość troszkę też.

Czy to źle? Z jednej strony kiedyś ubrania częściej szyło się samemu. Potem nosiło do momentu, gdy wyglądały już naprawdę kiepsko. Moda nie była aż tak sezonowa, więc jeśli uszyło się coś modnego, nie trzeba było się obawiać, że za rok wstyd będzie w tym wyjść. Nawet gdy czasy się zmieniły, jakość pogarszała się powoli. Nie tylko zresztą o ubrania chodzi. Kto dwadzieścia-trzydzieści lat temu zmieniał co chwilę sprzęty gospodarstwa domowego?

I pewnie winę ponosi nieco rozwój techniki. Bo niestety, o ile prl-owski odkurzacz naprawiało się piętnaście razy i co prawda rzęził, ale wciągał, dopóki zupełnie nie wyzionął ducha, dzisiejszy wodny z filtrem i innymi bajerami naprawia się ciężko. Właściwie to naprawa się najczęściej nie opłaca. Telefon? Smartfon kupiony dziś za dwa lata będzie nie dość że przestarzały, to właściwie do wywalenia. Spodnie? Za pół roku będą przetarte i dziurawe. I pewnie nie zastanawiałabym się, w jaki sposób się to opłaca, gdyby nie historia z kurtką.

Jak reklamowałam kurtkę

W jednej z popularnych sieciówek kupiłam płaszczyk. W listopadzie. Zdążyłam zapiąć go jakieś dwa, może trzy razy, gdy odpadł zatrzask. Zrozumiałe, zdarza się. Bylejakość? Może tak, może nie. Nawet krawcowa przecież czasem coś poprawia. Idę więc do pobliskiego centrum handlowego, tłumaczę, składam reklamację. Panie reklamację przyjmują, twierdzą że płaszczyk będzie wcześniej, niż za te dwa przepisowe tygodnie. Czternaście dni później dzwonię wkurzona i pytam czy doczekam się obiecanej informacji. Panie zdziwione, że „no jak nie było smsa, to można przyjść”. Super. Nie można było wcześniej jednak wysłać tego smsa, skoro obiecywali?

Tak że 14 dni po reklamacji znów mam swoją kurtkę. Właściwie to inną, bo stwierdziłam że po prostu wymienię. Cieszę się nią, bo naprawdę śliczna. Problem w tym, że radość trwa niedługo, bo odpada kolejny zatrzask. Wizja kolejnych 14 dni bez zimowego płaszcza, w dodatku w grudniu, doprowadza mnie do lekkiej furii. Bo nie wiem jak reszta, ale ja w szafie nie chowam kolekcji zimowych płaszczy i właściwie to została mi wiosenna, lekka i krótka puchóweczka. W niej stoję, dowiadując się, że panie reklamacji nie przyjmą, bo sklep się zamyka i muszę jechać do drugiego, jakieś trzy kilometry dalej.

Trzy kilometry dalej to nie problem? Niby nie, tylko wiecie, kto ma czas żeby z głupią kurtką biegać po mieście przed świętami? Zwłaszcza że w perspektywie miałam również szukanie nowej. Już z pewnością nie w sklepie, w którym kupiłam ten badziew. I zaraz powiem, dlaczego. Zakończę tylko, że reklamacji podczas wizyty te trzy kilometry dalej nie uzyskałam, bo nie było kierowniczki, a tylko ona mogła rozpatrzeć natychmiastowo. Powiedziano mi, o której będzie następnego dnia. Po czym okazało się, że była godzinę później. Mogę przecież poczekać, prawda?

Pół godziny później pieniądze odzyskałam (chyba) i wkurzona na zepsutą niedzielę (Moja wina. Takich rzeczy w niedzielę się nie robi. KLIK) wyszłam ze sklepu.

A bylejakość?

Dobrze, to teraz wróćmy do tego, dlaczego nie mam ochoty już tam wrócić. Tak, jasne – po pięciu wizytach z tą samą kurtką też byście nie mieli. Tylko że nie w tym problem. Gdy reklamowałam płaszcz, nie bez problemów, bo panie w poprzednim centrum coś ostro pokręciły z paragonem, obok przy kasach pani reklamowała torebkę, kolejna po niej tunikę i chyba następna coś jeszcze. W pewnym momencie jedna ze sprzedawczyń nerwowo rzuciła, że nic dziś nie robi, tylko ogarnia reklamacje. Rozumiecie – to nie była jedna na kilkadziesiąt rzeczy. Ilość reklamacji doganiała w tej chwili ilość sprzedanego towaru. A nie sądzę, by były to jedyne reklamacje tego dnia.

A najlepsze, że ten sklep przedtem uważałam za taki, który sprzedaje raczej ciuch dobry jakościowo. Wiadomo, nic z górnej półki, gdzie na każdy szew zwraca się baczną uwagę, ale też coś nieco lepszego, niż najtańszy sklep dla nastolatek. Myślałam, że nie idą w bylejakość, a starają się raczej, by przez sezon wszystko jakoś wyglądało. Nagle coś się zepsuło? Nie wiem, widzę tylko, że to nie kwestia płaszcza. Po prostu ogólnie jakość poleciała na łeb, na szyję.

I teraz wyobraźcie sobie – niech jedna czwarta towaru będzie lipna. Myślę, że dziennie przewija się tam kilkaset kupujących. A więc tego dnia kilkadziesiąt osób, zamiast nie wiem, lepić pierniki, stroić choinkę albo po prostu odpocząć w końcu z mężem, jak w planach miałam ja, musiało dowlec się do głośnego i nieprzyjemnego przed świętami centrum handlowego. A potem większość z nich będzie musiała wrócić po to, co reklamowali. Przedtem dwa tygodnie zostając bez: butów zimowych, kurtki, torebki i innych rzeczy, które nie każdy z nas ma w nadmiarze.

Czy to się opłaca?

Widocznie tak. Mimo że sprzedawczynie mają dwa razy więcej pracy, mimo że wkurzeni klienci mają ochotę rzucać mięchem, gdy idą zwracać kolejną kupioną rzecz. Mimo że sklep kompletnie traci na renomie.

Z drugiej strony, myślę że wszyscy znamy dobrze jedną z większych sieciówek obuwniczych, których buty niszczą się w okamgnieniu (jeśli nie znacie – to znaczy że jesteście pewnie tymi szczęśliwcami, którym udało się kupić tam coś dobrego). Sieciówka mimo że słynie z butów, którym podeszwa odpada za rogiem, istnieje już lat kilkanaście. Kupujących nie brakuje. Być może dlatego, że w ten cenie nie dostaną jednak nic lepszego.

Podobnie jest z ubraniem. Ba, z wieloma innymi rzeczami. Bo i dziś można mieć trwałą i praktycznie niezniszczalną pralkę. Odkurzacz również. Można mieć buty, które wytrzymają kilka lat. A nawet ten durny płaszcz!

A że trzeba za nie czasem dać więcej? Kiedyś też trzeba było. Kupowało się mniej.

I nie jestem z tych, którzy twierdzą, że „biednemu nie opłaca się tanio kupować”. Bo czasem nie ma wyboru i nie kupimy sobie butów zimowych za 600 zł i płaszcza za 1000 zł. A więc chyba skazani jesteśmy na tę bylejakość. Bo czasów nie cofniemy.