Myślę, że osobom z mojego pokolenia, czyli tym, którzy właśnie płaczą że dopada ich starość w postaci niebezpiecznie zbliżającej się trójki z przodu, nie trzeba tłumaczyć, czym jest Cartoon Network. I to mimo że telewizja kablowa za naszych czasów przecież raczkowała i wszyscy cieszyli się, jeśli było chociaż z piętnaście kanałów!

A jednak najczęściej gdzieś ta „kablówka” w końcu była. Jeśli nie w domu, to u sąsiadki, koleżanki – bo nasze pokolenie szwendało się, gdzie tylko się dało. Patrząc wstecz, mam wrażenie, że niewiele odbiegało to od sceny w „RRRrrr”, gdzie mężczyzna pyta się „Gdzie Adam?” i otrzymuje pogodną odpowiedź, że Adama zjadł po drodze jakiś robal, nad czym mężczyzna przechodzi od razu do porządku dziennego.

I nie mam zamiaru biadolić, że „wtedy były czasy, a dzisiaj to nie ma czasów” i dzieci się nie szwendają. Po prostu tak było, a przy okazji zawsze zwąchaliśmy, gdzie jest więcej, niż trzy kanały i troszkę lepszy telewizor, niż nasz, który trzeba było walnąć trzy razy, zanim złapie obraz, a potem czekać trzy minuty.

Był tylko jeden problem

Na początku Cartoon Network był po angielsku. I w ten sposób wielu z nas złapało całkiem niezłe podstawy tego języka! Z pewnością większe, niż w szkole, gdzie nauka angielskiego raczkowała i przez jakieś osiem lat wkuwaliśmy odmianę czasownika „to be”, a potem… szybko zdawaliśmy maturę.

A gdy przeszliśmy na polski? Ach, jaka to była radość! Szczególnie że był to czas, gdy kablówka i u nas coraz częściej się pojawiała. Chociaż u mnie, ze względu na częste przeprowadzki, stan ten zmieniał się bardzo często (KLIK! Powinieneś się cieszyć, że dziś nie masz telewizora?).

Do rzeczy jednak! Każdy (no, prawie każdy. Nie wszyscy przecież bajki z Cartoon Network oglądali) jakieś swoje ulubione kreskówki posiadał. Nie dało się przecież zasiąść na cały dzień przed telewizorem. Mama nie pozwalała! Przedstawię więc moje ulubione, które jakoś tam przyciągały mnie przed ekran.

Jetsonowie

Ze stajni: Hanna-Barbera. Dla wszystkich, którzy z niepokojem patrzą na zmieniające się czasy i mają skłonność twierdzić (tak jak ja), że to wszystko idzie w niepokojącą stronę i za chwilę po prostu ostro łupnie, niczym starożytny Rzym.

Oczywiście, może tak być! Ale może wyjdziemy z tego obronną ręką, nauczymy się latać tak po prostu, na co dzień, swoimi prywatnymi samolocikami z rozsuwaną szybką, do pracy i po zakupy? Może tradycyjny model rodziny nie zniknie i nadal będzie tym najbardziej pożądanym? Może dom, w którym jednym przyciskiem zmieniamy układ ścian i kolor tapet, będzie na wyciągnięcie ręki dla przeciętnego Kowalskiego?

I tylko już teraz zatruwająca życie inwigilacja każdej sfery życia będzie nam nieco przeszkadzać. Jeśli oglądałeś Jetsonów, kojarzysz te momenty, gdzie nagle włączał się ekran i na biednego George’a zaczynała krzyczeć żona albo szef. Ugh… Lepiej weźmy sobie do serca ostatnią facebookową aferę!

Flinstonowie

Również Hanna-Barbera! Psuje nam troszkę nadzieję na przyszłość w stylu Jetsonów, bo wiemy już, że przeszłości w stylu Flistonów niestety nie było. Według naszych rodziców, powinni tego zabronić, bo ile można gówniarzowi tłumaczyć, że nie, dinozaury nie żyły razem z ludźmi pierwotnymi, a już na pewno nie robiły nam za zmywarkę?

Mimo wszystko, oglądało się choćby ze względu na śmieszne kwestie rzucane przez te dinozaury. Wiesz, krzuszący się prehistoryczny stwór, który robiąc za odkurzacz, nabawił się astmy czy mamut, wiecznie zmuszany do puszczania trąbą wody przy zlewie. Tak trzeba żyć! A nie jakieś odkurzacze wodne czy inne, a tfu! Osiągnięcia współczesnej techniki.

