Oj, jak ja nie cierpię wtrętów w obcych językach! – powinnam zakrzyknąć, niczym Gargamel. Z drugiej strony, skoro możemy rzucić komuś, że wysłaliśmy maila, zamiast rozwlekać wypowiedź o poczcie elektronicznej, może i body positive nie jest takie złe?

Mimo że ostatnimi czasy słyszymy o nim często, to nie jest żadna nowość. Ot, było hygge (KLIK! Tu o nim pisałam), przez chwilę przebijało się lagom, a teraz proszę, przed Państwem, body positive. Zgłupiałaś?! Co ma wspólnego hygge z body positive? Otóż, oba są słówkami wymyślonymi gdzieś indziej, które oddają to, co dawno już robimy albo robiłyśmy.

Bo czyż nie odpoczywaliśmy wcześniej? Może niekoniecznie w instagramowych skandynawskich wnętrzach, ale w odpoczynku jesteśmy mistrzami! A czy nie akceptujemy siebie takimi, jakim jesteśmy? No ok, rozumiem, różnie z tym bywa. Dziś dzięki wszechobecnym reklamom i co chwila zmieniającym się trendom na kolejny typ sylwetki, nawet bardziej się jednak nie akceptujemy. Odnoszę przy tym wrażenie, że przed erą konsumpcjonizmu ta akceptacja siebie była bardziej powszechna. Mogę się mylić. Swoim życiem ledwo zahaczyłam o czasy komunizmu.

Pierwsze oblicze body positive

Body positive ma dla mnie i myślę, że dla wielu innych również, dwa oblicza. Pierwsze pamiętam z reklamy Dove – mimo że samo pojęcie jest dużo starsze. Wystąpiły tam kobiety o różnych typach sylwetek: chude, szczupłe, puszyste, gruszki, jabłka czy inne tam owoce. Kampania pokazywała, że wszystkie jesteśmy piękne i wszystkie powinnyśmy o to piękno dbać.

Była to jednak kampania nieco wygładzona. Zadbano o bardzo jasne światło, błyszczącą się skórę. Nie jestem ekspertem, ale podejrzewam jednak programy graficzne o współudział. To był dobry początek, dostosowany do czasów, gdy w pismach królowały sztucznie wydłużone panny, zrobione na jedno kopyto.

I… Nie! Nie drugi nurt

Dla mnie to środek dwóch nurtów. Zdjęcia bardziej prywatne, nieraz robione nawet przez fotografa, a jednak na użytek własny. Chodzi o pamiątki z wakacji, gdzie radosne stoimy w kostiumie kąpielowym dosłownie przed chwilą, kiedy mamy ze śmiechem wlecieć do wody. Niepozowane, z wałeczkiem tu i ówdzie, cellulitem, pryszczem na dekolcie i innymi niedoskonałościami. Mamy to gdzieś – to nie fotografia na bloga czy do Vogue, co najwyżej do rodzinnego albumu.

W tej samej kategorii umieszczam zdjęcia z porodów rodzinnych. Zachwycające, ukazujące ból, ciało zmieniające się podczas różnych faz, krew, emocje, no i finisz. A przecież poród to fizjologia, niespecjalnie piękna. Również zdjęcia nie dla wszystkich.

No i w końcu drugie oblicze

Ten, przez który body positive kojarzy się niestety negatywnie. Odważyłeś się stwierdzić, że nie umówiłbyś się z wychudzoną kobietą? Bodyszejming seksisto, idioto i mizoginie! Kojarzysz może zdjęcie, na którym otyła kobieta z rozstępami stoi w autobusie w stroju kąpielowym? Dlaczego w autobusie i dlaczego w stroju kąpielowym, nie mam zielonego pojęcia. Na ciele ma napisane w różnych miejscach „beautiful”. Zdjęcie sparodiowano już kilkakrotnie, choćby pisząc na bananie „jabłko”.

Czy ta kobieta jest brzydka? Nie chcę w to wnikać, tu chodzi o żądanie natychmiastowego uznania jej ciała za piękne, pod groźbą publicznego napiętnowania. Nie mam zamiaru tego kupować i nie jestem jedyna. Szczególnie, że kobieta zrobiła wszystko, by na zdjęciu wyglądać koszmarnie. I nie mam tu na myśli jedynie kompletnie niedobranej bielizny.

Co więc jest dobrego w body positive?

Przede wszystkim, akceptacja! Akceptacja siebie, swojego stylu życia, swoich niedoskonałości, możliwości, ale i akceptacja innych. Wiesz, coś w stylu: A bliźniego swego, jak siebie samego.

Co to oznacza w praktyce? Na początek jeden konkret: czego byśmy z sobą nie robiły, nie obudzimy się za kilka miesięcy/lat metamorfozy jako Claudia Shiffer. Wciąż zostaniemy Basiami, Tinami, Kingami, Gosiami i innymi. Podobnie mężczyźni nie zmienią się w ideał. Czy to znaczy, że mamy usiąść i nic nie robić? Czy raczej trzymać swoje cielsko we względnie zdrowych ryzach, choćby zdrowym odżywianiem i aktywnością fizyczną oraz obserwować czy przypadkiem nie daje wyraźnych znaków, że coś jest nie tak i czas odwiedzić lekarza?

Ale… Wiesz, że z moją niedoczynnością to ja ćwiczę i pięknie jem i nie schodzę z rozmiaru 48? I właśnie! Tu również wkracza akceptacja. Czasem mimo dbania o siebie, różne choroby, schorzenia czy po prostu budowa ciała sprawiają, że propozycja wbicia się w spodnie o rozmiarze 36 wzbudzają w nas co najwyżej śmiech. Pardon, nie da się.

Nie wierzysz? Przez prawie całe swoje życie byłam chuda. Tak chuda, że gdy wracałam ze studiów, moja rodzina nie widząc mnie przez jakiś czas, załamywała nade mną ręce i podejrzewała o przynajmniej ostre oszczędzanie na jedzeniu, jeśli nie zaburzenia pokarmowe. Rozmiar spodni? 38-40. Ot, zawsze miałam szerokie biodra, nawet jeśli były kościste i wystające. Dziś nie kościste. Wyglądam „normalnie” i mam czasem problem z kupnem spodni w sieciówce.

Co w body positive nie jest dobre?

Wiadomo, że nie chodzi tu o to, żeby nakładać embargo na chipsy osobom powyżej rozmiaru 42. Zgodzisz się jednak ze mną, że są osoby otyłe na swoje własne życzenie – i w tej kategorii mieszczą się również tzw. chude grubasy. Ba, i ja na własne życzenie całkiem niedawno zaczęłam powoli przekraczać granice nadwagi. Praca przy komputerze, dziecko nieco podrosło i nie wymaga morderczych biegów, a pogryzki kuszą.

I oczywiście, nie ma co wpadać w czarną rozpacz. Body positive to również odpowiednie podejście do własnego ciała. Nie nadmierna kontrola każdego wałeczka, a obserwacja czy nie daje nam znaków. A jeśli daje i wiesz, że na koncie masz pewne grzechy, mogące ciału zaszkodzić – chyba również wiesz, co zrobić. Bo body positive to nie robienie z siebie tucznika i agresywny krzyk „Body positive, bijacz! Masz mówić, że jestem piękna!”. No przepraszam, anorektyczka również piękna nie jest.

Body positive ma na koncie jeszcze jeden grzech. Jest nim właśnie to nachalne wystawianie ciała. I umówmy się, nagość występuje w różnych kontekstach, nie mam zamiaru jej demonizować. Odnoszę jednak wrażenie, że body positive stało się dla niektórych pewnego rodzaju wymówką. Dziś ekshibicjoniści i ekshibicjonistki nie muszą wyskakiwać z krzaków w płaszczu, mogą pokazać się do rosołu w mediach społecznościowych, z ledwo zasłoniętymi cyckami przed obiektywem, strzelić zdjęcie i po raz kolejny napisać „Ach, zobaczcie, mam kolejnego rozstępa, ale się kocham i partner też mnie kocha”. Czasem chodzi o wyświetlenia, czasem o podbudowanie siebie, za każdym razem jednak ta ostentacja w końcu wyłazi, bo ile można. Jak na wspomnianym zdjęciu w autobusie. No i te „fucki” przy odsłoniętych piersiach – tak bardzo wskazują na akceptację siebie i innych.

Lubimy idiotów

Body positive u mnie?

A jak jest z tym u mnie? Pomijam czas teraźniejszy, gdy z dnia na dzień wyglądam inaczej, a kilogramy lecą w górę. Nie jestem ideałem body positive. Chęć do ćwiczeń i zrobienia czegoś z sobą? Niech podsumuje to mój dialog z siostrą:

Ja: Zaczęłam ostatnio znowu ćwiczyć!
Siostra: (padając na kanapę ze śmiechu) Znaczy się, że raz już ćwiczyłaś?

Co roku mam piękne plany schudnięcia na wakacje. W tym roku skonkretyzowały się i rzeczywiście zaczęłam! Po dwóch tygodniach konkretnych, jak na mnie, „morderczych” ćwiczeń, okazało się, że jestem w ciąży (nie nie, ćwiczyłam nie tylko w TEN sposób). Figura na lato idealna! Przecież kula jest bryłą idealną. A więc po raz pierwszy mi się udało.

Pogryzki? Uwielbiam. I oczywiście, dogadzanie sobie pogryzkami to nie grzech! Grzechem jednak są w takiej ilości, w jakiej potrafię je pochłonąć. Za to kompleksy z wiekiem znikają. Poważnie!

Czy więc zachęcam do body positive?

Wybór pozostawiam Tobie. Z pewnością zachęcam do akceptacji siebie i pracy nad sobą, na miarę swoich możliwości. A że są one różne i inne ma kobieta „majętna”, bezdzietna, inne ta z rozmaitymi chorobami przewlekłymi, tego chyba mówić nie muszę. Warto to również akceptować, zanim skomentujemy gdzieś, że „ta pani chyba sukienki powinna sobie odpuścić”.