Jakim cudem umie? Bo jej pozwalam. Tylko czy nie cierpi na tym estetyka?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

W mojej mieścinie zaczęło powstawać nowe osiedle. A nie jest tajemnicą, że nowe osiedla na obrzeżach są lubiane przez rodziny z małymi dziećmi. Wiadomo, takie osiedle jest jednak tańsze, niż mieszkanie w centrum, a gdzieś mieszkać trzeba.

Nie wiem czy zauważyliście, że nienaganna instagramowa estetyka wkrada się troszkę w nasze życie. Na zdjęciu nie może być widocznych kontaktów, kabli, niepasujących kolorów. O bałaganie nie wspomnę. Dozwolony jest co najwyżej ten kontrolowany, czyli rozrzucamy dziecku kilka klocków i robimy zdjęcie z hashtagiem #nieprzepraszamzabałagan. Albo zakładamy dziecku śnieżnobiałego bodziaka i rozpływamy się, że na zdjęciu pobrudziło sobie rączki spaghetti, a my mu na to pozwoliliśmy. Bodziak naturalnie pozostał biały. Nawet chaos musimy kontrolować.

Wróćmy jednak na nasze osiedle. Matki naturalnie zaczęły się zrzeszać w osiedlowych grupach na Facebooku. I jak to wśród matek bywa, zawiązała się wkrótce lekka rywalizacja – dzieci cudownie wyglądają przecież na nowiutkich placach zabaw! Tylko rozumiecie, czasy się nieco zmieniły i dziś przed zrobieniem zdjęcia stylizujemy szkraba niczym sto lat temu. Wtedy miało to sens, bo po stylizacji dziecko szło do fotografa i stało ładne kilka minut, zanim uwieczniło się moment stania. Dziś zdjęcie robimy w sekundę, ale przecież brzdąc w ubłoconych getrach z ciuchlandu nie zapewni nam „lajków”.

I tak matki potrafiły najpierw umyć zjeżdżalnię chusteczkami, następnie puścić dziecko by zjechało, zrobić zdjęcie i pospiesznie oddalić się z placu zabaw, by berbeć nie wybrudził spodni za 150 zł.

Myjemy czy robimy nowe?

Kiedy usłyszałam o baby-led weaning, najpierw byłam zachwycona, potem nie, a potem znów tak. Ostatecznie jednak nie lubię iść w żadne skrajności i stosowałam zarówno BLW, jak i zwyczajne futrowanie łyżeczką. Potem dziecko rosło i naturalnie pewnego dnia wyrywało mi łyżkę, chcąc jeść samo, nawet za cenę wybrudzenia się od stóp do głów.

Efekty? Aktualnie na nie czekam. A przy pierwszym dziecku? Ujmę to tak – z rozmiaru 92 zostało mi niewiele ubrań, większość, mimo fartuszków, miało plamy nie do zmycia. Nie tylko z jedzenia, ale to już inna bajka. Za to kolejny rozmiar dało się już doprać! Brzdąc szybko nauczył się jeść i pić.

Nie będę kłamać, nauka jedzenia wygląda tak, że po obiedzie człowiek ma ochotę wystawić dziecko na OLX-ie, ale powiedzcie, kto weźmie tak brudny egzemplarz? Nawet jeśli dodamy krzesełko do karmienia gratis! Myjemy więc i mamy nadzieję, że maluch nauczy się jak najszybciej.

Bo jej pozwalam, a potem zamiatam stłuczone talerze

Ja wiem, warto mieć rzeczy dobre jakościowo i po prostu o nie dbać. Jednorazówki i chińszczyzna to zakała naszych czasów. Cóż, nie będę kłamać, że przy dzieciach trzymam się tej zasady. Młoda szybko zaczęła odnosić talerze do zlewu, pomagać w sprzątaniu, a nawet zmywać naczynia! Bo jej pozwalam? Na pewno wpływ na to miał jej charakter, ale „pozwalanie” również zagrało tu swoją rolę.

Szkody? Były. I pewnie jeszcze będą. Droższa zastawa? Teraz raczej nie i w sumie nigdy o niej nie marzyłam. Może i dobrze. Głupio by było potłuc podczas pierwszych prób mycia naczyń albo odkładania ich do zlewu.

Podobnie jest z ubraniami. Sama lubię takie, które nie rozlatują się po pierwszym praniu, nawet jeśli kosztują nieco drożej. Nie będę kłamać, że w stosunku do dzieci stosuję tę samą zasadę. Drogie sukienki są śliczne i z pewnością trwałe, ale nawet one nie wytrzymają plam z buraczków czy piachu.

Kwestia estetyki

Problem dziecka, któremu nie dajemy się pobrudzić i nauczyć obowiązków był niejednokrotnie poruszany w parentingowych środowiskach. Śmiało można powiedzieć, że mamy tu dwie grupy: pierwszą, która remont podłogi w kuchni, a co za tym idzie, karierę na instagramie, przekłada do momentu, gdy dziecko urośnie… I drugą, która usilnie tłumaczy, że poczucie estetyki jest równie ważne, co inne umiejętności. I należy kształtować je od oseska.

Istotnie, poczucie estetyki moich dzieci jest kuriozalne. Weszłam dziś rano do pokoju Młodej. Przedarłam się przez porwane i pomalowane kartki, przepłynęłam przez klocki, by dotrzeć do biurka. Biurko miało „obrus” z koca, precyzyjnie położony tak, by spływał malowniczo po bokach. Na obrusie zaś leżał talerzyk i ciastka z klocków. Obok stał kubek z „herbatką”. Nic więcej. Wiecie, zdarzyło mi się recenzować kawiarnianą akcję, ale przykro mi drogie kawiarnie – nie znalazłam nigdzie takiego wyczucia stylu.

Nie będę więc kłamać, że kwestia estetyki jest nieważna. Możemy ją wskazywać, wybierając z dzieckiem ubrania wizytowe, te, które jakimś cudem uniknęły jeszcze plam. Warto ją ćwiczyć, ucząc sprzątania – czyli właśnie mycia stołu po brudzącym obiedzie, a nawet naczyń, jeśli dziecko jest starsze albo układania zabawek wieczorem. A efekty w postaci pięknie ułożonego obrusa przyjdą z zaskoczenia.

Na instagramową estetykę w postaci ścian w kolorze ecru i spodenek pod kolor przyjdzie jeszcze czas 😉

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować