Sto miliardów komórek! To mało czy dużo? Tak pytam, bo właśnie dowiedziałam się, że z tylu mniej więcej zbudowany jest nasz mózg, gdy drogą narodzin lub „wydobycin” opuszczamy matczyne łono. W wielkim skrócie jednak, nie tyle ich liczba ma znaczenie, co połączenia między nimi, zwane synapsami. To one decydują, ile zapamiętasz z tego, co Ci tu napisałam.

I to mimo że wiedza będzie czysto subiektywna! Bo tak, będzie o nauce i o tym, w jaki sposób zapamiętywać to, co chcemy zapamiętać. Jakie są sposoby na naukę, po której rzeczywiście można coś skojarzyć. Tyle że nie sięgnę do grubiutkich opracowań doktorów psychologii, medycyny i innych magów, których i tak nie zrozumiem, podobnie jak nie zrozumiecie ich Wy. O nie!

Będzie o tym, w jaki sposób uczyłam się ja i jak doszło do tego, że udało mi się skończyć najpierw wcale nie najgorsze liceum, następnie zdać maturę, a na końcu obronić się na uniwerku. Kurczę, z dziesięć lat temu pewnie bym Wam tym troszkę zaimponowała.

W każdym razie lojalnie ostrzegam – niektóre z tych sposobów są, delikatnie mówiąc, kontrowersyjne. I wcale nie twierdzę że sprawdzą się u Ciebie. Jeśli jednak jesteś dziś przyparty do muru i chcesz spróbować czegoś nowego, zapraszam! Oto moje siedem sposobów, by jakoś zapamiętać ten dziwny materiał, który masz przed sobą. Co masz do stracenia? Przecież i tak wolisz robić cokolwiek, niż się dziś tego uczyć.

Mnemotechniki

Pod tą mądrze brzmiącą nazwą kryją się te wszystkie sposoby na naukę, które ułatwiają nam zapamiętywanie i szybkie przypominanie sobie informacji. Wiecie – tworzenie wierszyków, skrótów z pierwszych liter tego, co mamy zapamiętać, itp.

Tej metody używałam wtedy, gdy do zapamiętania miałam nie definicję czy ogólne pojęcie o sytuacji, ale kiedy musiałam wykuć rządek jakichś dziwnych nazw, po kolei. I tak, do dziś pamiętam, jak uczyłam się na dydaktykę. Nawiasem mówiąc, jeśli da się umrzeć z nudów, to wtedy byliśmy całkiem blisko. W każdym razie, do zapamiętania mieliśmy przeróżne taksonomie, cele kształcenia i takie tam. Jedną z nich była dziedzina emocjonalna taksonomii Blooma,  podzielona na pięć etapów: recepcja, działanie, wartościowanie, organizacja, wybór systemów wartości.

Tymczasem, cztery piętra niżej, na parterze akademika, dobytku pilnowała Wiecha – legendarna recepcjonistka, która swoim image’em kobity ponurej, rzucającej w nas kluczami i wiecznie niezadowolonej oraz delikatnie mówiąc, zaniedbanej, wpisała się na stałe w akademickie klimaty. I tak w pokoju wymyśliłyśmy sobie, by zapamiętać tę nieszczęsną taksonomię wyobrażeniem, że Wiecha w „recepcji” „działa”, „wartościuje”… I tak dalej, każdy podpunkt podpierając naszą wizją, co też ta Wiecha teraz tam wyprawia. Podziałało. To chyba jedyna taksonomia, którą kojarzę do dziś. Nie wiem, po co.

(KLIK! A może chcesz się dowiedzieć, gdzie lepiej mieszkać na studiach?)

Lampka wina

Wiąże się z nią ciekawa historia, jak przed mega ciężkim sprawdzianem poszłam na kieliszek wina do pobliskiego Manekina. Kilka dni później, gdy w przeciwieństwie do kilku innych osób udało mi się zdać, dowiedziałam się że „taka to sprawiedliwość – inni się uczą i oblewają, a taka Tina chleje przed egzaminem i wszystko zdaje”. Chyba nie wyjaśniłam wtedy tej sprawy, więc drodzy współstudiujący – jeśli to czytacie, dementuję plotki. Nie chlałam… Przed egzaminami.

Przede wszystkim – lampka wina jak najbardziej, ale nie przed każdym testem. Najlepsza jest przed tymi kreatywnymi, niezbyt pewnymi i niełatwymi. Kojarzycie może, to są te egzaminy, co do których nie wiecie, z czego tak naprawdę są, zwłaszcza że wykładowca na zajęciach wdawał się w niezrozumiałe filozoficzne dywagacje. Humaniści wiedzą, o czym ja mówię. Szczególnie takie „niewiadome” lubią dziekani i prodziekani.

Warto wtedy oczywiście solidnie się przyłożyć, poczytać nieco, a wieczór wcześniej wypić dla odprężenia tę lampkę. Nie dwie, nie trzy i nie butelkę. Jeden kieliszek sprawiał, że bez bólu głowy, odprężona i pewna siebie szłam na egzamin z prodziekanem, nie przejmując się, że prawdopodobnie go nie zdam. Do tej pory nie wiem, jak to się udało, że jednak zdałam.

Nauka do późnej nocy

Pamiętacie te wszystkie dobre rady, które powtarzali nauczyciele, a za nimi mamusia, babcie, ciocie i reszta, że przed egzaminem należy się solidnie wyspać? Do tej pory nie wiem, kto wpadł na tak szkodliwy pomysł. Bo poza egzaminami takimi, o jakich pisałam wyżej, sen raczej mi nie pomagał.

