Trudny czas dla kobiety? Pożegnanie się z „dwójką”. I wiem, jako że nie brakuje tu tematów okołorodzicielskich, owa dwójka może Ci się kojarzyć tylko z jednym. Nie, na szczęście takich problemów jeszcze nie mam.

Nie chcę Ci również ze szczegółami opowiadać, jak udało mi się całkowicie odpieluchować dziecko. Niczym rasowa blogerka, po prostu zrobię na ten temat udawany wywiad, gdy dziecko zacznie grozić nastoletnim buntem.

Chodzi o dwójkę z przodu. Nie, świntuchu. Żadne tam przeszczepy ani też nikt mi zęba nie wybił… jeszcze. O wiek chodzi. Wiek, w którym żegnam kolejne dziesięciolecie. Takie piękne: studia, praca, związek, małżeństwo, dziecko, a właściwie dzieci. Działo się, było intensywnie. Mnóstwo zwrotów akcji, niczym w filmie sensacyjnym, czasem jakaś mała tragikomedia, ale najczęściej zwykły obyczajowy.

30 lat

Tak trudno to wyrzucić, że musiałam umieścić w nagłówku. 30 lat to moment, w którym naprawdę sporo blogerów robi plany na kolejne 10 lat. Ja nie robię. Wystarczy spojrzeć na postanowienia noworoczne, żeby stwierdzić że planowanie u mnie to jakaś pomyłka. Oczywiście, nie oznacza to, że nie planuję. Chcę kolejne 10-lecie skończyć z własnym mieszkaniem, dziećmi które nie wkładają mi kosza na głowę, zwiedzonymi Włochami, ale to wszystko może nagle runąć i stać się czymś nie do zdobycia. Nauczyłam się tego przez ostatnie 10 lat.

Nauczyłam się dużo więcej. Dlatego mimo że planowanie jest ważne, wolę momenty, które nagle zmieniają życie z zaskoczenia, choćby w mały sposób. Ostatnio zaś przeczytałam na fajnej babskiej grupie pytanie o momenty pełne bezinteresowności ze strony innych osób. Siedziałam sobie więc i myślałam w wolnej chwili.

Na początku było mi przykro, bo czarnowidztwo zaprowadziło mnie do punktu: „Sorry, ale drapałaś rękami i nogami, żeby cokolwiek się udało. Poza najbliższą rodziną, nikt za darmo Ci nic nie dał.” Jejku, jak ja nie cierpię takiego myślenia u innych! A co dopiero u siebie. I jeszcze o tym napiszę. W każdym razie, siedziałam dalej, notowałam, inspirowałam się podpowiedziami z grupy. Wyszło na to, że powinnam się wstydzić, gdyż sama uważałam się za osobę potrafiącą bezinteresownie coś zrobić, a spotkało mnie dużo, dużo więcej.

Nawet nie silę się na chronologię. Jestem z natury chaotyczną osobą, chaos mnie napędza i skoro mam 30 lat i do tej pory nie nauczyłam się łączyć części układanki (za to dziecko pięknie puzzle układa), to już się nie nauczę i tyle. Rzucę po prostu garść tych momentów.

Te bezinteresowne momenty to:

  •  Różaniec do Granic: siedzę totalnie zziębnięta nad morzem, nie przewidziałam takiego chłodu, w przeciwieństwie do osób, które ubrały się, jakby jechały na narty. Odmawiam kolejną dziesiątkę, nagle podchodzi kobieta, wciska mi w rękę śliczny drewniany różaniec i idzie dalej, przedtem rzucając że poświęcony już. Takiego ładnego jeszcze nie widziałam, mimo że długo szukaliśmy ładnego drewnianego. A tu proszę, dostałam za darmo. Ponoć z Ziemi Świętej.

 

  • Początek życia w akademiku. Jako jedna z naprawdę niewielu, przyjechałam bez wałówki w słoikach. Praktycznie codziennie przez pierwszy tydzień ktoś inny zapraszał mnie na obiad. Ot tak, bo skoro nie mam własnego „słoika”, to nie mogę tak zostać na lodzie.

 

  • Liceum. Właśnie dostałam pracę przy ulotkach. W nocy zachorowałam, do szkoły poszłam tylko po to, żeby nikt w domu nie wiedział, że jestem chora. Umierałam tam zresztą z gorączką, po czym nastąpiło „cudowne ozdrowienie”. Ciężej mi było jednak te ulotki rozprowadzać. Ojciec, koniec końców, pomógł mi poroznosić ulotki, zamiast zrzędzić że za dużo wzięłam na siebie. W końcu zrezygnowałam z dalszego roznoszenia, ale do dziś pamiętam, jak jeździliśmy samochodem i wciskaliśmy to ustrojstwo, którego nikt nie czyta, wszędzie gdzie się da.

