Pamiętam, gdy wkraczałam w wiek nastoletni i nagle wymieniłam ulubione pozycje w biblioteczce na nieco poważniejsze. Zawsze bardzo dużo czytałam i pewnie jeszcze opowiem o negatywnych stronach tego zjawiska. Tak, negatywnych. Dziś na szczęście czytam umiarkowanie dużo, a może nawet za mało. Nie o książkach dziś jednak, a o tym, po co nam wulgaryzmy w tekście. A może są całkiem niepotrzebne?

Wrócę jednak do tych książek, jakoś tak mi przy nich miło. Nie był to czas, gdy się je kupowało, zwłaszcza że czytałam na tony i musiałabym chyba zamieszkać w księgarni, a tak po prostu co tydzień brałam trzy albo cztery z biblioteki i pochłaniałam w domu. Nie był to również czas, gdy w bibliotece półki świeciły nowościami. Królowała Siesicka, Musierowicz, ale i książki, które pamiętała jeszcze moja matka.

Były to pozycje trudne, mocne i bardzo się je przeżywało, tak jak przeżywa się wiek nastoletni. Podobnie było z czytanymi po cichu książkami dla tych „bardziej dorosłych”. Autorzy budowali przekaz w sposób, który zostawiał ciary i zapisywał się na trwałe w pamięci. Niektóre z fragmentów tkwią we mnie do dziś. Między starociami jednak nieraz prześwitywały w bibliotekach nowości wydawnicze, czasem bliscy, współczując nastolatce z wiecznie za małym kieszonkowym, zakupili coś do mojej prywatnej biblioteczki. Potem jednak coś się zmieniło i pewnie kojarzycie ten moment, gdy przekaz zaczął być budowany przekleństwami, a wulgaryzmy w tekście zaczęły pojawiać się częściej od spójników.

Czyli Masłowska?

Nie mówię teraz o Masłowskiej, bo pewnie ona od razu rzuciła Wam się na myśl. Masłowska to jeden z objawów wulgaryzacji przestrzeni kulturalnej, która jakoś tak powoli następowała. Jeśli miał być konkret, jeśli sytuacja robiła się w historii skomplikowana, trzeba było podkreślić to kurtyzaną, męskim „genitaliem” czy chorobą, której przyczyną jest spożycie pokarmu lub wody skażonej Gram-ujemną bakterią (zgadniecie?). Tak jakby nie dało się inaczej przygwoździć czytelnika do siedzenia. O ile budowanie napięcia rzadko się nudzi, tak napięcie budowane panią sprzedającą swoje wdzięki po kilku razach przestaje być napięciem. Nudzi się, podobnie jak korzystanie z usług tejże szybko przestaje być ekscytujące.

Mimo to wcale nie tak rzadko trafiam na blogi, na których mięchem rzuca się dalej niż Włodarczyk młotem. I żeby to były małe blogi – jakiś czas temu zachęcił mnie clickbait znanej parentingowej blogerki. Ze wstydem przyznam się, że to ja jestem tą, która daje się złapać i nabija wyświetlenia clickbaitom. Tym razem wyjątku nie było. Otworzyłam, a tam kurka blada, rynsztok. Niby o dzieciach, niby o przyrodzie, o naturze, a czułam się przez to wszystko, jakby te dzieciaki miały mi za chwilę z petem wylecieć, a z pięknych okoliczności natury wychynąć „papierzaki”. Blog to znany, więc pewnie ludziom się to podoba. Mi nie.

A to sama nie przeklinasz?

Nie będę udawać świętej – przeklinam i to wcale niemało. Dziś przy dziecku zapędy hamuję, wcześniej kurtyzany i chędożenie we wszystkich możliwych odmianach leciały niczym pszczółki do piwa. Gdyby ktoś to spisał, wspomniana Masłowska nie wyrobiłaby z tworzeniem kontentu. Teraz, mimo że jest lepiej, do oazy spokoju potrafiącej zamienić przekleństwo na motylą nogę nieco mi daleko. Jeśli przejrzycie dokładnie posty, pewnie w tematach, które bardziej przeżywałam, znajdziecie jakieś „wzmocnienie”.

No właśnie – jedno, być może dwa. Czasem, jeśli tekst dotyczy tematu bardziej frustrującego, ciężkiego, nie kiedy piszę o kwiatkach na łączce. Nie widzę po prostu powodu, dla którego miałabym dodatkowo szpikować tekst damskim narządem rozrodczym czy innymi pikantnymi szczegółami. Nie twierdzę również, że wulgaryzmy w tekście zawsze rażą – znam książki, do których przekleństwa pasują i są ich integralną częścią. Znam również takie blogi, ale jest ich naprawdę niewiele. I umówmy się, raczej rzadko są to blogi parentingowe czy urodowe, a takie zdarzało mi się znaleźć. Aż wyobraziłam sobie, że któregoś dnia pokonuję moją niechęć do eyelinera, zakładam bloga kosmetycznego i piszę pierwsze zdanie „Witam, chciałam się k***a podzielić z wami najbardziej ch***ą szminką, jaką udało mi się znaleźć w tej p***ej drogerii”. Hm… Może jednak!

Poważnie jednak, pewnie osobom przebywającym ze mną zdarzy się usłyszeć, jak głośno komentuję moje nadepnięcie na rozsypane klocki i z pewnością nie będzie to komentarz: „Ojej! Jaka szkoda, że klocki te tak boleśnie wbiły mi się w piętę! Poskaczę sobie tu spokojnie z bólu.” Przekaz pisany jednak wolę bardziej kulturalny. W końcu nie bez powodu różni się on nieco od mowy potocznej.


Chcesz więcej? I bez wulgaryzmów? 😉 zajrzyj na fp Rozkminy Tiny

Komentarze

komentarze