Alternatywka młodzieżowym słowem roku – posłuchajcie zrzędzenia starej baby!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Jestem w wieku, w którym silenie się na młodzieżowy język wygląda żałośnie. Nie przywitam się więc „eluwina” czy „eluwa”. „Ok boomer” też mi raczej nie przystoi.

Dobrą wiadomością dla mnie jest to, że mogę się identyfikować z „jesieniarą„, jednak również ostrożnie. Do tej pory pamiętam kobietę, która usiłowała kiedyś wciągnąć mnie w kosmetyczny MLM. Była po czterdziestce, miała falbaniastą różową mini, spory dekolt, wiszącą skórę, szczególnie na kolanach, zbyt mocny makijaż i pokrzykiwała „Naprawdę nie chcesz zarabiać piniożków jak Kasia?” Boję się trochę tego efektu. Nie chciałabym więc być identyfikowana z 16-latką siedzącą w swetrze, zakolanówkach i bokserkach przy kominku, bo w zakolanówkach i bokserkach wyglądałabym jak pani z MLM-u.

Odetchnęłam jednak z ulgą, gdyż „alternatywka” nie jest obcym dla mnie słowem. I to mimo że tej Billie Eilish zupełnie nie kojarzę i chwilowo nie zamierzam naprawiać błędu. Alternatywka bowiem na przemian bawi mnie, żenuje i załamuje. Nie przepraszam, jeśli kogoś uraziłam, jestem już w wieku, w którym nie muszę wyrażać uznania dla kolejnych „subkultur”. Zresztą czy kiedyś byliśmy do tego zobowiązani?

Alternatywka to nowość? A pamiętacie emo?

Alternatywka to nie taki nowiuteńki twór. Może i w swoim kształcie tak, ale ogólnie? Pamiętacie jeszcze emo? Rany, z tych to dopiero był ubaw! Mieli czarną grzywkę na pół twarzy, wiecznie smutną i zbolałą pełną pryszczy minkę. No i ubrania. Emo nosiło ubrania, w których czuło się takim troszkę punkiem, troszkę gothem… A było skrzyżowaniem karyny z targowiska „faszyn from raszyn” z lekką domieszką punka i gotha.

Pamiętam jak rżeliśmy z dowcipów: „Co mówi emo na pożegnanie? Idę się zabić, do jutra„. Albo „Kiedy jesteś emo? Kiedy lanie spuszczają Ci razem skini i punki. A kiedy jesteś true emo? Kiedy do lania przyłączają się hippisi”. O kurczę, ale zabawne, co? Nie? Ale dlaczego? My tam się śmialiśmy, może nie macie poczucia humoru?

Że niby alternatywka to coś zupełnie innego? Pozornie. Niby zamiast Tokio Hotel jest przerażona „gupim Trumpem” (ach, ta walka z mową nienawiści!) i efektem cieplarnianym Eilish. No i emo tonęło bardziej w smutku, a alternatywka w śmiesznie udawanej dekadencji. Niby emo wolało się ciąć w samotności, alternatywka zaś ponoć spędza czas na leczeniu trypra, zastanawiając się czy wolny związek z połową paczki miał sens. A z drugiej strony? Wciąż walka smutną buzią z tymi wszystkimi ludźmi, którzy nie rozumieją. Nic nie rozumieją.

Najgorsze, że byłam taka sama

Na szczęście udało mi się nie być emo. Alternatywką byłabym śmieszną, ale najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że sama uwielbiałam gotycki styl, muzykę, a moje rozkminy alternatywnej nastolatki mogłyby stać się tematem na dobry prześmiewczy tekst. Zdecydowanie lepszy niż ten.

Pamiętam te czasy, kiedy tuż po studiach dorwałam pierwszą pracę w zawodzie. Robiłam zakupy przed świętami, a za mną w kolejce stały takie licealistki, ni to emo, ni to punkówy, alternatywki jeszcze również nie, bo kolczyków w oku nie dojrzałam. Stały i z obrzydzeniem komentowały świąteczną reklamę w stylu: „Chodź do nas po zakupy z całą rodziną” i zdjęciem dziadków z wnukami. „Ale komercha! Na zdjęciu wszyscy tacy szczęśliwi, a w rzeczywistości…” – burczały.

I najpierw złapał mnie dreszcz żenady. A potem uświadomiłam sobie, że dzieli mnie od nich nawet nie 10 lat i że równie żenująco musiałam wyglądać, kiedy w dłuuuuuugiej mhhhrocznej czarnej kiecy kupowałam z koleżanką wino i dyskutowałam o tym, że nie chcemy świata fałszu, w którym wszystko można kupić. Wiecie, że w akcie buntu przeciw światu „na pokaz”… nie poszłam na studniówkę? Ot, zdecydowałam, że to głupota iść na bal w jednorazowej kiecce, której potem nie założę, z partnerem na pokaz i tańczyć do muzyki, za którą nie przepadałam. Najlepsze, że do tej pory nie żałuję 🙂

Dystans albo wszyscy umrzemy

Dlatego dziś, podobnie jak bawi mnie „ja” z tego okresu, jak bawiły mnie wszelkie emo-twory, bawią mnie alternatywki. Bawią mnie śmiesznie wykrzywione miny z kolczykiem w nosie i tęczowymi włosami, bawią mnie ich dekadenckie komentarze na facebooku: „Ej, ale wiecie, że nikogo to?” i za chwilę opowiadanie historii swojego życia. Bawi lewicowa wrażliwość, każąca im wystylizować się w najnowsze ciuchy z sieciówki na protest klimatyczny i uwiecznić go nowym modelem telefonu albo stawianie cudownych kochających zwierzątek ponad „tych podłych ludzkich zakał planety”.

I to chyba normalne. Może mnie ewentualnie niepokoić to, co ich krzywdzi, ale nic z tym nie zrobię. Jako starą babę mogą mnie niepokoić nieprzemyślane modyfikacje ciała – nie, nie mam nic przeciwko, a jednak za dużo znam przypadków, kiedy żałowaliśmy tych zrobionych w nastoletniości. Mają prawo wkurzać mnie ich odloty w postaci sesji zdjęciowych na grobach, na szczęście tym zajmują się odpowiednie służby. Może mnie niepokoić ewentualna seksualna rozwiązłość – z drugiej strony utożsamianie alternatywki z automatu z osobą rozwiązłą to już skrajna głupota – nawet jeśli wciągniemy się w walkę alternatywki z konserwatywką. Bo tak, dziewczynka z kolczykiem w kolanie i kolorowymi włosami pod pachami doczekała się alter-alternatywki.

Mam też prawo mieć dystans. I chyba przy tym dystansie pozostanę. Uwiecznię go aparatem z dołu. To znaczy, uwieczniłabym… Ale choćbym nie wiem jak się starała, wychodzą mi trzy podbródki. Nie wiem, jak te gówniary to robią. Ech…

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować