Kangur matematyczny najłatwiejszy od lat? A może pandemia odsłoniła w końcu wady systemu oceniania?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Będę szczera i od razu napiszę: jeśli spodziewasz się tu mojego autorskiego pomysłu na rozwiązanie problemu, to ja Ci go absolutnie nie podam. Uważam bowiem, że podejście do ocen, jakie dziś mamy, jest delikatnie mówiąc, do bani. A jednocześnie jego przeciwieństwo, czyli całkowite odejście od oceniania będzie początkiem kompletnego rozprężenia.

Ale może Wy macie jakiś pomysł? Może Wy, gdy tylko okazało się, że Kangur Matematyczny został rozwiązany chyba najlepiej w historii tego konkursu, wiedzieliście, co należy zrobić? Tym, którzy nie wiedzą, o co chodzi, wyjaśniam. Również w tym roku odbył się popularny konkurs matematyczny, z racji pandemii jednak uczniowie rozwiązywali go zdalnie, siedząc w swoich domach. I tak Kangura bezbłędnie rozwiązało ponad 3 tysiące polskich pierwszo- i drugoklasistów! Dla porównania, w ubiegłym roku takich dzieci było ośmioro.

Czyżby objawem COVID-u, oprócz kaszlu, były ponadprzeciętne umiejętności matematyczne? A może warunki domowe rozwijają kreatywność? Niestety, wytłumaczenie jest brutalne: zadania rozwiązywali rodzice. Przy okazji, brawa dla nich! Nie jestem pewna czy udałoby mi się osiągnąć maksimum punktów. Pytanie tylko, po co? Po co dziecku nagroda (Naprawdę, sprawdź zalinkowany tekst!), na którą tak naprawdę zasługuje jego rodzic? To w końcu ważna jest ambicja rodzica czy jednak coś innego?

Mama oceny wybiegała. Albo i nawet uczeń podciągnął, co się da

To naprawdę nie jest rzadkość. Sama miałam w gimnazjum koleżankę, taką czwórkową. Wyniki osiągała całkiem niezłe, ale nie wybitne. Miała swoje zainteresowania… Tymczasem jednak ta „czwórkowość” bardzo się rodzicom nie podobała, a tu wybór liceum za pasem. Przed zakończeniem roku udali się więc do wychowawczyni porozmawiać o tym, że „Kasię” stać na więcej, że ona poprawi ten przedmiot i tamten i jeszcze kolejny. No i poprawiała. Tu mama zrobiła prostopadłościan, tu córa odpowiedziała z jakiegoś działu. I tak ze średniej około 4,1 zrobił się pasek na świadectwie. A to wiadomo, dodatkowe punkty. Co prawda testy nie poszły oszałamiająco, więc prestiżowe liceum przeszło rodzicom koło nosa, ale był pasek na świadectwie! Będzie co wnukom pokazać.

Kasia nie była jedyna. Co prawda to przypadek ekstremalny, bo zaopiekowany przez rodziców, ale ilu z nas latało przed końcem roku, by mizerną tróję poprawić na piątkę? I pół biedy jeśli rzeczywiście gdzieś brakowało jednej czy dwóch ocen do lepszej noty na koniec roku. Chcemy naprawić drobne potknięcie, dlaczego nie? Rekordziści jednak poświęcają miesiąc na windowanie ocen na świadectwie. Tu przepiszą z Wikipedii o Tatrzańskim Parku Narodowym, tu zrobią plakat z cyklu rozwojowego mchu płonnika, tu szybko narysują zaległą pracę na plastykę, a tu jeszcze popłaczą bezlitosnej pani od fizyki. Masakra?

Masakra. Przyznam, że odpychało mnie to. Po prostu nie rozumiałam – po co? Co mi to da, że narysuję dwie prace na plastykę i zamiast czwórki, dostanę piątkę? Prestiż? Rodzic za uchem podrapie? Sowa z Hogwartu przyleci z propozycją zmiany szkoły? Dlatego nie brałam w tym nigdy udziału. „To jak się tu dostałaś z taką średnią?” – pytali znajomi w liceum. Normalnie?

Ambicja rodzica ukierunkowana na wyniki

Nie jesteśmy ukierunkowani na umiejętności. Liczą się wyniki. Co z tego, że czytałeś lekturę i potrafisz napisać o niej całkiem zgrabny esej, skoro ze sprawdzianu z lektury dostałeś tróję, bo nie odpowiedziałeś na pytanie o kolor psa głównego bohatera, podany na 232 stronie albo kolor kwiatów, które dostała bohaterka? Bezsens? „Z czegoś musimy ich oceniać„! „Ha, cwaniaki! Bo wy byście tylko streszczenia czytali, a ja Wam dam takie pytania, których w streszczeniach nie ma„. Jaką umiejętność związaną z językiem polskim wyćwiczyli ci, którzy odpowiedzieli poprawnie na pytanie?

I tak na wyniki ukierunkowani są również nauczyciele. Trudno zwalać winę na nich – także oni są więźniami rubryk, określonej ilości ocen, które muszą wystawić, bez względu na to, jaki przedmiot prowadzą oraz w jaki sposób. Następnie więźniem jest rodzic. „Trójka jej wychodzi, proszę pani. Jakby się przyłożyła…” – słyszy matka, więc wraca i każe dziecku nauczyć się koloru psa, który jeździł koleją, bo to w tej lekturze najważniejsze. Nie, nie wiem czy kolor psa był tam rzeczywiście podany.

