Byłam w więzieniu. Nie będę udawać, że to się nie wydarzyło, choć na szczęście działo się krótko. Szczęśliwie udało się z niego wyjść. Recydywy, póki co, nie ma. Po kolei jednak.

Historia zaczęła się na studiach. Pomimo dyskryminacji naszego kierunku ze strony władz wydziału („Co mnie będą jakieś specjalne się rządzić, jakby nie mogły być po prostu specjalnością!”), nasi wykładowcy robili, co mogli by „rozruszać” nas nieco poza zajęciami obowiązkowymi. Muszę przyznać, że udało im się to w 100%. Domy Pomocy Społecznej? Poznaliśmy zarówno te, które mimo braku funduszy wyglądały jak porządne trzygwiazdkowe hotele, jak również takie, którym do jednej gwiazdki „nieco” brakuje. Podobnie ze szkołami oraz innymi ośrodkami.

Pojawiła się jednak kolejna okazja! Propozycja zwiedzenia więzienia. Nie że zrobiliśmy coś złego, ot tak po prostu – w ramach działalności Koła Pedagogów Specjalnych. Nie muszę chyba dodawać, że na dworcu stawiliśmy się w pełnym komplecie? Aha! Ważna sprawa – to wszystko miało miejsce jakieś siedem lat temu. Wiele mogło się więc zmienić.

Nie interesowałoby Cię to?

Zatrzymajmy się chwilę i ustalmy fakty: ani Ty ani ja nie chcielibyśmy się tam znaleźć „za karę”. Życie na wolności jest piękne, a seriale takie jak Orange is the New Black (KLIK! Tutaj więcej) uświadamiają, że czasem od pozbawienia wolności dzieli nas, porządnych obywateli kraju, wcale niewiele.

Co nie znaczy że mnie – i bardzo możliwe, iż Ciebie również – nie interesuje to, jak wygląda takie równoległe życie, za murem i kratą. Jest w tym jakaś interesująca tajemnica, która sprawia że chcielibyśmy się tam znaleźć, choćby przez jeden dzień. Zobaczyć bolączki i problemy ludzi, „bać się” osób, które zrobiły „coś złego”, a potem wyjść i cieszyć się, że można pójść do pobliskiego centrum handlowego albo na łąkę, ot tak. Inaczej blogi takie jak „eWKratkę” nie cieszyłyby się takim powodzeniem.

W tekście o pracy w call center (KLIK! Call center to tutaj) wspomniałam, że przyszło mi pracować w miejscu, w którym budynek mogłam opuszczać raz dziennie (poza wyjściem do domu). Co ciekawe, żeby pójść do pracowniczej stołówki, musiałam wyjść poza teren. Z wszelkich innych wyjść miałam się tłumaczyć. Dziś wydaje mi się, że ten jeden zakaz bardzo zaważył na tym, że nie chciałam tam pracować. Jak to ma się do więzienia? Chyba nie muszę tłumaczyć.

A było ostro

Biorąc jednak pod uwagę, że byłam w więzieniu, w którym siedzieli recydywiści, może nie każdy ma jednak potrzebę wolności. Albo też potrafi przełożyć inne potrzeby ponad tę. Nie wiem, nie oceniam. Choć byłam oceniana. Wykładowcy ostrzegli nas dobitnie, że strój ma być aseksualny i posłuchałyśmy się, jak nigdy. Mimo to, gdy przechodziliśmy (pod ochroną strażników) obok więźniów, słychać było bardzo nieprzyjemne seksualne odzywki, mlaskanie i inne. Fuj. Z drugiej strony, przygotowano nas na to. Zawsze mogłyśmy zostać „przed” kratami.

A to byli ludzie, którzy w określonych godzinach mogli chodzić sobie między celami i po niewielkim, oddzielonym korytarzu. W tym samym więzieniu znajdowali się również przestępcy „wyjątkowo niebezpieczni„. Ich jednak udało się podejrzeć tylko przez monitoring, w sumie przypadkiem. Nie żebym miała ochotę na bliższe spotkania. Co ciekawe, kiedy strażnicy biorą taką osobę z celi, w całym zakładzie rozlega się alarm, sygnalizujący że pozostali mają obowiązek schować się do swoich cel.

Trzecią grupą osadzoną w tym więzieniu byli ludzie z niepełnosprawnościami intelektualnymi i zaburzeniami psychicznymi. Również oddzieleni od reszty więźniów. Jeśli więc sądzisz, że takie zaburzenia przed aresztem chronią, nie jest to prawda.

