Wiecie, że nigdy nie lubiłam Gumisiów? Poważnie, nie przekonywały mnie te narysowane w bardzo dziwny sposób i wiecznie wojujące stworki. Może to dlatego, że ja ogólnie od świata fikcji wolę ten realny – również w filmie i książce.

Z drugiej strony, inne baśniowe stwory jakoś mniej mi przeszkadzały. Kiedy zaś podczas Dobranocki leciały Gumisie, cierpiałam katusze. Bo głupio było wyłamywać się i nie oglądać. To nie były czasy „couch potato”, rodzice przyjemności dawkowali i wieczorna bajka była jednym z niewielu momentów, kiedy oglądało się telewizję. Więc oglądałam i te Gumisie, mimo że zupełnie się przy nich wyłączałam.

Dobranocki nie oglądam już dawno i to nie dlatego, że od kilku lat nie ma jej w TVP. Po prostu nagle za stara się zrobiłam. Z drugiej strony, moje dziecko za chwilę zajmie zaszczytne miejsce przed ekranem z bajką. Odwlekam ten czas jak mogę, mając świadomość, że im później tym lepiej i cieszę się, że póki co jej nie ciągnie. Woli książeczki. Mamy jeszcze chwilę.

Próbująć jednak zorientować się w aktualnej ramówce, by w godzinie „0” dobrze wybrać, mimowolnie wróciłam do czasów moich ulubionych kreskówek. Kreskówek, bo mimo że sama czasem wspomnę o bajce, bajka to krótki utwór wierszowany, z morałem. Zaczęłam więc przypominać sobie bajki mojego dzieciństwa, którymi wtedy się zachwycałam.

Muminki

Kiedy wróciłam do nich po latach, z rozbawieniem odkryłam ideologiczne dno, widoczne szczególnie w „Lecie w Dolinie Muminków”. Ze skandynawskim wychowaniem w lewicowej „wolności” możemy się zgadzać lub nie – żadna z tych opinii jednak nie zmienia faktu, że białe stworzonka były naprawdę urocze!

Przy tym postacie są tak barwne, że łatwo o identyfikowanie się oraz rozpoznawanie w nich znajomych z własnego otoczenia. Większość kobiet chętnie widzi w sobie cechy wrednej Małej Mi (grafiki z jej podobizną i cytatami wymyślonymi przez internetowe Grażyny święcą triumfy), mniej chętnie rozpoznaje w sobie Filifionkę. Ja zaś pozostanę przy Mamie Muminka. Podobnie jak ona, nigdzie nie ruszam się bez torebki.

Bajka o Świetliczku

I tu zastrzegam: nie chodzi mi o czeskie Świetliki! Mało tego, wierzę że ktoś ma tak jak ja i kojarzy choć tytuł, bo niestety, nie pamiętam i nie natrafiłam w internetach. Gorzej – szperając, doszukałam się jedynie… pytania z 2010 roku na jakimś forum o dokładnie tę samą kreskówkę. Konkretnej odpowiedzi niestety nie było. 

Świetliczek był synkiem państwa Świetlików, stanowili razem uroczą, bardzo wierzącą i spokojną rodzinę. Codziennie wieczorem sumiennie wykonywali swoją pracę, biorąc wiszące przy drzwiach lampiony i lecąc świecić. Świetliczek przeżywał różne przygody, a swą dobroć omal nie przypłacił życiem, gdy chciał poświecić dzieciom, które biedaka nie doceniły i pacnęły łapką. Kreskówka skończyła się tak jak powinny kończyć się wszystkie filmy na świecie – Świetliczek wziął ślub ze świecącą przyjaciółką i urodziło im się mnóstwo świetliczątek.

Ktokolwiek widział – ktokolwiek wie? EDIT! Dzięki Waszej pomocy mam już coś tutaj 🙂

Madeline

„W Paryżu stał stary, opleciony winoroślą dom. Mieszkały w nim dziewczynki, które zawsze chodziły parami. Bez względu na pogodę. Czy na deszcz. Najmłodsza dziewczynka miała na imię Madeline”. Ha! Potrafię to dziś powiedzieć z pamięci. Kojarzycie jeszcze suczkę Genevieve?

Najśmieszniejsze było to, że jako smarkula byłam pewna, iż Madeline przebywa w sierocińcu. Pojęcie stancji nie mieściło mi się w głowie. Nieźle się zdziwiłam, gdy odwiedzili ją rodzice.

I tak sobie teraz myślę, że Mikołajek jest chyba taką troszkę chłopięcą wersją Madeline. Choć może naginam rzeczywistość.

Pszczółka Maja

Pamiętacie ten przerażający odcinek, gdy Maja z Guciem zostali złapani przez muchołówkę? Krwiożercza bestia! I mimo że odcinków było wiele, poza krótkimi urywkami w pamięci, najbardziej wrył się właśnie ten. Choć pewnie ciekawostek przyrodniczych, które mam w głowie do dziś, również trochę było.

