Czego ludzie nie zrobią, by usprawiedliwić swoje łakomstwo? Możliwości jest sporo i sama wykorzystałam wiele z nich, zaczynając od podjadania z lodówki rodziców i kłamaniu w żywe oczy, z pełną gębą serka, że ten serek co miał być na jutro nie ja zjadłam, a kończąc na… Nie. Możliwości właściwie się nie kończą.

Jedną z nich wykorzystał właśnie mój mąż, wpadając do domu i krzycząc „Ej! Chcesz zobaczyć, czym różnią się żelki Haribo od zwykłych? Bo kupiłem obie paczki”! Nie no, dwie paczki misiów. Nasz budżet to wytrzyma. Rosnące fałdki brzucha również. Skoro jednak przydarzyła się taka okazja, nie mogłam jej odpuścić! Miałabym zostawić Was bez informacji czy lepiej zainwestować w żelki Haribo czy też kupić zwykłe „noname”, pod którymi kryją się tym razem żelki Handy Candy? Wolne żarty! Zwłaszcza że od łakoci właśnie zaczął się mój blog. Nie wierzycie? Sprawdźcie!

A więc, poświęciłam się. Porównałam, pomacałam, a nawet… tak. Zjadłam. Co prawda niedużo, bo resztę paczki z narażeniem zdrowia zjadł mąż. Tyle wystarczyło, by podać Wam kilka informacji i podpowiedzieć, które żelki lepsze.

Skład

Jaki jest skład, każdy widzi. Oba opakowania kuszą „naturalnymi barwnikami” i sugerują, że miśki to nic innego, jak owocowe soczki, które przecież są zdrowe i powinno je pić każde dziecko. Chemikiem nie jestem, skład oceniam „na oko”, kojarząc nieco niektóre nieco bardziej szkodliwe związki. W żadnej z torebek nie widzę niczego, co miałoby nas zabić w przeciągu kilku lat. Oczywiście, jeśli tylko nie chorujemy na cukrzycę, bo cukry i syropki glukozowe są na pierwszym miejscu.

Wygląd

Wyjęłam, postawiłam obok siebie. Miś Haribo jest zbity, twardszy, ale i mniejszy. Miś Handy Candy nadrabia wielkością, jednak w dotyku jest trochę jak miś-alkoholik. Znacie misia-alkoholika? Są znane również w postaci pijanych miśków. Żeby je uzyskać, moczymy żelki Haribo w alkoholu i wkładamy do lodówki na kilka dni, mieszając co jakiś czas. Podobno dobre (podobno, bo gdy zrobiliśmy i mroziły się w lodówce, okazało się że jestem w ciąży). Wolałabym jednak, by przed „alkoholizacją” miś wyglądał nieco inaczej. Punkt więc dla Haribo.

Ale! Z kolei Handy Candy wygląda rzeczywiście jak taki pospolity miś, co by się go chciało wyściskać. Miś Haribo, w zależności od naszej wyobraźni, wygląda bardziej jak IT, który bardzo chce do domu albo dziwne zombie. Nic sympatycznego. Na szczęście jest zbyt mały, żeby mu się specjalnie przyglądać.

Smak

No ale słodycze nie są po to, by się im przyglądać albo żeby były zdrowe. To znaczy, fajnie oczywiście jeśli są, ale przejdźmy w końcu do najważniejszego! I tak w Handy Candy wyraźnie na prowadzenie wychodzi wyrazisty, nieco kwaśny smak.

A Haribo? Lekkie rozczarowanie. Owszem, są słodsze niż misie Handy Candy, ale mam wrażenie, że poza tą lekką słodkością nie czuję wiele. Taka galaretka, w której smakiem jest cukier, no i odrobina owocu, ale jak dla mnie, aromatu owocowego jest nieco za mało.

Z drugiej strony, jak zauważył mąż, który niekoniecznie zgodził się z moją opinią, lekkość smaku Haribo wychodzi na korzyść, gdy żelki są jedzone w większej ilości. Wtedy bowiem nie ma ryzyka, że „zemdli” nas od nadmiaru różnych smaków. Przy misiach Handy Candy, przyznam, takie ryzyko występuje.

Żelki Haribo czy inne?

Nie podałam jeszcze jednej istotnej cechy, która może wpłynąć na wybór jednej lub drugiej paczki z misiami. O cenie wolałam jednak na koniec. Marka musi kosztować, wiadomo. Akcje marketingowe same się nie zrobią, specjaliści od reklamy szczawiu i mirabelek jeść nie będą. Toteż żelki Haribo są około dwa razy droższe. Oczywiście, nie jest to rozrzut typu: jedna paczka – 25 zł, firmowe żelki – 50 zł, niemniej jednak dysproporcja cenowa jest.

Żelki Haribo czy inne? Które misie wybieram? Haribo czy Handy Candy albo inne mniej znanej marki? Wybór jest ciężki i wydaje mi się, że zawierzę chwili. Jeśli będę mieć ochotę na coś delikatnego w smaku, pewnie wybiorę Haribo. Osobiście jednak skłaniam się raczej ku „no name”.

A Ty? 😉

Komentarze

komentarze