 

  • Wszyscy, którzy tak po prostu częstowali jedzeniem z domu w akademiku. Nie tylko przez pierwszy tydzień, ale co jakiś czas, gdy akurat jedzenia mieli więcej.

 

  • Pani, która na rynku wzięła mnie za rękę i pomogła w szukaniu mamy. Miałam wtedy pięć lat i nagle sprzed oczu zniknęła mi matka, a ja zaczęłam umierać z głodu, przed oczami mając perspektywę życia na ulicy w obcym mi mieście. Niewesoło, na szczęście kobieta zauważyła, że coś jest nie tak.

 

  • Te momenty, w których ustępowano mi miejsca w środkach komunikacji miejskiej. Nie wiem czy mam szczęście, ale zarówno w pierwszej, jak i drugiej ciąży praktycznie za każdym razem ktoś się podrywał. Często przepuszczano mnie też w kolejce, nawet ostatnio poproszono mnie do kasy w Biedronce, po czym jakiś chłopak w dresie zreflektował się i nieco za głośno krzyknął „O k**a! Kobieta w ciąży, sorry nie widziałem” – tak, to było strasznie fajne.

 

  • Mężczyzna, który podczas zbierania przez nas podpisów pod projektem ustawy podpisał się, a następnie kupił nam pół kilograma truskawek. Historia miała dalszy ciąg, bo mimo upalnego dnia, zjedliśmy tylko trochę. Podszedł do nas mężczyzna z plecakiem, pytając czy nie mamy czegoś do jedzenia. Spałaszował truskawki, jakby długo nic nie jadł, co po części było prawdą. Ten pan właśnie spędził pierwszą noc na ulicy po utracie mieszkania i zupełnie nie wiedział, co robić. Niestety, po skierowaniu go w miejsce, gdzie uzyskał „pierwszą” pomoc, już o nim nie słyszeliśmy.

 

  • Laborantka, ładne kilkanaście lat temu, która widząc, że płaczę i jestem roztrzęsiona po tym, jak jakiś dziad ofuknął mnie, że mu się wtryniłam w kolejkę, pocieszyła mnie i poleciła usiąść, po czym sama zajęła się sprawą. Bez niej musiałabym zapukać jeszcze w kilka miejsc, a przychodnia to stanowczo złe miejsce.

 

  • Pielgrzymka – ogrom bezinteresowności. Idziesz, idziesz, idziesz… i tak przez dni kilkanaście, a tu w jednej wsi wybiega kobieta i wciska nam jabłka do ręki, gdzieś indziej stoją dwie kobiety i kompot rozdają, nalewając co chwila do tych samych wyszczerbionych kubeczków. W innym domu miejsca prawie nie ma, ale dostajemy kawałek podłogi do spania, zamiast stodoły. Były też rodziny wyposażające nas w wałówkę na drogę, niosące nam walizki na miejsce postoju, no i oddające swoje najlepsze łóżka do spania. Ogólnie, oferowali co tylko mogli.

 

  • Współlokatorki, które po dwóch dniach podwyższonej temperatury, gdy wróciłam z zajęć na których musiałam być i położyłam się nieprzytomna, ugotowały mi pożywny rosół.

 

  • Koleżanka z akademika, która wpadła na chwilę do mojej współlokatorki, której nie było i widząc, że leżę sama i chora, zrobiła mi herbaty.

 

  • Lekarka, która po wystawieniu skierowania zadzwoniła do innego oddziału i wystarała się o najbliższy możliwy dla mnie termin, żebym mogła wyjaśnić sprawę choroby, która tak nagle ujawniła się w moim życiu. Pamiętam, że taktownie starała się nie zauważać, że co chwila wycieram łzy. Miałam wtedy 18 lat.

 

  • Sąsiadka. Stałyśmy z koleżanką przy ogłoszeniu o znalezionym przez kogoś psie. Pies był koleżanki i jako dziewięcioletnie dziewczynki, zupełnie nie wiedziałyśmy, co w tej sytuacji zrobić. Sąsiadka podpowiedziała nam, żebyśmy zerwały kartkę i pobiegły do rodziców. Niby tylko głupia rada, ale nie wpadłybyśmy wtedy na to. Ot, kawał troski, bo uspokoiła nieco sytuację. Pies następnego dnia biegał na podwórku.

 

  • Starsza znajoma, która tak po prostu zaproponowała mi w gimnazjum korki z angielskiego, wyciągając nieco z dołka spowodowanego różnicami programowymi po zmianie szkoły

I wiele wiele innych

Dużo tego? Możliwe, że znajdziesz więcej. Nawet jeśli nie myślisz o dniu, w którym skończysz te 30 lat. Nie wymieniłam wydarzeń związanych z najbliższą rodziną (poza tymi ulotkami), ale byłoby ich naprawdę sporo i właściwie nie wiedziałabym, co wymienić.

Podzielisz się swoimi momentami? 🙂