Spotkanie blogerskie blisko mojego miejsca zamieszkania! Nie mogłam się nie zainteresować. Zwłaszcza że z racji dzieciowego stanu z dłuższych eskapad jestem raczej wyłączona. A tu proszę, rzut kamieniem – to co miałam nie skorzystać?

Dlaczego to zrobiłam? Powody są dwa i myślę, że większość z nas ma podobne. Po pierwsze, chciałam poznać resztę dziwnych ludzi, którzy mają świra na punkcie pisania. Jest nas niby niemało, powoli do grupy studiujących prawo i ćwiczących crossfit dzielnie zaczynają dołączać piszący blogi. Z drugiej strony, najczęściej nie chodzimy po ulicy z plakietkami „bloger”, wykrzykując radośnie na widok kogoś, kto również taką plakietkę posiada.

Drugim powodem jest chęć dowiedzenia się czegoś nowego. I jak z pierwszym punktem problemu nie ma, tak tu bywa różnie. Zdarzało mi się już, że siedziałam i słuchałam jak prelegent z miną mistrza Yody perorował „Po prostu MUSISZ jakoś zaplanować sobie ten czas, żeby mieć kiedy pisać”, a ja reagowałam z kolei miną a’la Nicolas Cage „No shit Sherlock!” Wiem również od innych, że podobnych spotkań, na których nikt jeszcze niczego się nie dowiedział, trochę jest. I nie jest to absolutnie „Spotkajmy się w Gdyni”, o którym tu mowa.

W takim razie, co to za spotkanie?

„Spotkajmy się w Gdyni” jest, jeśli wierzyć facebookowi, spotkaniem blogujących mam. Jednak znalazły się wśród nas i bezdzietne dusze. A choć biegające podczas przerw maluchy tworzyły cudowną atmosferę, nie wspominając o niemowlaczkach, cieszyłam się osobiście z dnia bez dziecka. Ot, matka zrobiła sobie wolne. A żeby było jeszcze ciekawiej, Gdynia tym razem w końcu objęła swoim zasięgiem Rumię, gdyż spotkanie odbyło się w rumskim hotelu Faltom.

Zaczęło się bardzo nietypowo, bo od live’a. Jak się okazało, Lena Murawska, która opowiadała o planowaniu oraz organizacji w blogowaniu, nie mogła się pojawić. Od czego jednak nowoczesne technologie? I tak Lena nie odpuściła, mówiąc nam o priorytetach, które każda z nas musi sobie ustalić. Bardzo dobra prezentacja, z którą można było się chwilami nie zgadzać, ale która zmuszała do myślenia i zostawała w pamięci.

Potem o instagramie opowiadała Joanna Gwizdała z Made by Gigi. Jako że staram się nieco ogarnąć warsztat fotograficzny, a efekty tego możecie nieraz śledzić właśnie na insta, chciałam dowiedzieć się czegoś o samym medium społecznościowym, które ogarniam nieco po omacku. Powiedzieć, że Joanna Gwizdała konkretnie opowiedziała o tym, z czym co się je, to jak nie powiedzieć nic. Po prelekcji wyszłam wręcz z przeświadczeniem, że teraz, z taką wiedzą instagram jest mój i ściele mi się do stóp! To znaczy… Może ścieliłby się, gdybym umiała robić te zdjęcia, ale teorię już mam opanowaną! Poważnie jednak, brakowało mi tej wiedzy. No i przedstawione kruczki fotograficzne są wręcz perełką.

A potem… przerwa

Po dwóch prelekcjach nadszedł czas na licytację. W skrócie: sponsorzy dają fajne rzeczy, które koniecznie musimy mieć, my je licytujemy, a pieniądze idą na Gdyńskie Hospicjum Bursztynowa Przystań. Taki trochę materializm w słusznej sprawie. Muszę przyznać, że nie doceniłam koleżanek, które jak lwice walczyły o każdą z rzeczy! Ledwo udało mi się ustrzelić książkę „Zadziwiające losy wyrazów”. Młoda niestety musiała obejść się smakiem, bo o książeczki dla dzieci walka była zacięta – co w sumie bardzo cieszy. Nie wiem do tej pory, ile udało się uzbierać, ale domyślam się, że nie jest to mała kwota. Fajnie że przy okazji da się zrobić coś dobrego.

Licytacja przeciągnęła się i trwała również po obiedzie. Zaraz po niej na scenę weszła Elwira Piwowarska z Wirtualnej Polski, opowiadając o tym, jak przykuć Waszą uwagę, czyli jak pisać ciekawie, bez nudzenia (To czemu nie zaczniesz od dzisiaj?! – pewnie zapytacie), tak by dało się to czytać. Po raz trzeci już, bardzo merytorycznie i konkretnie. Zero lania wody, mnóstwo opcji, konkretna zachęta żeby się poprawić.

Na koniec Dorota Patzer mówiła o Twitterze i było ciasto – ale ja już tego nie doczekałam. Trochę szkoda, bo po pierwsze, właśnie założyłam konto na Twitterze, na które zapraszam (KLIK!), po drugie, wiecie jak boli mnie rezygnacja ze słodkości, a głupio było mi jeszcze prosić organizatorki, żeby wysłały mój kawałek pocztą.

Da się? Da się!

Jeśli ktoś będzie twierdził, że nie da się zrobić merytorycznego spotkania dla blogerów, z pewnością przedstawię przykład Żanety z „Mother and Son” i Marty z „Rudym spojrzeniem„, które dokonały naprawdę trudnej rzeczy. Wyszło na to, że choćby człowiek chciał się przyczepić, naprawdę nie miał do czego. Piszę się więc bez lęku na kolejną edycję.

Przy okazji dziękuję również sponsorom, dzięki którym to spotkanie mogło wyglądać tak jak wyglądało. Firmom Ziaja (aż dziwne, że nie miałam jeszcze okazji wypróbować tej serii! Lecę nadrabiać zaległości), Love Domowe i Bodymax za miłe niespodziewajki dla uczestniczek. CutitnowJuicy ColorsHeyday GroupZielonej Sowie, Novae Res, Eneduerabe I Qameleo dziękuję za udostępnienie produktów, dzięki którym mogłyśmy wydrapać sobie oczy podczas licytacji. No i hotelowi Faltom za dach nad głową. Dziękuję również firmie Cake By Me za tort, którego zdjęcia właśnie oglądam i czuję ssanie w żołądku. Mimo że go nie jadłam, a może właśnie dlatego. Pozostałe podziękowania lecą do animatorki Radocha, która dzielnie zajmowała się maluszkami oraz dla firmy „Próg Życia”.

Na koniec dziękuję raz jeszcze organizatorkom oraz prelegentkom: Lenie Murawskiej, Joannie z Made by Gigi, Elwirze Piwowarskiej oraz Dorocie Patzer. I pozdrawiam resztę uczestniczek:

Komentarze

komentarze