Około piątej klasy na wynik ukierunkowany jest już uczeń. Wie, że stary zafunduje wakacyjną wycieczkę tylko przy średniej „paskowej”. Biega więc, klei te nieszczęsne prostopadłościany, robi plakaty, w ostateczności nawet poprawia sprawdziany, w których wcześniej zabrakło pół punkta. Udało się! Umiejętności? Zainteresowania? „Miałem zawsze te piątki, to pójdę na matematykę. W sumie to w CV mogę wpisać sobie klejenie prostopadłościanów. Dzięki szkoło„. Tylko czy to rzeczywiście wina szkoły? Czy to ambicja rodzica? A może sam uczeń?

Ściąganie to kolejny problem

Byłoby dobrze, gdyby w zamieszaniu dotyczącym Kangura Matematycznego chodziło tylko o temat „wyników oraz umiejętności”. I nie zamierzam tu przywoływać kultur, w których człowiek prędzej popełniłby seppuku, niż ściągnął od kolegi. Sama przecież ściągałam.

Tak było. Teraz mogę co najwyżej wspominać, jak przeszłam niektóre zajęcia w szkole na ściągach i umiejętnościach koleżanek, a następnie pogratulować sobie głupoty. Mogę przypomnieć sobie, jak zamiast douczyć się materiału na studiach (albo, tfu tfu! Uczyć się na bieżąco) wolałam iść już jednak spać, a na egzaminie zerknąć w kieszeń albo w kartkę koleżanki. Oczywiście, mogę sobie mówić, że ściągałam głównie tam, gdzie uczyliśmy się studenckich zapchajdziur. Tylko gdzie tu uczciwość?

I tu zdalne nauczanie pokazało, że polegliśmy. Możecie mi wierzyć, że to sprawa nie tylko Kangura. W tym roku przecież, mimo pandemii, wszędzie zdawało się egzaminy. A wiecie, jaka była najbardziej absurdalna historia, jaką słyszałam? Pewnemu wykładowcy trafili się dość wyrobieni moralnie studenci. Podeszli do sprawy poważnie, bo przecież „sytuacja jest szczególna, trzeba więc zachować się jak człowiek„. Nauczyli się, dostali oceny takie, jakie dostali. Wykładowca był wściekły i co prawda nie powiedział tego głośno, ale wydźwięk komunikatu był taki, że przecież mieli jak zajrzeć „do pomocy”, a teraz on musi się tłumaczyć, skąd tak słabe wyniki i brak piątek od góry do dołu.

Prawem ucznia jest ściągać” – taki komunikat usłyszałam nieoficjalnie, jako dziecko, od nauczycielki. Wiecie, chętnie witamy prawa, z którymi jest nam na rękę, choćby nawet miały one krzywdzić innych (nie pozdrawiam prawa aborcyjnego). Mamy prawo ściągać, bo w ten sposób zdobędziemy oceny. A oceny to dobra średnia. To pasek. To one w dużej części warunkują czy zdamy do dobrego liceum. Oczywiście, możemy zrobić tak jak uczeń mojego gimnazjum – lecieć na trójach i zdać olimpiadę przedmiotową. „Skarbie, ale skąd w takim razie te tróje?!” – zakrzyknęli przestraszeni nauczyciele, wiedząc że dyrekcja kiepsko oceni ich umiejętności nauczania. „A po co mi coś więcej? Przecież z olimpiadą mogę iść wszędzie„.

Mogę mu tylko pogratulować, że znalazł sposób, by się wyłamać.

Więc co proponujesz?

Ambicja rodzica, niedouczeni nauczyciele, zły sposób premiowania i oceniania nauczycieli oraz uczniowie z wyrobioną motywacją zewnętrzną. Dodajmy do tego wszechobecne poparcie dla kombinatorstwa i, nie bójmy się użyć tego słowa, oszustwa. Z Waszych połączonych mocy powstałem ja, genialny wynik na Kangurze Matematycznym.

Co więc zmienić? Przestać w ogóle oceniać? Nie będę kłamać, że jestem zwolenniczką takiego rozwiązania. Całkowita rezygnacja z ocen to przesada w drugą stronę. Wiem, że są systemy edukacji idące w tę stronę. Przejadą się jeszcze mocniej. Może kluczem jest zastanowienie się, co oceniać? Jak oceniać? Czy jest sens kazać studentom uczyć się kolejnej zapchajdziury, by doktorant miał co robić?

Przestać kontrolować nauczycieli i dać im nieograniczoną swobodę? Będę szczera – zarówno moje doświadczenia ucznia, jak i studentki pedagogiki oraz pracownicy wyraźnie mówią mi, że to bardzo zły pomysł. Zmiana sposobu kontrolowania? Tylko na jaki?

Kłaść rodzicom do głowy, że mają zostawić dzieci w spokoju i dać im samym przyswajać wiedzę w takim stopniu, w jakim chcą, bo rodzicielska ambicja ich krzywdzi? „Nie mamo… Nie odrobiłem zajęć. W sumie to ostatni tydzień nie wiem, co robiłem”. Niestety, zdrowa kontrola jest ważna. Gdzie leży granica?

Nie mam recepty. Zapewne jest nią zwykła, ludzka uczciwość. Tylko że ta uczciwość musiałaby wyjść z „wysoka na niziny”. Z uniwersytetów i szkół na uczniów oraz studentów. Następnie z rodziców na dzieci i z „elit” na ludzi prostych.

Rozumiemy już, dlaczego jeśli pandemia się nie skończy, w przyszłym roku maksymalny wynik w konkursie osiągnie większość zdających?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować