Namnożyło się w ostatnich latach panów w błękitnych koszulach, postawionych na bok kudłach i uśmiechem w photoshopie. Żeby dopełnić obrazu „nędzy”, lubią oni mówić nam, że będziemy tym, kim chcemy być, jeśli tylko wyjdziemy ze strefy komfortu i wykupimy u nich szkolenie. Nazywają się „kołczami”.

Coaching, czy też kołczing to bardzo ciekawe zjawisko. Jest sobie pan (czasem pani, ale to panowie wśród tych nieprofesjonalnych są bardziej widoczni), który niewiele umie. Psychologii nie skończył, podyplomowych z żadnego nurtu psychoterapii tym bardziej, podlegałby zresztą wtedy superwizji, a na co to komu? Ma więc swoje średnie wykształcenie albo studia z zakresu marketingu czy pijaru albo budownictwa okrętowego i bardzo chce pomagać ludziom. Ok, z tym pomaganiem to żartowałam.

Słyszeliśmy jakiś czas temu o kołczu, który kazał studentom SGH lać się po twarzach. Znaczy się, oczywiście nikt tu nikomu nie ma prawa nic kazać, natomiast nie wiadomo czy studentom taka wolna naparzanka się podobała czy też zostali w nią sprytnie wkręceni, w każdym razie już po chwili każdy sprzedał koledze plaskacza. Plus oczywiście swojego dostał. Wyłamała się z tego jedna dziewczyna, chyba zresztą jedyna na sali. Reszta waliła się srogo po mordach w rytm okrzyków „Pozwól sobie płynąć!”, „Przyjmij ból!”, „Zaakceptuj moment bicia!” i podobnych. Czego chciał dowieść śmiesznie ubrany pan, tego niestety nie zrozumiałam.

Czy to może być niebezpieczne?

O ile nikt nikomu zęba nie wybił albo nie skoczył do Wisły po tym, jak wyśmiało go pół internetu, raczej nie. Już raczej troszkę żałosne, ale przecież nie zabronimy nikomu być żałosnym. Czy kołczing może być niebezpieczny? Jakiś czas temu po Warszawie krążył koleś, który bardzo namolnie podrywał dziewczyny. Jak się okazało po zgłoszeniu faktu na policję, biedny chłopina był ofiarą kursów podrywania, gdzie kołcze za grube pieniądze pokazywały, jak zagadać do dziewki, by ta kipiąc żądzą, sama zaciągnęła delikwenta do toalety w Złotych Tarasach (obrzydlistwo. W żadnym centrum handlowym nie byłam w bardziej śmierdzącej toalecie). Kiedy nic takiego się nie działo, delikwent popadł we frustrację. Cała historia skończyła się dobrze, a na jaw wyszło, że podobnych kursów „miszczów podrywu” jest więcej.

Innym rodzajem kołczy jest ten, który z wyższością mówi nam, że możemy być tym, kim zechcemy, o ile oczywiście posłuchamy jego programów treningowych za tysiąc pińćset (nie żartuję, te programy naprawdę są w cenie, w której można wynająć dobre mieszkanie w Warszawie), wyjdziemy ze strefy komfortu (ulubione słowo panów w błękitnych koszulach) i zaczniemy żyć. Inaczej całe życie będziemy przegrywami spod Radomia (sorry Radom), którzy w życiu osiągnęli tyle, że w końcu matka sama się od nich wyprowadziła.

Czy rzeczywiście możemy być kim zechcemy?

Ominę rzecz jasna sytuacje takie jak chęć bycia fizykiem u kogoś, kto ma zdolności iście humanistyczne czy też chęć bycia księdzem u kobiet. Czy ktoś, kto mieszka w rozwalającym się domku gospodarczym i żyje dosłownie na chlebie z margaryną ma szansę otworzyć biznes bez niczyjej pomocy? Czy ktoś, kto pracuje na trzy etaty w fabryce za grosze żeby wyżywić rodzinę ma szansę zmienić swoje życie tak po prostu? Co z ludźmi, którzy się odważyli, nie spali po nocach, robili co mogli, żeby rozwinąć biznes, który teoretycznie miał szansę wypalić, po czym okazało się, że jednak nie wypalił i są bankrutami?

Czarne widzenie i w ten sposób nikt jeszcze do niczego nie doszedł, wiem. Nie piszę tego po to żeby przekonać kogoś, że nie warto próbować zmieniać swojej sytuacji, bo warto i jeśli tylko możemy, powinniśmy to robić. To czy zaryzykujemy, zależy trochę od naszej osobowości, bo jeden woli swój własny świat i swoje kredki i wie, że kredki sąsiada są może droższe, ale na dłuższą metę się nie opłacają, inny zaś będzie po trupach do celu szedł, żeby te kredki mieć. Co ma kołcz do tego?

Wiesz, co chcesz robić?

Nie wiesz. No właśnie, kołcz niby za grube pieniądze ma Ci pomóc do tego dojść. Jak? Za pomocą pytań, przy których zdasz sobie sprawę, że właściwie to uwielbiasz kolor pomarańczowy i zawsze ciągnęło Cię do łopaty, więc Twoim nieuświadomionym marzeniem jest założyć plantację marchewek. Nie chcę tu krytykować doświadczonych coachów, biorących udział w superwizjach, monitorowanych i szkolonych przez odpowiednie szkoły – nie o nich ten post. Choć  moim zdaniem, podobne rozwiązanie, z nieco lepszym pewnie skutkiem, może przynieść Terapia Skoncentrowana na Rozwiązaniach, poprowadzona przez doświadczonego psychoterapeutę. Niemniej jednak komuś innemu pomoże właśnie dobry coach. To jasne.

Zdaję sobie również sprawę z różnic między psychoterapią, a coachingiem. Problem w tym, że z tego co widzę w sieci, nie zawsze ogarniają ją kołcze.

Ja więc wybieram doświadczonego psychoterapeutę. A Ty?


Uwaga: tekst ironiczny, traktujący o „kołczach” za dychę, nie zaś o profesjonalistach, mających odpowiednie uprawnienia i rzeczywiście pomagających ludziom dojść z sobą do ładu 😉

Komentarze

komentarze