Johnny Bravo

Jeśli w Sevres zrobić kiedyś miejsce na wzorzec seksizmu, z pewnością stałby tam w końcu Johnny Bravo! Paker, będący przestrogą dla innych, którzy podczas robienia bicepsów wiecznie zapominają o nogach.

Bajki z Cartoon Network (tak, wiem że bajka to krótki utwór wierszowany z morałem. Mimo wszystko, bardzo mi przykro – tak się już troszkę przyjęło) mają to do siebie, że często ogląda się je całkiem inaczej jako nieskażone złem tego świata dziecko i zgorzkniały już dorosły. „Johnny Bravo” to idealny przykład. O czy mowa? Jest choćby odcinek, gdzie sąsiadka Johnny’ego, Susie ma urodziny. Przyjeżdża do niej kuzynka, którą przypadkowo okazuje się być Pamela Anderson. Podczas zabawy z maluchami w ciuciubabkę mówi: „Rany, nie pamiętam już, kiedy ostatnio raz miałam zasłonięte oczy. Chociaż nie (chichot), już pamiętam”. Muszę coś dodawać?

Laboratorium Dextera

Przemądrzały smarkacz, który pozjadał wszystkie rozumy. Wiecznie sfochowany dzieciak, który co prawda średnio radził sobie z kontaktami międzyludzkimi, ale za to za ścianą miał wejście do ogromnego podziemnego laboratorium.

Jak wyglądają eksperymenty nastolatka? Nawet ten najmądrzejszy, popełnia błędy. I tak, ubawiłam się, gdy sensacje żołądkowe nigdy-nie-mylący-się komputer uznał za poważne oraz zagrażające życiu komplikacje i biedak żegnał się z życiem. Ciekawie było również, kiedy podczas nauki siostra zapętliła płytę i przez cały dzień Dexter wygrywał życie, mówiąc o omlecie z serem. Aż do wieczora…

Równie zabawną postacią była wspomniana już siostra DeeDee. Długonogie przeciwieństwo brata – towarzyska, wygadana i również wcale niegłupia – mimo że fanka różowych kucyków.

Atomówki

Dopiero jako dorosła osoba zaczęłam zastanawiać się, po co profesor chciał stworzyć sobie w piwnicy idealne dziewczynki? Tego typu zabawy jednak najczęściej nie kończą się dobrze. Jedni w ten sposób kończą życie, inni gniją w więzieniu, jeszcze inni mają na chacie supersilne dziewczynki. Profit? Walczą ze złem w mieście. Zawsze to coś!

I tę bajkę warto obejrzeć sobie „po dorosłemu” po raz drugi! Mąż w ten sposób odkrył odcinek, gdzie profesor Atomus szykował się na randkę. Jedna z Atomówek wciska mu do kieszeni wielce sugerujący „kwadracik” i mówi: „A to w razie potrzeby”, mrugając oczkiem. Dasz wiarę, że przez całe dzieciństwo myślałam, że to chusteczki do nosa? Może to z powodu wiecznego kataru…

To wszystko?

Chyba tak, bo potem bajki z Cartoon Network, jak dla mnie, się „skiepściły”. To znaczy, wciąż niby jakieś perełki dało się znaleźć – chętnie oglądałam jeszcze choćby „Psa Chojraka”, czasem „Ed, Edd i Eddy”, choć to już było troszkę dziwne i nieco obrzydliwe. To znaczy, dla mnie, bo rodzeństwu się podobało.

Lubiłam też piosenki z „Billy’ego i Mandy”, niektóre dialogi z „Domu dla zmyślonych przyjaciół pani Foster”, ale oglądać całości nie miałam ochoty. Być może to już kwestia wieku – nie wiem. W każdym razie, mam wrażenie, że potem te bajki z Cartoon Network były troszkę nastawione na epatowanie obrzydliwymi obrazkami, durnymi dialogami – po prostu mi się nie podobały. Ot, marudzenie starej ciotki, znów pod tytułem „Kiedyś były czasy, a dzisiaj nie ma czasów”.

Oglądałeś Cartoon Network? Co najbardziej zapadło Ci w pamięć? 🙂