Wręcz przeciwnie. Uczyłam się do oporu, siedząc, kując, pijąc… zaraz napiszę, co pijąc. No i jedząc. Podczas sesji nawet taka studencka chudzina jak ja nieco się zaokrąglała. Spać szłam, kiedy już konkretnie zasypiałam nad notatkami, czasem 3-4 godziny przed egzaminem.

Zmęczenie powodowało, że stres uciekał, bo nie miałam siły o nim myśleć. Moje siły były nakierowane na komendę: napisz to, co wiesz i leć spać! Toteż pisałam, zwłaszcza że z wiedzą byłam na świeżo, ucząc się dosłownie kilka godzin wcześniej. Pisałam, oddawałam kartkę i… Najczęściej odechciewało mi się spać. Ot, złośliwość układu nerwowego.

Energy drink

Promotorzy zdrowej diety jej nienawidzą! Podała sposób, w jaki sposób zdobyć wiedzę za pomocą… [sprawdź!]. Poważnie jednak, nie jest to sposób, z którego można być dumnym i przyznam szczerze, że stosowałam go głównie na pierwszym roku, gdy próbowali nas nieco odsiać kilkoma „kobyłami”. Potem do energy drinka wróciłam już pod koniec studiów, gdy łączyłam naukę z pracą i znalazłam taki o przyjemniejszym składzie.

Plusy? Pozwala nieco dłużej nie spać, a „przećpanie” następnego dnia pomagało zwalczyć stres, zwłaszcza w połączeniu z niewyspaniem. Kojarzycie ten stan, gdy mnóstwo kofeiny schodzi Wam z organizmu? Ciężko uwierzyć, że z takim „kapciem” w gębie najlepiej się pisze egzamin, ale to prawda. Przynajmniej u mnie. Uwaga! Dotyczy egzaminów pisemnych. Na ustny lepiej jednak nie wyglądać, jakbyśmy właśnie wrócili z trzydniowej popijawy.

Czytanie wcześniej notatek

Wiem, zabijesz mnie śmiechem. To przecież takie oczywiste! Gdybyśmy powtarzali materiał co wykład, nie mielibyśmy problemów ze zdaniem egzaminów? No shit, Sherlock! Już widzę u Was minę a’la Nicolas Cage.

Prawda jest taka, że choć to jeden z najskuteczniejszych sposobów, jakie wymyślił świat, po wykładach, ćwiczeniach i zjazdach mamy tysiąc pińćset sto dziewięćset innych zajęć, które musimy wykonać. Są jednak takie zajęcia, które interesują nas bardziej – może wykładowca jest strasznie zabawny i chcemy przeczytać przy okazji anegdotki, jakie wynotowaliśmy? Miałam tak, gdy uczyłam się psychologii klinicznej. Nie dość, że temat ciekawy, to jeszcze prowadzący wykład był jedną z ciekawszych osobistości. Wystarczyło przeczytać przed egzaminem jeszcze dwa razy i nawet kuć nie trzeba było.

Rozmowa o materiale

A może jesteś tym szczęśliwcem, który mieszka z ludźmi z roku w akademiku albo mieszkaniu studenckim, bądź też przyjaźni się z nimi na tyle, by usiąść i na spokojnie omówić materiał? Warunek jest jeden: jesteś pewien, że będziecie się uczyć i że jest z Wami ktoś, kto będzie o tym przypominać, nawet jeśli Baśka nagle przypomni sobie o swoim arcyważnym zawodzie miłosnym, a Jurek bąknie, że mu kanarek zdycha.

Taka rozmowa jest o tyle fajna, że przydaje się przed różnego rodzaju egzaminami, od tych polegających na odpytkach z definicji, po te bardziej kreatywne. Po prostu rozmowa przybierać może inne formy. Naprawdę wiele z tego zostaje w głowie.

Ściągi

Przyznam Wam się do czegoś: nie, nie do ściągania, choć i epizod ze ściąganiem mam za sobą. Dumna nie jestem, mimo że pomijając historię w liceum, ściągałam głównie podczas egzaminów polegających na podawaniu pięćdziesięciu nieprzydatnych do niczego definicji. Dla wielu z Was pewnie nie jest to usprawiedliwieniem i nawet się z tego cieszę.

Ja przyznam się do czegoś inego: jestem wzrokowcem. Takim totalnym. Uszy mam dziurawe i jeśli wykład nie polega na pokazywaniu wielkich plansz, jestem w czarnej. Za to zapamiętuję materiał pisząc, przepisując, skracając, a potem pisząc drobnymi literkami to, czego jeszcze się nie nauczyłam. Następnie czytam to sobie tuż przed egzaminem – często właśnie wtedy zapamiętuje się tematy, które przez kilka poprzednich dni do łba nie weszły.

Kontrowersyjne te sposoby na naukę? Niektóre pewnie tak i mimo że mi pomogły, Tobie mogą się niekoniecznie przydać. Z drugiej strony, tak jest z każdą metodą, nawet najpopularniejszą. Jeden lubi ogórki, drugi woli ogrodnika córki. Czy któraś metoda jest Twoją ulubioną? A może masz swoją, jeszcze dziwniejszą niż moje? Pochwal się w komentarzu 😉

Komentarze

komentarze