„Znów wzięliście za chude modelki! Fuj, co za szczapy”, głosił komentarz pod zdjęciem pań prezentujących ubrania z najnowszej kolekcji. Wszystko byłoby nawet zrozumiałe, w końcu wygłodzone, umierające na wybiegu modelki powinny jednak odejść w zapomnienie. Te jednak wyglądały normalnie. Naprawdę!

Nie musiałam nawet patrzeć na zdjęcia komentującej kobiety, żeby domyślić się że z wagą również ma spory problem, tylko że w drugą stronę. Nie chcąc jednak kierować się stereotypem (ja? Skądże! ) spojrzałam i moja teza się potwierdziła. Drugi raz również. I kolejny.

Nie twierdzę, że przemysł modowy nie ma problemu z zatrudnianiem anorektyczek, które wymiotują tuż za sceną. Nawet się zresztą nie będę w to zagłębiać. Mimo niezliczonych kampanii i apelów, nadal w pismach i na wybiegach królują wieszaki – zbyt chude modelki, na których smętnie powiewa dziecięcy rozmiar. Gołym okiem widać, że jeśli nie nadczynność tarczycy to są to poważniejsze problemy i człowiek ma ochotę taką owinąć kocem i po ludzku zabrać na kebaba.

Tylko co z normalnie wyglądającymi modelkami?

Ja nawet odnoszę wrażenie, że problem się pogłębił. Jakby znów panie prezentujące ubrania stały się potwornie chude, co potęguje jakaś dziwna zgarbiona i wygięta poza, tak modna w ubraniowych katalogach. Ktoś rozumie, dlaczego i potrafi wytłumaczyć to pariasowi mody? Bo swetra, który widziałam na tak wygiętej kobiecie nie zaniosłabym nawet do pobliskiego Caritasu, a podczas wizyty w sklepie okazało się, że on naprawdę niezły jest. Tylko pokazany jakoś tak dziwnie.

To tylko dygresja, zwłaszcza że ten wygięty, anorektyczny styl odnosi się raczej do mody młodzieżowej, choć przyznam że to również jest przykre. A w pozostałej? Bywa różnie, ale raczej rozumnie. Fakt, że modelki są raczej szczupłe, absolutnie jednak nie składają się z samej skóry i kości.

Mimo to jednak co pewien czas natykam się na wyrazy oburzenia, że coś ta pani za chuda jest. I najczęściej zarzut podnoszą osoby puszyste. A włącza się wtedy we mnie taki wewnętrzny brzydki hejter (KLIK! Którym hejterem jesteś? ), każący stwierdzić, że z dwojga złego lepiej w tę stronę. Bo nie potrafię tego zrozumieć. Sama nie noszę rozmiaru 34, uwielbienie do słodyczy, dobrego jedzenia sprawiło, że pożegnałam się na zawsze z rozmiarami z grupy tych najmniejszych. Nie widzę jednak problemu. Czy naprawdę wszędzie musimy wstawiać modelki plus-size?

A może to odwracanie sytuacji?

W końcu długo wiele osób nie potrafiło zaakceptować mody dla puszystych, która prezentowana była przez kobiety „przy sobie”. Dodajmy, naprawdę śliczne kobiety. Tak samo śliczne, jak te z rozmiarami poniżej 36, bo każda z nas jest śliczna. I to nawet bez wina! Choć przyznam, że wino czasem się przydaje.

Dziś jednak możemy nawet pochwalić się poczytnymi blogami modowymi, prowadzonymi przez osoby plus size. Niektóre oglądam z przyjemnością, mimo że plus size na szczęście w tym momencie mnie nie dotyczy. Kto wie jednak, co będzie za dwie paczki lentilków? A może dobra dusza przywiezie hamburgery?

Tak, moda XXL długo dostawała po nosie. Nadal nie jest idealnie. Po co jednak robić drugiej stronie na złość? Po co wytykać normalnie wyglądającym szczupłym kobietom, że są za chude? Po co twierdzić, że „zbyt chude modelki” nie powinny z taką „chudością” reklamować ubrań? Że to promocja anoreksji? Przypomnę przy okazji, że rozmiar 56 również zdrowy nie jest. I nie wnikam czy ktoś się go nabawił, jedząc bez opamiętania czy też z powodu choroby. Po prostu nie jest to zdrowe, a mimo to panie z rozmiarem 56 reklamują ubrania, a nawet bieliznę. I nie widzę powodu, by się z tego powodu wzdrygać.

Może więc zostawić się nawzajem? Bo można, a nawet trzeba walczyć o to, by moda była różnorodna, by znalazło się w niej miejsca zarówno dla każdego rodzaju figury, czy to gruszka, jabłko czy galareta jak i dla każdej wagi – od chudej szczapy wyglądającej, jakby babcia nigdy jej nie karmiła, do tej, która wygląda jakby babć miała osiemnaście.


Daj się zaprosić na fanpage! 😉 

Komentarze

komentarze