Wiedzieliście, że Pszczółka Maja była japońskiej produkcji? Takie jedno z pierwszych… anime. A długo łudziłam się, że Maja jest Polką. Nie żeby mi to przeszkadzało, po prostu kreskówka wyglądała mi zawsze tak swojsko-polsko. A tu, niespodzianka.

Przygody Kota Filemona

Ja wiem że się starzeję i te kurze łapki nie kłamią… Ale naprawdę Bolek i Lolek oraz Reksio byli starzy już wtedy, kiedy ja ich oglądałam. Z tego też powodu mimo że zdarzało mi się oglądać, jakoś nie zdobyli mojego dziecięcego serduszka. Co innego kot Filemon.

Zupełnie nie wiem, dlaczego. Co może być ciekawego, jeśli chodzi o kota drzemiącego sobie ze starszym kocurem na zapiecku? Choć z drugiej strony może lepiej, że drzemał, niż tak jak moja kocia trąba, która pewnego pięknego dnia zaprezentowała nam cały zapiecek w produktach, jakie powinny znaleźć się w kuwecie. Bynajmniej nie o żwirek chodzi.

Filemon (a właściwie lektor) miał tak uspokajający głos, że nawet teraz, gdy piszę, łaskocze mi przyjemnie korę słuchową. No i przede wszystkim, to nie była dynamiczna kreskówka. A ja lubiłam te, gdzie na pozór nic się nie działo.

Tabaluga

„Jakubie! Zrób mi loda”, rżeliśmy do siebie radośnie kilka lat później, w gimnazjum. Póki jednak dzieciństwo było niewinne i naiwne, trzymałam mocno kciuki za Tabalugę i z poczuciem zwycięstwa wyłączałam telewizor po tym, gdy na koniec sezonu Arctos został zmuszony do robienia lodów całej dolinie.

No i ta motywująca piosenka na koniec! Każdy z nas mógł się poczuć, jak smarkaty Tabaluga, który kiedyś urośnie i stanie się wielgachnym smoczyskiem, tak jak ojciec Tabalugi.

Tajemnice Wiklinowej Zatoki

W konkursie na najbardziej psychodeliczną kreskówkę wygrywają w przedbiegach. Przykro mi, ale tego sukcesu nie mieli szans powtórzyć nawet twórcy takich tuzów, jak „Włatcy Much”. To nie ten profil. Dziwne latające wokół trójkąciki, kółka – czułam się jakbym oglądała przyśpieszone obrazki w kalejdoskopie. Cudo!

I do tego te piosenki. „Na drogę swą z mamuśki łzą zabieram przestróg i upomnień stoooo” – do dzisiaj śpiewam, gdy wychodzę od matki z wykradzioną wałówką. Co nie zmienia faktu, że teledyski przewyższały nawet te discopolowe, gdzie na błyszczącej tapecie piosenkarka darła się, że kondor zniósł jej jajo.

Smerfy

Zakończę klasyką. Bez niebieskich stworów Dobranocki po prostu by nie było. I możecie czuć się nieco zaskoczeni, bo przecież napisałam na początku, że baśniowe stwory, takie jak Gumisie, zupełnie mnie nie kręciły. Dlaczego ze Smerfami było inaczej? Zupełnie nie wiem.

Może chodziło o element humorystyczny? Dziś pewnie byłoby inaczej, ale wtedy Smerfy potrafiły sprawić, że rżeliśmy ze śmiechu, gdy Maruda po raz kolejny coś kręcił nosem, Ważniak pysznił się, niczym bloger udowadniający we wpisie swoje racje, a Ciamajda zaliczał kolejną wtopę.

 

A potem? Potem wieczorynka przestała być tak atrakcyjna. Nastał czas polskiego Cartoon Network. Ale to już zupełnie inna historia. Spokojnie, i o tym napiszę. W każdym razie bajki mojego dzieciństwa wspominam z rozrzewnieniem, co pewien czas poprawiając się, że teoretycznie bajka to utwór wierszowany z morałem, a ja tak naprawdę myślę o kreskówkach. W mowie potocznej jednak kreskówka jakoś przyjąć się nie chce.

Mimo tego rozrzewnienia jednak, dziś przed ekran mnie nie ciągnie. Choć do dziś pamiętam, jak będąc w liceum, usłyszałam w telewizji Muminki. Szybko zadzwoniłam do koleżanki i zasiadłam, by zobaczyć, czy nadal bujam się w Włóczykiju. Nie bujałam się już.

A co Wam zdarzyło się kiedyś oglądać? Bo przecież mój wybór jest wyborem subiektywnym, a o 19:00 każdego dnia leciała inna bajka. Łącznie nazbierało się pewnie kilkadziesiąt tytułów. Może również oglądaliście akurat bajkę o Świetliczku i kojarzycie coś więcej? 😉