Zawsze wkurzały mnie matki „idealne”. Wiecie, matka idealna to taka, która ogarnia piętrowy dom, dwumiesięczne dziecko, przedszkolaka i dziecko w wieku szkolnym. W międzyczasie pracuje, pisze bloga, kończy trzecią pracę magisterską i ma zawsze pomalowane paznokcie.

I pół biedy, jeśli ona po prostu taka jest. Nie, jest jeszcze jeden problem: matka idealna poza tym wszystkim ma jeszcze czas siedzieć w internetach. I gdy nie daj Boże zadasz tam pytanie sugerujące, że Twoje klocki, z których układasz życie, gdzieś się sypią i coś w układance niedomaga, ona fuknie: Ale JAK TO? Nie wiesz jak posprzątać chałupę, mając miesięczne dziecko, które chce wisieć na piersi? Ja z takim sprzątałam, robiłam zakupy, odprowadzałam dziecko do szkoły, pracowałam i chodziłam na zajęcia! Kwestia organizacji, no ale jeśli komuś się nie chce…

Matka idealna występuje w kilku wersjach, ale każda radzi sobie z bałaganem w życiu i jeszcze ma siłę chwalić się tym w sieci, a nawet bezczelnie pisać bloga o tym, jak lekko przeskakuje z macierzyństwa w karierę, zamieszczając dopracowane zdjęcia równie idealnych i dziwnie nieubrudzonych dzieci na placach zabaw. Przeciętny rodzic ogląda i zastanawia się, gdzie popełnił błąd. Czasem zastanawia się, w jakim sklepie można dostać takie baterie, a potem gdzie sobie wsadzić, żeby działać na podobnych obrotach.

Trąci to nieco sztucznością?

No właśnie. I ja nie przeczę, że matka idealna istnieje, sama zresztą takie znam, tylko do domu nie zapraszam z obawy, że pomylą z osiedlowym składzikiem. Jednak to, co widać w sieci, to tylko wycinek rzeczywistości i bywa, że ogarnięcie matek idealnych jest nieco na wyrost. I w odpowiedzi na tę sztuczność powstał front drugi.

Kojarzycie go pewnie. „Przewróciło się, niech leży!”, „Słów już nie mam na tego bachora, znów wrzeszczy! Wychodzę”, „Jestem tak śpiąca, że pomyliłam w pracy ekspres do kawy z laktatorem”. Matki nieidealne wyszły z cienia. Przyznały że nie radzą sobie z utrzymaniem porządku w domu, rodzicielstwo bliskości to dla nich jedynie kolejna strona w polubionych, która coraz bardziej bawi, a dziecko bywa wrzeszczące, brudne i złośliwe.

I niby dobrze, bo która z nas, przynajmniej czasem, nie odpuszcza? Niektóre mniej, niektóre bardziej, dla każdej z nas pojęcie porządku, bałaganu, marnowania czasu czy jego efektywnego wykorzystywania jest nieco inne. Nie każda ma ochotę zaharowywać się, by wyglądać jak Małgorzata Rozenek, zwłaszcza w momentach, gdy na głowie jest naprawdę dużo. Nie każda z nas chce udawać, że ma siłę i cierpliwość do dziecka, które właśnie kopie po piszczeli, bo nie dostało czekoladki. Żadna z nas nie chce czuć się winna w sytuacji, gdy w przedpokoju leży rozmazana czekolada, a my właśnie czytamy książkę albo czytamy głupie artykuły w sieci.

Przeginamy?

Próbując jednak pokazać, że mamy do tego prawo, chyba przegięłyśmy w drugą stronę. Bo owszem, mamy prawo mieć górę szmat na łóżku i wrzucić ją ostentacyjnie w sieć, z krzykiem, że mamy to gdzieś, bo i z tą górą ubrań jesteśmy przeszczęśliwi. Mamy prawo do tego, by Brajanek siedział nieprzebrany w bluzie upaćkanej czekoladą. Zwłaszcza jeśli podejrzewamy, że za chwilę upaćka się dodatkowo bananem i żal nam marnować kolejne ubrania. Mamy prawo stwierdzić, że dziś dzieciaka mamy dość, bo ten piątą godzinę leży i wyje na dywanie o zjedzone przez tatę frytki, a my ze stoickim spokojem malujemy paznokcie.

Do tego wszystkiego mamy prawo, ale czy nie nastąpił tu pewien przesyt? Pytam jako wzorcowy przykład nieogarniającego flejtucha, który bardzo ucieszył się z tego, że model idealnej i wszystkoogarniającej kobitki nieco odsunął się w cień, a wywyższająca się matka idealna ze sztandarowym hasłem: „to kwestia organizacji” została nieco wyciszona. Zwłaszcza że mając wokół siebie Kaszubki, które słyną z zamiłowania do porządku, czułam się dodatkowo dziwnie w realnym świecie, żeby jeszcze zbierać cięgi w wirtualnym.

Dobrze, że to zostało zmienione. Tylko dlaczego dzieje się to tak ostentacyjnie? Podobnie jak ostentacyjny był porządek, białe wnętrza i ubranie za pięć stów do piaskownicy. Teraz natomiast ostentacyjnie fotografujemy największy bałagan, rozbite w kuchni jajka, brudne dzieci i wszystko to, co pokazuje, jakie jesteśmy nieogarnięte. Nie po to, by pokazać prozę życia, bo mam czasem wrażenie, że i ten bałagan powoli robi się sztuczny.

Kto ma rację?

Nie mam pojęcia czy rację mają te, które twierdzą że ich dziecko od kołyski uczone jest czystości, dzięki czemu poradzi sobie w życiu i na studiach nie wywalą go z akademika za bałagan czy też racja stoi po stronie tych, które mówią, że ich dzieci są szczęśliwe, bo jedzą z podłogi, babrają się w kałużach, a one same nie marnują swojego życia na sprzątanie. Wiem, z czym ja jestem szczęśliwsza.

Cieszę się, że powstała alternatywa, w której się odnajduję. Tylko czasem mam wrażenie, że gdybyśmy nawzajem dały sobie żyć, nie fukając wzajemnie: „kwestia organizacji!”, „Twoje zainteresowanie to jedynie sprzątanie!”, byłoby tak jakoś łatwiej.

Z drugiej strony, nie byłoby tak wesoło!


Więcej znajdziesz na fanpage’u. Zapraszam! 😉 Rozkminy Tiny

Komentarze

komentarze