Przyznaję, że nie jestem osobą, która lata jak nawiedzona po wszelkich możliwych muzeach i galeriach sztuki. Ja nawet podziwiam takie osoby i uważam, że jak najbardziej warto, ale sama niestety jestem typowym nieukulturalnionym prymitywem, który do muzeum zajrzy sobie od czasu do czasu, najczęściej przy większej okazji. W czasie studiów było z tym trochę lepiej, bo człowiek pozował na wszechstronnie doinformowanego, oczytanego i wszystkowiedzącego w każdej kwestii. Kilka lat po studiach człowiek godzi się ze swoim wewnętrznym buractwem i już nie udaje.

Czymś, co jeszcze bardziej mnie odstrasza, a z malutkiego kręgu moich znajomych wynikłoby, że nie tylko mnie, jest szeroko pojęta sztuka współczesna. I jasne, zapewne w każdej epoce była taka wyśmiewana przez ignorantów „współczesna sztuka”, na której znali się tylko „ci wielcy ludzie”. Ilu to artystów zostało docenionych dopiero po śmierci? Mam jednak wrażenie, że tak uparcie nie chcemy znów powtórzyć tego błędu, że zawczasu doceniamy wszystkich, którzy wymyślili coś dziwnego.

Nie jest tak, że nie próbowałam! Pod koniec studiów nawet udałam się do toruńskiego przybytku takiej sztuki. Byłam tam przedtem na wystawie World Press Photo, a nawet na kilku filmach i pełna ufności, że i tym razem nie zrobią mi krzywdy, poszłam tam ponownie. Zwłaszcza że z okazji Nocy Muzeów było za darmochę.

Czego student może chcieć więcej? Ano właśnie. To była pułapka.

Przy wejściu czekały na nas ubrane na czarno chude panie, które buczały do jakichś rurek. Podrapaliśmy się w zadumie po brodzie, żeby wyglądać na takich, do których przemawia to, co panie chciały przez to przekazać. Być może było to głuche wołanie o pomoc, a może chodziło o przemijanie. Nic to, idziemy na górę, gdzie odbywa się wystawa właściwa. Miał być szeroko pojęty „body art”, który zinterpretowałam sobie jako być może artystyczny body painting, może delikatną i subtelną erotykę. Co pojawiło się zamiast tego?

Przy samym wejściu było wielkie pudło z napisem „Pokaż mi moje, a ja Ci pokażę swoje”, do którego można było wejść. Zaintrygowało mnie, ale stchórzyłam i nie weszłam. Moje tchórzostwo okazało się błogosławieństwem, gdyż w tym pudle stał koleś, pokazujący delikwentowi… No właśnie… Swoje. Dalej miałam okazję obejrzeć zdjęcia pary gejów, którzy tak się w sobie zakochali, że sczepili się brodami za pomocą szydełka. Przyznałam, że urocze i po zrobieniu dwóch kroków obejrzałam film, na którym mężczyzna pochylony machał radośnie jajkami. Kamera zarejestrowała jajka od tyłu, żeby było bardziej artystycznie, bo jak wiadomo, machanie jajkami zarejestrowane od przodu to Borat, cebula i żaden tam artyzm. Mój towarzysz miał już dość i wcale mu się nie dziwię, ale w nadziei chyba na nutkę normalności albo z powodu niezdrowej ciekawości (ok, raczej to drugie) nie wybiegłam z krzykiem. Dzięki temu zobaczyłam duże zdjęcie zrobione ze zdjęć ginekologicznego porno kobiety, która przez setki aktów zarejestrowanych genitaliów podczas aktu seksualnego wyrażała siebie. Dzięki temu filmik z kobietą, która ciachała sobie rysunki na szanownej nie był dla mnie szokiem. „Body art” jak w mordę strzelił. Jeszcze tylko film z kobietą, która obwijała sobie ciało bandażem, co było chyba najbardziej estetycznym doznaniem wieczoru i mogliśmy wyjść z budynku, słysząc wokół zniesmaczone głosy innych gości. Bardzo zniesmaczone.

Ale to nie koniec!

Bo przy wejściu nie buczały już czarne panie. Stały dwie drabiny, podtrzymywane przez mężczyzn i jeden z nich, ubrany w obcisłe różowe szorty powoli próbował przejść z jednej drabiny na drugą. Kiedy zobaczyliśmy, że kolesiowi ze skupienia aż stanął, ryknęliśmy sobie radośnie, zapewne psując podniosłą atmosferę performance’u i poszliśmy do innego muzeum, oglądać cymelia biblioteki uniwersyteckiej. Jeszcze nigdy inkunabuły i starodruki nie wydawały się nam aż tak interesujące! Poważnie, przeprosiłam się z nimi i pożałowałam, że kiedykowiek wydały mi się choć trochę nudne.

Czyli już nie można inaczej? Sztuka się opatrzyła i nie przyciągniemy jej fana, jeśli nie będziemy strzelać jajkami z pochwy i zakopywać się w ogródku łyżeczką, wrzeszcząc na cały Kraków? Jasne, trzeba szokować, rozumiem. Tylko czemu w taki sposób? Nie można zaszokować jakością?

Tak jak mówię, ze sztuką mi ostatnio nie po drodze, ale jakiś czas temu zamieściłam na fanpage’u filmik o dziełach Benjamina Shine’a, który swoje prace tworzy za pomocą tiulu i żelazka. I tak powstają portrety i figury, śliczne zresztą. I wiem, sztuka nie musi być „śliczna”. Tylko czy ma na siłę przypominać taniego pornola?

Zapewne nie musi, na co wskazuje fakt, że nawet szukając zdjęcia obrazującego treść artykułu, trafiałam głównie na bardzo ciekawe przykłady. Tymczasem, wolimy mówić o kobiecie walącej jajkami z pochwy. Dlaczego?

Komentarze

komentarze