Edukacja?

Z dumą przedstawiono nam salę szkolną, w której osadzeni mogli przyuczać się do różnych zawodów czy zdawać kolejne egzaminy kończące szczeble edukacji. Dobra sprawa w takim miejscu, choć poważnie wątpię czy więzienne środowisko sprzyja nauce w celi. Z drugiej strony, chcieć to móc. Chwalono się nam, że restrykcyjnie dobierają kadrę, żeby były to osoby „z powołaniem”, chcące rzeczywiście czegoś więźniów nauczyć. Z tego też powodu umowy nie podpisywano z nimi umów długoterminowych.

Śmieszne tłumaczenie, prawda? Nie muszę chyba tłumaczyć, że dzięki takiemu rozwiązaniu nie płacono najprawdopodobniej w wakacje. Odpadały również inne korzyści wynikające z normalnej umowy o pracę. W małej miejscowości, z prawdopodobnie niemałym bezrobociem, problemów ze znalezieniem kadry, nawet na tak dyskryminujących warunkach, nie było.

Edukacja „nieformalna”? A jakże! Pokazano nam wiszące za oknami nieudolnie przekazywane listy, paczki papierosów oraz inne przedmioty. Wiele z nich udaje się przechwycić podczas „trasportu”. Skoro jednak próby wciąż są podejmowane, zapewne w dużej części się udają.

Higiena, kultura i praca

Więzienie nie straszy jedynie brakiem okazji do wyjścia na zewnątrz. Przeraziły mnie również ograniczone możliwości higieny. Nie wiem czy teraz dobrze kojarzę, że prysznic był raz w tygodniu, przez 10 minut. Nie chcę kłamać, było to w każdym razie dużo za mało, żeby nie roztaczać wokół siebie „ciekawej” woni. Opowieści o wczasach można więc włożyć między bajki. Nawet jako dziecko, na wczasach kąpałam się częściej.

Za to była biblioteka! Jak zdążyłam się zorientować, wcale nie najgorzej wyposażona. I tu oczywiście ograniczano ilość wypożyczeń, co mnie zasmuciło, jednak zdaję sobie sprawę, że dla większości więźniów to ograniczenie wystarczające. Szczególnie biorąc pod uwagę, że czytałam wtedy i pochłaniałam ogromne ilości (KLIK! Miałam złe oceny, bo czytałam). Ograniczenia zwiększano przy nieprawidłowym zachowaniu więźnia, można było je również „poluzować”.

Praca? Swego czasu miasto było uznawane za jedno z najczystszych. Więźniowie regularnie sprzątali, ciesząc się że mogą wyjść poza mury. Właściwie takie sprzątanie było nagrodą. Potem jednak zmieniła się władza, ogłoszono przetarg i miasto zaczęła czyścić firma prywatna. Szkoda. Osadzonym została pracownia na terenie więzienia.

Byłam w więzieniu. Nie chciałabym wrócić na dłużej

Byłam w więzieniu, gdzie jako gość musiałam przed bramą zwrócić wszystko, łącznie z telefonem. Zabawnie było, kiedy po przejściu przez bramkę radośnie przypomniałam sobie, że mam jeszcze przecież gaz pieprzowy w kieszeni. To znaczy, strażnik nie załapał żartu sytuacyjnego i nie śmiał się do rozpuku, ale my w pociągu po fakcie już tak.

Wrażenia? Miejsce naprawdę dziwne. Trzeba mieć twarde nerwy, zarówno by tam pracować, jak i by tam siedzieć i nie zdziczeć wśród mnóstwa nakazów i zakazów. Nie mam zamiaru wydawać sądów, że „przecież nie siedzieli tam za niewinność” albo że „taka cenzura to przegięcie, to w końcu też są ludzie”. Ot, taki regulamin prawdopodobnie nie wziął się znikąd. Nawet jeśli są w nim braki.

Widziałam w sumie niewiele. Nawet jeśli dogłębnie pokazano nam wszelkie zakamarki, a nawet celę, do której nie wchodziłam, bo po co? Głupio mi zresztą było, bo strażnik drzwi otworzył i nie spytał nawet panów czy można. Ot, przyzwyczajenie, wiadomo. Dla mnie, osoby z zewnątrz, jednak nietakt wobec osób tam siedzących.

Widziałam niewiele, a jednak ciekawość została zaspokojona. Obym nie „zasłużyła” na kolejny pobyt 🙂