Kilka dni temu mąż robił zakupy w sieci z uroczym czerwonym owadem w nazwie. Przy kasie okazało się, że oto znów wróciły naklejki, które po uzbieraniu odpowiedniej ilości można wymienić na Świeżaki – warzywne maskotki. „Pan naklejek nie zbiera?” usłyszał nagle od stojącej obok kobiety z dzieckiem. „Zbieram”, odparł jak zawsze uprzejmie mąż. „No… Bo moja córcia zbiera”, próbuje dalej kobieta. Tu już mężowi drgały kąciki ust „No rozumiem. Moja też”, starał się rozmowę uciąć. „Ale moja tak tu stoi”, nie daje za wygraną matka.

Przyznam, że nie mogłam powstrzymać się od śmiechu, kiedy najlepszy mąż na świecie wrócił z torbą zakupów i podzielił się niecodziennym dialogiem. Zaczęłam nawet się zastanawiać, gdzie składować kartkę z naklejkami. Portfel wydał się nagle mało bezpiecznym miejscem. Przecież ktoś może ukraść, zabrać kartkę, a resztę, łącznie z pieniędzmi odesłać. Półka w kuchni? Co jak przyjdą goście i zauważą? Rozważam więc kupienie sejfu na allegro.

No właśnie – karty z naklejkami i same Świeżaki stały się wdzięcznym tematem do żartów. Kilka dni temu w Pułtusku kobieta ukradła ze sklepu całą rolkę naklejek. Ponad tysiąc. Rozumiecie, to chyba cała kolekcja uzbierana za jedną wizytą! I jaka oszczędność nóg – tyle zakupów niezrobionych. Internety kipią od screenów, gdzie kobieta zgadza się na czynności seksualne w zamian za Świeżaka do kolekcji dla dziecka lub kłóci się z innymi matkami o naklejki. Najczęściej są to fejkowe screeny.

Temat do żartów?

Oczywiście, nie twierdzę że kłótnie o Świeżaki nie mają miejsca, bo jak najbardziej mają i sama je widziałam. Podobnie jak o inne przedmioty w grupach mamusinych, które są rozchwytywane. Wrzuć tam informacje o torbie ciuszków za darmo albo nieotwartym Bebilonie. Trzy pierwsze komentarze dodane trzy sekundy po wrzuceniu posta będą brzmieć „Pierwsza!!!!”. Dlaczego z naklejkami miałoby być inaczej?

Inną kwestią jest jakość maskotek. Szczerze mówiąc, gdy zobaczyłam je pierwszy raz, zaczęłam zastanawiać się czy nie oddać komuś kartki i tych durnych naklejek. Nie jestem wymagająca, ale naprawdę, w ciuchlandach znajdowałam dużo bardziej wartościowe okazy, niż świeżakową chińszczyznę (KLIK! Na co jeszcze poluję w ciuchlandach?).

Gdzieś przeczytałam, że zbieranie naklejek na kolejnego Świeżaka gwarantuje kolejny cel w życiu człowieka, a człowiekowi bez wyznaczonych celów żyć trudno. Tekst w zamyśle miał pokazać, jak to współczesny człowiek, a jeszcze dobitniej, współczesna matka czy ogólnie rodzic, nie rozwija się, zbierając zamiast elitarnych znaczków czy kwiatków do zielnika, durne naklejki na maskotki. Tylko czy na pewno?

Rzeczywiście, lubimy zbierać, kolekcjonować, chwalić się tym. Roczniki będące w końcówce lat 80′ być może pamiętają, jak biegały na przerwie z segregatorami i próbowały wymienić mizerne jasne karteczki z kratkami na błyszczące, brokatowe i grube kartki, które matki kupowały niechętnie, bo były drogie i w żaden sposób nie dało się po nich pisać.

No więc, dorośliśmy

Dziś mamy dzieciaki albo koty i pretekst, by znów móc coś zbierać. Czasem wychodzimy na idiotów, gdy kupujemy duperele za kilka złotych, żeby przekroczyć magiczne czterdzieści i zdobyć naklejki, sępiąc agresywnie pod kasą czy tocząc boje w sieci o pięć naklejek, które ktoś chce oddać dwa miasta dalej.

Jak wspominałam, Świeżaki nie są jakąś ostoją jakości wykonania. Mimo to sama dałam się ponieść fali, zwłaszcza że z poprzedniego „sezonu” został nam całkiem miły w dotyku pluszowy pomidor. Dziś więc mogę pośmiać się nieco z grażyn polujących na każdą naklejkę, choć czy bycie sępem to domena jedynie matek (KLIK! Zobacz jak sępią blogerzy!) czy może to sprawa bardziej ogólna? Mogę się pośmiać, ale zbieram sama. I nawet zdarzyło mi się mówić przy kasie, że chętnie wezmę naklejki, kiedy osoba przede mną ich nie chciała. Nie próbowałam jeszcze numeru pani z pierwszego akapitu, choć tak mnie rozbawił, że może kiedyś sama to powtórzę.

Dałam się ponieść i obawiam się, że źle to wpłynie na spokój w naszej rodzinie. Nie możemy się bowiem dogadać. Mnie ujęła borówka Basia i to ją widzę na półce z maskotkami obok pomidorka. Mąż natomiast nie widzi innej opcji, jak adopcja kalafiora Krzysia. Coraz bardziej obawiam się, że skończy się to przemocą domową. Jeśli więc zobaczycie w Wiadomościach pasek z napisem „Chciała wymusić borówkę Basię. Grozi jej dożywocie”, wspomnijcie o mnie.

A więc, zbieram. Jakoś trzeba sobie osłodzić coraz droższe zakupy.

Macie może niepotrzebne naklejki?

Komentarze

komentarze