Biżuteria z mleka. Tak, babskiego mleka. Czyli czego to ludzie nie produkują?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Ten tekst może być dla Ciebie niesmaczny. Uprzedzam więc od razu: jeśli widok karmiącej kobiety przyprawia Cię o mdłości i w ogóle temat laktacji raczej nie jest Twoim ulubionym, możesz się dziś u mnie nie odnaleźć. Z drugiej strony, może spróbujesz? W końcu, mamy czas naturalizmu. Wiesz, krew na podpasce nie jest już niebieska, a biżuteria… Biżuteria może być z mleka.

Zacznę jednak od początku. Któregoś dnia, gdy dogorywałam sobie pod koniec pierwszej ciąży, znajoma dodała mnie do grupy karmiących piersią. Wiesz, to te kobiety, które robią sobie szkraba, a potem znajdują przyjemność w bezwstydnym obnażaniu się na ulicach. Weszłam więc, zaczęłam czytać i wsiąkłam.

Bo widzisz, jeszcze kilka lat temu częstowano nas w tym temacie kompletnymi bzdurami. I tak w szkole rodzenia dowiedziałam się o skomplikowanej diecie matek karmiących, mającej na celu zagłodzenie żywicielki, systemie mającym spowodować, że dziecko będzie jadło krótko, a następnie odłożone do łóżka spało – pośmialiśmy się, idziemy dalej. Możesz sobie wyobrazić, jak bardzo byłam wdzięczna za ten ogrom wiedzy, jaki posiadłam, będąc w grupie.

Kapturki, terroryzm i biżuteria z mleka

A dowiedziałam się naprawdę sporo. Na tyle, że nierzadko zdarzało mi się później wspierać koleżanki pytające czy coś jest normą. A może inaczej – dowiedziałam się sporo, jak na tamte czasy. Bo mimo wszystko nie jest to absolutnie wiedza doradcy laktacyjnego czy innego specjalisty. Jednak mało która z nas wiedziała wcześniej, że smoczek może zaburzyć laktację, że kapturki mogą sprawić, że dziecko pije mniej… Ot, podstawy.

Grupa, rzecz jasna, jak to wiele grup tematycznych ma w zwyczaju, skupiała również terrorystów. Z rozbawieniem więc czytałam krytykę odstawiania, leniwych buł, które zamiast rozwiązać problem, lecą z butlą (odebrać im dzieci! Kary nałożyć!). Nie, tragedii nie było. Kobity nie latały po oddziałach położniczych, cichcem karmiąc dzieci pojone butlą, ale empatii czasem brakowało.

Nie terrorystki były jednak najciekawsze, a kobiety, które ze swojego karmienia piersią uczyniły religię. To wręcz czasem bawiło. Zdjęcie profilowe? Podczas karmienia, obrobione filtrem sugerującym, że oto niemowlę właśnie dzięki drogocennym kroplom rozwija sobie drzewka dendrytyczne. Koszulka? Coś w rodzaju „Karmię piersią, jaka jest Twoja supermoc?”. I biżuteria. Biżuteria z mleka. Tak, własnego.

To ja już wolę korale babci…

Od razu uprzedzę komentarze typu „Nieźle! A jak berbeć uleje, to też sobie to zaklei w wisiorku?„- pewnie ktoś już na to wpadł. Dlaczego tak sądzę? Bo producenci biżuterii z mleka wtryniają w nią również włosy dziecka, a nawet fragmenty pępowiny. To co? Bardziej woodoo czy niegroźne świrowanie?

I ktoś nosi potem taką „perełkę”? Ja może przypomnę, że kilka lat temu na potęgę tatuowaliśmy sobie po porodzie: „Asmodeusz 12.07.2014”, „Jelitta 03.04.2016”. Ostatnio jakby przygasły na matkowych grupach pytania o dobrego tatuażystę albo też większość z nich w tym temacie podpisała klauzulę sumienia. Pozostaje pytanie, czym to się różni? Ano tym, że biżuteria z mleka jest zdejmowalna.

Wygląda zresztą naprawdę estetycznie! Na tyle, że zapewne niejeden zachwycił się ślicznym złotym komplecikiem z perełką na czyimś dekolcie. Po czym poinformowany odszedł, wykąpać oczy, uszy i resztę zmysłów. Bo to jednak mleko.

Za czy przeciw?

Biżuteria z mleka to z pewnością nie coś, co zachwyciło moją duszę i chyba już to wybrzmiało. Może dlatego, że karmienie piersią to dla mnie żadna religia. Owszem, stawiam na możliwość nakarmienia dziecka w różnych miejscach, ale to dlatego, że dziecko jest głodne. Tym jest dla mnie karmienie. Pojeniem dziecka. I owszem, chętnie zbieram laktacyjne ciekawostki, cieszę się, że udało mi się karmić, bo to jednak samo zdrowie, jednak ostatnią rzeczą jaką chciałabym robić, jest rozczulanie się nad cudem laktacji. No… fajnie, ale istnieją ciekawsze tematy (to po co o tym piszesz, hipokrytko? Ech…).

Z drugiej strony, dlaczego nie? Dlaczego miałabym wyśmiać kobietę, która taką biżuterię nosi? Przypomnę, że nie mam ochoty śmiać się z modnych niedawno obróżek na szyję, sama kiedyś nosiłam kolczastą „pieszczochę” – to mam komuś zastygłej kropli mleka żałować? Ty nie nosisz? Jasne, więc pijemy kopi luwak, jemy zepsutą kapustę, szumnie nazwaną bigosem… Naprawdę, robimy wiele obrzydliwszych rzeczy, niż noszenie perły z własnego mleka.

Nie jestem więc za, jednak spróbuję się nie roześmiać, kiedy dojrzę u Ciebie i pochwalisz się, że to pamiątka z karmienia Gabrysi. Skoro tak mile to wspominasz. Sama zostawię sobie wygryziony już na wszystkie sposoby naszyjnik-gryzaczek. Tak, teraz Ty możesz się pośmiać 😉

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować