Na początku wyjaśnię, że pytanie „za co lubię jesień” jest pytaniem kuriozalnym, bo ja uwielbiam ciepło! Ta pora roku, kiedy można w końcu przewietrzyć cellulit i skisłe w swetrze pachy jest tą najcudowniejszą, najulubieńszą! Ten moment, gdy słońce wali tak, że jesteś w stanie myśleć jedynie o tym czy masz wystarczająco dużo wody przy sobie, by dotrzeć do najbliższego sklepu i kupić nową, powinien zdarzać się codziennie.

Powinien, ale się nie zdarza i nawet taki ciepłolub jak ja wytwarza w sobie pewne mechanizmy obronne, mające na celu zaakceptowanie nowego stanu rzeczy. I chyba dobrym mechanizmem są przyjemne skojarzenia z daną porą roku. Gdzieś tam niejasno kołacze się myśl, że oto nadchodzi ten czas, kiedy po kilku miesiącach zimna będę niczym Bałwan z Krainy Lodu, śpiewać, omijając topniejącą pluchę „Lecz ja w końcu w słońcu stać mogę się najszczęśliwsza!” Do tej pory jednak jeszcze chwila. Chwileczka. Chwilunia.

A że każda pora roku niesie ze sobą przyjemne skojarzenia, jesień nie jest wyjątkiem. Wszyscy mówią, że to wiosna jest początkiem wszystkiego. Ja zaś polemizuję – zwłaszcza w naszym kręgu kulturowym wszystko zaczyna się jesienią! Szkoła, powrót do pracy po urlopach – nawet kalendarze często jest nam łatwiej prowadzić od września. Z czym jeszcze kojarzy mi się jesień i za co ją lubię, mimo że jest wobec mnie taka chłodna?

Czekanie

I wciąż się na coś czeka, prawda Kalino Jędrusik? Wakacje teoretycznie są czasem odpoczynku, z drugiej strony jednak chyba nawet największy nieuk nie może się doczekać tego, co go czeka w kolejnym roku szkolnym. Przynajmniej u mnie nic się potem nie zmieniło – kilka tygodni odpoczynku i pracując wakacyjnie lub opalając cielsko na trawie, myślałam jak będzie, gdy znów zawitam do akademika, przywitam się z ludźmi z różnych stron Polski, zacznę kolejne ciekawe zajęcia na studiach i wypiję nieco za dużo na akademickim korytarzu.

Co zabawne, czekanie nie skończyło się po studiach! Czekałam, aż jesienią zdejmą mi aparat i rozpocznę pracę, rok później czekałam na rozwiązanie innych ważnych spraw życiowych, następnie szykowałam się do jesiennego ślubu (polecam ślub jesienią!), na końcu zaś czekałam na pojawienie się dziecka. A potem… nagle przestałam czekać! Okazało się, że jesień nieoczekiwanie straciła magię pory, na którą czeka się przy okazji. Nic to, dzieci rosną, ani się obejrzę, a zacznie się szkolny obowiązek i będę znów czekać na jesień.

Jesienna moda

Pamiętacie wiosenny wpis o tym, co mnie przeraża w modzie (KLIK! To tutaj)? Dobra wiadomość jest taka, że już nie widuję lampasów. Mam również złą – wróciły szpice w bucie, którym przy moim rozmiarze stopy przy odpowiednim rozbujaniu nogi mogę nieźle kujnąć delikwenta z przodu w zadnią część ciała. Z daleka. Oprócz tego futerka, które mi się podobają, ale na kimś i szerokie spodnie. Szwedy, szwedusie, szwedunie! Coś, co gdy tylko pojawiło się w sklepie, musiałam mieć. Tak tęskniłam, wciskając dolną część gruszkowej figury w rurkopodobne kształty.

To jednak tylko dygresja, bo moda jesienna jest czymś zupełnie innym. Należą do niej puchate ciepłe swetry, poncha, a przede wszystkim kolory rudości, brązy, żółcie i inne odcienie ukradzione żywcem z gnijących na chodniku liści. Strasznie uwielbiam jesienną modę oraz ten okres, gdy bezkarnie mogę przebierać się za panią jesień i gdy w sklepach są właśnie takie ubrania. Czasem skutkuje to tym, że wiosną chodzę jak idiotka wśród kobit w wiosennych pastelach, bo w tych jest mi gorzej niż niedobrze. Tym się będę jednak przejmować wiosną!

A, zapomniałabym. W jesienny strój wliczają się ciepłe skarpetki. A w późnojesienny dodatkowo ciepły dres, sweter i termofor lub ogrzewacz na łapki. Proszę z tym nie dyskutować.

Zapach

Każda pora roku ma swój zapach . Lato pachnie lekką spalenizną, trochę geosminą, bo częściej jednak u nas leje. A jesień? Jesień pachnie grzybami, również tymi mikroskopijnymi, drobnymi, które unoszą się w powietrzu i powodują, że bez paczki chusteczek z domu nie wychodzę. Poza tym jeszcze mokrą ziemią i zgniłymi liśćmi. To taki zapach, który można poczuć w piwnicy, w której leżą jeszcze ziemniaki albo w starym zamku zwiedzanym na jesiennej szkolnej wycieczce. Niby człowiek nie chce tym pachnieć, ale już niuchać taki zapach lubi. To trochę jak z zapachem dobrego jedzenia.

A w domu? Jesienią też musi wonieć inaczej! Przecież to pora jesiennej herbaty, takiej rozgrzewającej, z imbirem, cytryną, cynamonem i innymi korzennymi przyprawami. To pora zajadania się piernikami, rozgrzewania grzanym winem. Tak, z pewnością, ale herbata najważniejsza. W sumie, jeśli ktoś miałby mnie pytać, za co lubię jesień, to w pierwszej chwili pewnie wymieniłabym tę herbatę. I to mimo że przecież piję ją cały rok!

I tak, łatwiej byłoby wymienić, za co jesieni nie lubię. Deszcze, coraz bardziej gołe drzewa, zimno i w dodatku jeszcze zimniej. Nie mam zamiaru zgrywać nawiedzoną optymistkę, która cieszy się z jesieni, bo za chwilę będę wściekła, że z dzieckiem na spacer wyjść się nie da. Póki co jednak – pora na jesienną herbatę!

 

Komentarze

komentarze