Mamy XXI wiek. Zdanie „ma boleć” jakoś coraz słabiej przechodzi nam przez gardło. Dbamy o to, by nas nie bolało albo przynajmniej bolało jak najmniej. Istnieją nawet poradnie leczenia bólu, (inna sprawa, że kolejki do nich są takie, że jeśli przedtem nie zejdziesz, to może Ci pomogą), a znieczulenie u stomatologa staje się standardem. Ba, nawet bardziej bolesne zabiegi kosmetyczne coraz częściej robione są tak, by nie bolało.

I tak próbujemy sobie w tym naszym dorosłym życiu unikać fizycznego cierpienia. Wiadomo, po pierwsze zostaje psychiczne, po drugie nie zawsze się udaje, choć czasem jesteśmy sami sobie winni (kiedy ostatnio byłeś na przeglądzie stomatologicznym?). Czasem zaś trzeba swoje odcierpieć, o czym boleśnie przekonuję się, czekając cierpliwie trzy tygodnie z „pilnym skierowaniem” na wizytę u laryngologa. Jeśli jednak mamy porównać nasze czasy z czasami naszych rodziców czy choćby babć, myślę że boli mniej. Walczymy o to również u lekarzy różnych specjalności.

Jest jednak grupa, która nie walczy. To grupa małych dzieci, tych które nie zagrożą napisaniem skargi na bezmyślnego lekarza czy źle zarządzany szpital. Nie opiszą w sieci swoich przeżyć, a gdy będą chciały uniknąć bolesnego zabiegu, zostaną siłą przytrzymane przez personel. Są dziećmi, więc przecież można. Jak więc się okazuje, na dzieciach wykonywane są zabiegi, które dorosłego przyprawiłyby o ciarki, w znieczuleniu jedynie miejscowym. Mowa tu choćby o zabiegu biopsji szpiku kostnego.

O co dokładniej chodzi?

Opublikowano bowiem artykuł, który opowiada o matce pytającej się o rodzaj znieczulenia przy takim postępowaniu (klik). Okazało się, że o ile w kilku ośrodkach w Polsce można liczyć na leczenie dziecka tak, by bolało go jak najmniej, tak w innych znieczulenia ogólnego się odmawia. Bo tak. Bo niewygodnie. Bo trzeba czekać na anestezjologa. Bo dziecko nie wywalczy. Czasem wywalczy rodzic, ale przecież i on czasem nie wie, że może. A jeśli walczy, słyszy od lekarza, że to efekt białego fartucha, że dziecko się boi, że to dlatego że matka nie przytulała go dostatecznie mocno. Nie żartuję. Wciska się bez ogólnego znieczulenia igłę w jamę szpikową i oskarża się matkę, że dziecko głośno krzyczy, bo brakuje mu matczynej miłości. Chce Wam się przeklinać? Bo mi tak.

Przeczytałam też wypowiedzi rodziców, gdzie opowiadali oni, jak krzyki, histerię i płacz dzieci niosły się po całym oddziale. Jedna z kobiet wspominała, że jej córka po takim zabiegu była agresywna i nie dało się jej uspokoić. Czy to kogoś dziwi? Mnie nie. Jeśli zadaje się ból, agresja jest naturalną reakcją na niego. Dorosły też wali w zęby, jak go biją. Inna kobieta zaś opowiedziała, że pielęgniarka wręcz kładła się dziecku na plecach, żeby unieruchomić ciało i wykonać zabieg. Czy to da się jakoś skomentować?

I rozumiem, że czasem nie można inaczej. Organizm nie da rady, istnieją różne przeciwskazania, jak uczulenia, być może inne przebyte ostatnio zabiegi. Najczęściej jednak, jak się okazało, gdy informacja przedostała się do opinii publicznej, da się wykonać zabieg w znieczuleniu ogólnym. Można zrobić coś, by uniknąć sytuacji, gdy dziecko przeraźliwie krzyczy, wijąc się z bólu. Ja trochę nie potrafię tego zrozumieć. Wiem, że lekarz musi mieć nieco stępione współodczuwanie, wielu z nich styka się z takimi sytuacjami, że gdyby brali cierpienie każdego człowieka do siebie, z pewnością po dwóch latach pracy mogliby solidarnie odejść na wspólną emeryturę w pokoju bez klamek. To jasne, ale żeby wbijać dziecku w kość igłę i patrząc na tak wielkie cierpienie, do tego móc w tym cierpieniu ulżyć i nie zrobić tego? To mi się w głowie nie mieści.

Dzieci same się nie obronią

A przecież i nam, dorosłym nieraz ciężko wyegzekwować leczenie bez bólu. Znieczulenie do porodu? Można zapomnieć, wciąż egzotyka w polskim szpitalu, a do tego jeszcze zostaniesz zmieszana z błotem, bo przecież tyle kobiet urodziło bez, a Tobie się luksusów zachciewa. Przy czym przecież znieczulenie porodowe czasem potrafi zaburzyć akcję porodową, rozumiem więc obawy lekarzy oraz wielu matek. Rozumiem, ale nie popieram ograniczenia dostępności. Dwadzieścia parę lat temu w pobliskim szpitalu krążyła anegdota o lekarzu, który bez mrugnięcia okiem odkażał rany poporodowe jodyną. Laliście kiedyś jodynę na otwartą ranę? Przestał, gdy przyciął się nieco rozporkiem i stwierdził, że i sobie odkazi. Nagle empatia wróciła. Czyli da się.

Czasem bólu nie unikniemy. Dziecka również od niego nie uchronimy. Pamiętam, jak na oddziale położniczym robili badania przesiewowe i kłuli Młodą w piętę taką grubszą nieco igłą. W tym samym czasie położna przyszła mierzyć mi ciśnienie. Nie pamiętam, jakie miałam, ale mąż się śmiał, że nigdy jeszcze nie widział u mnie tak wysokiego wyniku, a jestem niskociśnieniowcem. W każdym razie, czasem trzeba ból przetrwać, przeżyć. Dziecko również musi, a my możemy tylko być z nim i pomagać.

Po co jednak fundować go, jeśli można złagodzić albo nawet uniknąć? Naprawdę nie można się postarać i załatwić anestezjologa i salę, jeśli chodzi o ból tak przeraźliwy?


Chcesz więcej? Polub fp: Rozkminy Tiny!

Komentarze

komentarze